Gorący kartofel Dutkiewicza

Gorący kartofel Dutkiewicza

Wrocławski stadion na Maślicach będzie kosztował nie mniej niż 900 mln zł. Tylko kto będzie na nim grał? I kto spłaci długi miasta?

26 marca na stronie internetowej www.2012.wroc.pl pojawił się krótki komunikat: „W związku z terminem wygaśnięcia czasowego pozwolenia na użytkowanie Stadionu Miejskiego we Wrocławiu, władze zarządzającej nim spółki Wrocław 2012 podjęły starania o uzyskanie pozwolenia bezterminowego. Procedura ta ma potrwać 3-4 tygodnie”. Mówiąc po ludzku, jedna z naszych czterech aren, na których będą rozgrywane Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej Euro 2012, dwa miesiące przed rozpoczęciem turnieju została zamknięta! Lokalne media nie zostawiły suchej nitki na władzach spółki Wrocław 2012.

Co prawda, władze te uspokajały dziennikarzy, że czas przeznaczony na dodatkowe formalności zostanie wykorzystany „na naprawę systemu zraszaczy murawy (pęknięta główka tryskacza) oraz jej fragmentów, będących w złym stanie”, lecz przychodziło im to z trudem.
Warto przypomnieć, że zgodnie z umową zawartą w 2010 r. z niemiecką firmą Max Bögl, która przejęła stadionową inwestycję po zerwaniu przez prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza kontrakt z Mostostalem Warszawa, budowa miała oficjalnie zakończyć się 30 czerwca 2011 r. Przewidywany wówczas koszt wyniósł 625 mln zł.
Już w chwili zawarcia umowy zarówno cena, jak i termin oddania stadionu do użytku były nierealne, czego wielokrotnie dowodziliśmy na łamach „Przeglądu”. Także dziś nikt nie może twierdzić, że nie wiedział o problemach przy budowie albo nie mógł przewidzieć kłopotów z zagospodarowaniem wrocławskiego obiektu. Przeciwnie – władze Wrocławia doskonale wiedziały, co się święci.
Już w 2010 r. ujawniliśmy, że harmonogram zapisany w umowie przewidywał, iż stadion ma być oddawany do użytku etapowo:
– w terminie do 30 czerwca 2011 r. – w części umożliwiającej organizację imprez masowych,
– w terminie ośmiu tygodni od dnia 30 czerwca 2011 r. – w części obejmującej pozostałe elementy zewnętrzne, zieleń, małą architekturę itp.,
– w terminie 16 tygodni po 30 czerwca 2011 r., czyli w końcu października 2011 r. – pozostałe elementy wykończenia i wyposażenia.
Prezydent Dutkiewicz w 2010 i 2011 r.
gościł we Wrocławiu wszystkie szychy UEFA, Ministerstwa Sportu, Polskiego Związku Piki Nożnej, spółki PL.2012 odpowiedzialnej za przygotowania do Euro 2012 i zapewniał solennie, że wszystko idzie zgodnie z planem, a miasto jest czempionem przygotowań do mistrzostw Europy w piłce nożnej.
Dziś nie tylko zapowiadane publicznie terminy nie zostały dotrzymane, ale, co gorsza, otoczenie obiektu przypomina gigantyczne kretowisko. Obiekt postawiono dosłownie w szczerym polu. W internecie bez trudu znajdziemy zdjęcia zapadającej się drogi, która wiedzie do stadionu. Za to firma Max Bögl wykazała się pełnym profesjonalizmem. Zagwarantowała sobie w aneksach do umowy nie tylko wydłużenie terminów, lecz także wyższe wynagrodzenie.
Od dawna nikt już nie wspomina o 625 mln zł. Obecny koszt inwestycji to nie mniej niż 900 mln zł. Jednak nawet najwięksi krytycy działań prezydenta Dutkiewicza nie przypuszczali, że w kwietniu 2012 r. obiekt nadal będzie de facto jeśli nie w budowie, to co najmniej w remoncie.

„Solosz, kiedy zarybiasz?”

