Gorąco na amerykańskich uczelniach

Gorąco na amerykańskich uczelniach

Wykładowcy pod pręgierzem studentów Nowa pani dziekan miała wszystko naprawić. Wprowadzić skostniały wydział literatury w XXI w., zarówno pod względem operacyjnym, jak i normatywnym. Kobieta na stanowisku kierowniczym – krok w kierunku zwalczenia wszechobecnego w nauce patriarchatu. Azjatyckie pochodzenie – dowód na coraz większą różnorodność kadry dydaktycznej. Wybitne osiągnięcia naukowe jako potwierdzenie, że stanowiska nie dostała tylko ze względu na to, jak wygląda i jak się nazywa. Jednym słowem, spełniony sen progresywistów. Przegrana pani dziekan Tak zaczyna się serial „Pani dziekan”, jedna z najlepszych produkcji Netfliksa ostatniego roku. W sześciu krótkich, półgodzinnych odcinkach opowiada historię kobiety awansującej na stanowisko szefowej wydziału literatury w zmyślonym Pembroke College, wzorowanym na prestiżowych amerykańskich uczelniach z Ligi Bluszczowej. Pani dziekan zaczyna semestr pełna zapału, ale błyskawicznie potyka się o każdy okruszek rzeczywistości. Starych profesorów chce wyrzucić, bo nikt nie chodzi na ich wykłady – napotyka opór kadry. Planuje wypromować młodą, czarnoskórą docentkę – kolega, biały mężczyzna, nie akceptuje jej innowacyjnych metod, głównie skracania dystansu ze studentami oraz doszukiwania się wątków związanych z płciowością, rasizmem i opresją kolonializmu. Wreszcie sama pani dziekan staje w obronie kolegi, który w ramach akademickiej interpretacji swojego przedmiotu wykonuje gest hitlerowskiego pozdrowienia. Studenci linczują go w mediach społecznościowych, organizują bojkot zajęć, w końcu doprowadzają do zwolnienia, choć dziekan chce bronić jego wolności pracy naukowej. Ostatecznie i ona się poddaje, ustępuje z kierowniczej pozycji. Wraca do bycia szeregowym wykładowcą, a na wydziale utrzymuje się status quo. Choć „Pani dziekan” jest dziełem fikcyjnym, nie ma prawdopodobnie wśród amerykańskich seriali produkcji lepiej oddającej dzisiejszą rzeczywistość tamtejszych uczelni. Studenckie ruchy progresywne, skupione wokół takich prądów intelektualnych i politycznych jak krytyczna teoria ras czy retrospektywna sprawiedliwość społeczna, w ciągu ostatnich lat przekształciły się z niszowych i raczej ekscentrycznych podmiotów w głośne i nad wyraz skuteczne machiny ideologiczne, zdolne narzucić całym uczelniom – nawet najbardziej prestiżowym, z setkami lat tradycji i wielomiliardowym majątkiem dającym gwarancję niezależności – nowe granice wolności słowa i akademickiej debaty. Gdzie nowe oznacza węższe niż kiedykolwiek w historii istnienia uniwersytetów w krajach demokratycznych. Krótko mówiąc, na amerykańskich uczelniach, zwłaszcza w naukach społecznych i humanistyce, łatwiej teraz powiedzieć, o czym mówić nie wolno, niż co jest dopuszczalne. I wbrew pozorom nie dotyczy to sytuacji, które obiektywnie można by nazwać radykalnymi czy chociaż trudnymi, takich jak gościnne wykłady prawicowych radykałów czy kontrowersyjnych popnaukowców w typie Jordana Petersona. „Anulowani” z przestrzeni uniwersyteckiej zostają nawet ci, którzy sięgną zbyt głęboko do historii i nie uprzedzą studentów, że dzieło z przeszłości może nie przystawać do ich dzisiejszych norm społecznych. Ofiara Otella Taki los spotkał niedawno Brighta Shenga, cenionego kompozytora i specjalistę w dziedzinie teorii muzyki i literatury. Na Uniwersytecie Michigan chciał on pokazać swoim studentom, w jaki sposób przerobić arcydzieło literatury klasycznej na utwór operowy. Jako ilustracji użył nagrania „Otella” z 1965 r. Główną rolę grał w tej inscenizacji Lawrence Olivier, aktor tyleż wybitny, ile w tej roli kontrowersyjny, bo występował w tzw. blackface – grubej warstwie makijażu, która miała go zmienić w czarnoskórego mężczyznę. Blackface od lat uznawany jest za symbol systemowego i kulturowego rasizmu, przejaw wykluczania czarnych Amerykanów z przestrzeni artystycznej. Problem w tym, że w 1965 r. był to powszechny zabieg sceniczny. Wykład – przypomnijmy: poświęcony muzyce – trwał półtorej godziny, ale zanim się skończył, w skrzynce mejlowej szefa wydziału, a więc przełożonego Shenga, już znajdowały się dwie skargi na wykładowcę, oskarżające go o rasizm, brak wrażliwości kulturowej, replikowanie uprzedzeń i ogólnie niemoralne zachowanie. Studenci na czatach grupowych w mediach społecznościowych prześcigali się w wyrazach szoku i przerażenia, a sprawie szybko nadali bieg zarówno aktywistyczny (protesty w sieci i na kampusie), jak i oficjalny (żądanie reakcji ze strony rektora). Zdezorientowany Sheng popełnił największy możliwy błąd w reakcji na tego typu studenckie bojkoty – zaczął przepraszać, zrobił to nawet dwa razy. Ponieważ jednak krytyka pod jego adresem wynikała z urażonej moralności, dla studentów przeprosiny były

Cały tekst artykułu można przeczytać w elektronicznej wersji "Przeglądu", która jest dostępna dla posiadaczy e-prenumeraty lub subskrypcji cyfrowej.
Wydanie: 2021, 51/2021

Kategorie: Świat