Przy czym wspomniane na wstępie wygaśnięcie czasowego pozwolenia na użytkowanie stadionu – choć kompromitujące dla władz miejskiej spółki nadzorującej budowę – nie jest największym nieszczęściem, które w ostatnich tygodniach zwaliło się na głowę magistratu.
O wiele groźniejsza dla przyszłości maślickiego obiektu może być decyzja Zygmunta Solorza o wycofaniu się z finansowania klubu Śląsk Wrocław. Jeśli do tego dojdzie, na stadionie nie będzie miał kto grać. Wieść gminna niesie, że właściciel Polsatu i współwłaściciel piłkarskiego klubu nie tylko nie wykupił dla siebie vipowskiej loży na maślickim obiekcie, ale w ogóle stracił serce do dolnośląskiego futbolu i prezydenta Dutkiewicza.
A wszystko zapowiadało się tak pięknie. Śląsk Wrocław miał być drużyną na miarę Ligi Mistrzów.
Gdy w kwietniu 2009 r. na wspólnej konferencji prasowej prezydent Wrocławia i jeden z najbogatszych Polaków poinformowali media o zamiarze zbudowania potężnego klubu, niemal nikt nie wątpił, że za kilka lat we Wrocławiu będzie występowała drużyna jeśli nie na miarę Realu Madryt, Chelsea czy Barcelony, to przynajmniej Szachtara Donieck.
Przez niemal dwa lata w największej komitywie prezydent Dutkiewicz i Zygmunt Solorz ozdobieni szalikami Śląska Wrocław, otoczeni wianuszkiem lokalnych notabli, fotografowali się na trybunach skromniejszego obiektu przy ul. Oporowskiej 62.
Niestety właściciel Polsatu nie okazał się sponsorem na miarę Romana Abramowicza, Rinata Achmetowa czy właściciela drużyny Anży Machaczkała, Sulejmana Kerimowa. Nie chciał pompować szmalu w dolnośląskich kopaczy. Dla niego piłka nożna miała być kolejną okazją do zrobienia dobrego biznesu. Nie piłkarskiego, lecz handlowego.
Zgodnie z planami z 2010 r. pieniądze na utrzymanie klubu miały pochodzić z zysków generowanych przez galerię handlową, którą Zygmunt Solorz miał wybudować obok maślickiego stadionu.
Dwa lata trwały starania o kredyt na jej budowę. Dziś jedynym znakiem tych planów jest monstrualna dziura w ziemi wykopana pod fundamenty i podziemne garaże przyszłej galerii. Wyłonione ostatnio w przetargu przedsiębiorstwo Pro-Tra Building zabezpiecza ją teraz przed osuwaniem się.
W tej sprawie absurd goni absurd. Na płocie okalającym wykop nieznany sprawca zrobił sprejem wielki napis: „Solosz, kiedy zarybiasz?” (pisownia oryginalna), który dla wrocławian stał się kultowy. Jeśli nikt nic nie zrobi, w czerwcu goście i kibice, którzy zjawią się na trybunach w związku z Euro 2012, mogą wpaść w wielką dziurę. Dlatego urzędnicy miejscy snują plany, by na czas rozgrywek przykryć ją ogromną reklamą miasta widoczną z powietrza.

Śląsk na krawędzi

Niestety innej dziury – w kasie Śląska Wrocław – przykryć się nie da. W piątek 30 marca Włodzimierz Patalas, sekretarz miasta i przedstawiciel ratusza we władzach piłkarskiej spółki, przyznał, że sytuacja finansowa klubu jest dramatyczna, natomiast większościowy udziałowiec, czyli Zygmunt Solorz, od początku roku nie przekazał do kasy ani złotówki. Jak twierdzą urzędnicy, jeden z najbogatszych Polaków nie wpłacił też miliona złotych z sumy 6 mln zł, które powinien uiścić jeszcze w ubiegłym roku.
Czy Solorz zapłaci? Nie wiadomo. Ostatnio przedstawiciel właściciela Polsatu, mecenas Józef Birka, miał jakoby po półgodzinie rozmów na ten trudny temat opuścić gabinet Włodzimierza Patalasa i oddalić się w nieznanym kierunku.
Miasto twierdzi, że pieniądze potrzebne są Śląskowi natychmiast, i deklaruje gotowość dokapitalizowania spółki kwotą 12 mln zł, pod warunkiem że Solorz dołoży swoje 12 mln. Jeśli tak się nie stanie, zarząd powinien złożyć w sądzie wniosek o ogłoszenie upadłości. Nikt nie ma zamiaru odpowiadać za działanie na szkodę spółki. Sprawa jest zbyt głośna, by dało się ją zamieść pod dywan.
Co gorsza, źli ludzie rozpowszechniają w mieście plotki, jakoby Solorz domagał się od władz Wrocławia zwrotu kosztów, które poniósł w związku z wykopaniem wspomnianej dziury obok stadionu, a wtedy może w ramach rozliczeń coś sypnie piłkarzom.
Przyznam, że trudno nie uznać racji właściciela Polsatu. Jest mocno zadłużony w związku z zakupem sieci telefonii komórkowej Polkomtel i musi oszczędzać na wszystkim. Zapewne wie też, że każdy, kto w Polsce wiązał swój los i kapitał z futbolem, raczej prędzej niż później popadał w kłopoty.
Mało kto dziś pamięta smutny los Romana Niemyjskiego, właściciela spółki Halex. Ten niegdysiejszy dobroczyńca Stomilu Olsztyn nie tylko stracił majątek i dobre imię, lecz także musiał opuścić ojczyznę, ponieważ interesowała się nim prokuratura. Podobno mieszka w Indonezji, gdzie nabył kopalnię węgla.
Nie nadają się do powtórzenia słowa, którymi Józef Wojciechowski, prezes spółki J.W. Construction, określa czasem to, co dzieje się w jego klubie Polonia Warszawa. Także Bogusław Cupiał, współwłaściciel Wisły Kraków, i Mariusz Walter, współwłaściciel Legii Warszawa, przeżyli niejedno rozczarowanie wynikami i postawą piłkarzy swoich drużyn.

Stadion i co dalej?

Zygmunt Solorz jest zbyt doświadczonym biznesmenem, by ryzykować utratę pieniędzy w tak niepewnym interesie jak drużyna piłkarska. Jeśli wycofa się z klubu, to prezydent Rafał Dutkiewicz stanie przed najpoważniejszym wyzwaniem w swojej politycznej karierze. Przyjdzie mu odpowiedzieć na pytanie, po cholerę nam stadion za 900 mln zł.
Wrocław należy dziś do najbardziej zadłużonych polskich miast i spłata długów związanych ze stadionem potrwa latami. Mieszkańcy Wrocławia być może nadal wierzą, że Euro 2012 ożywiło inwestycje infrastrukturalne, przyciągnęło inwestorów i dało impuls do rozwoju sportu. Przebudzenie po zakończeniu rozgrywek może okazać się bolesne. Część z miliardów złotych wydanych przez Wrocław pójdzie w błoto.
Cóż z tego, że po Euro zostanie stadion? Kto będzie na nim grał? Co z organizacją koncertów wielkich gwiazd? W Gdańsku na PGE Arena 22 kwietnia wystąpią z koncertem tenor José Carreras i Edyta Górniak. Ceny biletów zaczynają się od 180 zł, a kończą na 550 zł.
Amerykańska firma SMG, która miała podpisany z władzami Wrocławia kontrakt na zarządzanie maślickim stadionem wart 8 mln zł rocznie, w lutym tego roku musiała zgodzić się na zmianę warunków i obniżenie stawki do 2 mln zł.
W prasie lokalnej można przeczytać, że być może jesienią zjedzie nad Odrę Madonna. Choć realniejsze wydają mi się zapowiedzi występów niegrzecznych dziadków rocka, takich jak Prince czy Metallica, którzy chwile świetności mają już dawno za sobą. Z pewnością przyciągnie kibiców planowany mecz piłkarskich reprezentacji Brazylii i Japonii. A co dalej? Dziś wiemy, że Wrocław przegra z Warszawą w rywalizacji na koncerty.
Bez względu na plany koncertowe i piłkarskie, długi zaciągnięte przez miasto przyjdzie spłacać. Moim zdaniem wrocławski stadion, podobnie jak stołeczny Stadion Narodowy i PGE Arena w Gdańsku, będzie deficytowy. Niedobory w kasie pokryją mieszkańcy Wrocławia z własnych kieszeni.

Mercedes prezesa

Prędzej czy później większość wrocławian zrozumie, że prezydentura Rafała Dutkiewicza na lata wpędziła miasto w poważne kłopoty. Lecz nim to nastąpi, po zakończeniu mistrzostw Europy w piłce nożnej we Wrocławiu dojdzie do rozliczeń osób odpowiedzialnych za budowę stadionu. Wykonawca, niemiecka spółka Max Bögl, może spać spokojnie. Nie da się tego powiedzieć o Sławomirze Wojtasie, prezesie spółki Wrocław 2012, którego w lutym lokalna prasa opisała jako szczęśliwego kierowcę mercedesa C220 CDI, otrzymanego w użytkowanie w wyniku umowy reklamowej z firmą dealerską Frączak. Wojtas przekonywał, że jest ona korzystna dla spółki.
Oczywiście mercedes C220 CDI to drobiazg. Wojtas odpowiada za opóźnienia w budowie stadionu i zapewne straciłby posadę, gdyby nie to, że do rozpoczęcia Euro 2012 pozostało 60 dni i zanim jego następca zorientowałby się, w czym rzecz, byłoby po wszystkim. W każdym razie prezes Wojtas świetnie nadaje się na kozła ofiarnego, o czym zapewne sam dobrze wie.
Przypadek Wrocławia jest typowy dla rządzącej dziś klasy politycznej. Najpierw szumne zapowiedzi i obietnice, następnie trwająca latami propaganda sukcesu i na koniec tłumaczenia oraz próby ukrycia własnej nieudolności.
Polakom jeszcze rok temu obiecywano, że na Euro pojadą nowymi autostradami. Dziś wiemy, że tak się nie stanie. Obiecywano, że stadiony zostaną wybudowane tanio. Okazały się droższe. Fakt, nikt nie obiecywał, że będą na siebie zarabiały, bo w to nawet najwięksi naiwniacy by nie uwierzyli.
Prezydent Rafał Dutkiewicz nie powinien liczyć na taryfę ulgową. Po Euro 2012 minie entuzjazm mieszkańców i przyjdzie tłumaczyć się z wydatków. Świecący pustkami nowy stadion wywoła pytania o poniesione koszty i przyszłość obiektu. Trudno będzie poradzić sobie z tym gorącym kartoflem, bo też zabraknie argumentów. Choć nie możemy wykluczyć, że prezydent Wrocławia zaproponuje organizację w mieście igrzysk olimpijskich. Doświadczenie w wydawaniu publicznych pieniędzy ma jak mało kto.

Marek Czarkowski

Wydanie: 15/2012

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy