Gorączka na Chłodnej

Gorączka na Chłodnej

Od spotkania przy piwie do dyskusji o finansowaniu miejskiej kultury

Nieco ponad cztery lata istnienia. Setki imprez, spotkań, dyskusji. Dziesiątki ludzi w zadymionym wnętrzu, przy niskich stolikach. Jedno miejsce: Chłodna 25 na warszawskiej Woli. Klub, kawiarnia, knajpa? Czy takie miejsce ma szansę stać się czymś więcej niż tylko jeszcze jedną studencką imprezownią? Okazuje się, że tak. – Na początku to miejsce nazwaliśmy \”centrum spotkań\”, ale takie określenie brzmi mało zachęcająco. Później jakoś samo się nazwało klubokawiarnią, a wreszcie zostało po prostu \”Chłodną 25\”, żeby każdy mógł je nazwać, jak chce – wyjaśnia Grzegorz Lewandowski, jeden z właścicieli, animator kultury, organizator imprez i dyskusji.
Chłodnej rzeczywiście nie da się określić jednym słowem. Łączy działania artystyczne i społeczne. Odbywały się tu spotkania niezależnych twórców, koncerty muzyki żydowskiej i jazzowej. Wystawy, pokazy offowych filmów i dokumentów. Spotkania z artystami, np. fotografem Tomaszem Tomaszewskim, malarzami, architektami, działaczami społecznymi… Wieczory wyborcze, na które przychodzili nawet ci mieszkańcy okolicy, którzy na co dzień odżegnują się od wszelkiej polityki. Spektakle Teatru Montownia, który aktualnie nie ma własnej siedziby.
Na najciekawsze spotkania przychodzą tłumy. W czasie pierwszej debaty z cyklu \”Przestrzeń miasta, przestrzeń działania\” z udziałem architekta Krzysztofa Nawratka goście siedzieli na schodach, stali, tłoczyli się wokół mówiących. Przy kolejnej, poświęconej kobiecemu spojrzeniu na miejską przestrzeń, nauczeni doświadczeniem organizatorzy ustawili w piwnicy kamery, a debatę wyświetlali także na ekranie w górnej sali. Dzięki temu najbardziej zainteresowani dyskusją z Sylwią Chutnik, Ewą Majewską i Elżbietą Sekułą mogli wziąć w niej czynny udział, a pozostali nie tracili z niej żadnego słowa.
– Zbyt wiele osób po prostu w lokalu się nie zmieści – przyznaje Grzegorz. Faktycznie: górna sala to kilka kanap, niskie stoliki, bar. W piwnicy – rzędy krzeseł, mikrofon. Ile osób może tu wejść? Sto? Dwieście? Pozostali nieraz muszą zrezygnować z wizyty, widząc pełną salę i stałych bywalców ściśniętych na kanapach.
– 10 stycznia na koncercie Marcina Maseckiego cała ulica była pełna ludzi, których musieliśmy odesłać do domu, bo w środku nie było już ani odrobiny wolnego miejsca – wspomina Grzegorz. Wśród komentarzy internautów wspominających imprezę pojawiają się głosy żalu: \”Biegłam z drugiego końca miasta… i pocałowałam klamkę!\”. To dowód, że takich miejsc wciąż jest za mało.

Artystyczna przestrzeń

Grzegorz Lewandowski i Malina Baranowska otworzyli klub w listopadzie 2004 r., jeszcze jako studenci. On – prawa, ona – psychologii. Bez doświadczenia w prowadzeniu takiego lokalu, za to z mnóstwem entuzjazmu. – Z takim idiotycznym, młodzieńczym zapałem stwierdziliśmy, że nie ma żadnego problemu, zrobimy to – wspomina Grzegorz. – Na początku musieliśmy pożyczać pieniądze, a wystrój wnętrza składał się głównie z przypadkowych przedmiotów: ktoś przywiózł starą kanapę, kto inny – krzesła. Szukaliśmy potrzebnych rzeczy po komisach i wśród znajomych.
Od tego czasu wnętrze odrobinę się zmieniło, przybyło kilka mebli, ale nie to jest najważniejsze. Liczą się ludzie. Grzegorz i Malina, sami nie będąc artystami, dają artystom przestrzeń do wykorzystania.
– Kiedy zaczynaliśmy, byliśmy zupełnie spoza towarzystwa. Znaliśmy pojedyncze osoby, wszystko kręciło się trochę na zasadzie kolejnych łańcuszków znajomości. Od początku na Chłodnej bardzo dużo się działo i jeszcze zanim lokal oficjalnie ruszył, odbywały się tu spotkania organizacji pozarządowych. Uciekaliśmy od mody, nie działaliśmy w mediach – Grzegorz twierdzi, że od tego czasu właściwie niewiele się zmieniło. – Całym bajerem tego miejsca jest grupa klientów, którzy przychodzą tu nie tylko na papierosa, ale po to, żeby coś zmienić. Tu spotykają się ludzie z rozmaitych organizacji, artyści, plastycy, reżyserzy, malarze, aktorzy, socjolodzy, psychologowie. Wieczorem przy co drugim stoliku siedzą osoby, z którymi można by przeprowadzić dużo ciekawszą rozmowę niż teraz ze mną. To towarzystwo powinno zajmować salę kongresową, a nie naszą małą przestrzeń.
Chłodna 25 to także internetowy blog, który informuje o bieżących wydarzeniach w klubie i czuwa nad tym, co się dzieje w mieście.
– Gdybyśmy mieli się zajmować tylko tym, co dzieje się u nas, umarlibyśmy z nudów. Robimy zamieszanie środowiskowe, podtrzymujemy atmosferę współpracy – Grzegorz tęsknie wypatruje nowych, podobnych miejsc. – Taka kawiarnia powinna być na każdym rogu: lokalny bar, gdzie ludzie mogą się spotkać, wejść z ulicy, zjeść śniadanie, wypić piwo, obejrzeć mecz albo przyjść na koncert.
I faktycznie, takie kluby powstają, ale nie są dla siebie konkurencją. Szczotki i Pędzle na Tamce, Plan B w Śródmieściu, Cafe Filtry – to wszystko miejsca tworzone przez młodych, otwartych ludzi, którzy wspierają się wzajemnie w swoich działaniach. I razem chcą decydować, jak rozwinąć miasto.
Właściciele Chłodnej odżegnują się od stwierdzenia, jakoby ich miejsce pozwalało kreować kulturę i miało stać się źródłem mody. – Jeśliby tak było, znaczyłoby to, że ten świat jest słaby, że Warszawa jest prymitywna. A tak nie jest – podkreśla Grzegorz. Bardziej zależy mu na inspirowaniu dyskusji o miejskiej infrastrukturze, o kulturze i jej finansowaniu.
Przed dwoma laty klub otrzymał od \”Gazety Wyborczej\” nagrodę \”Wdechy 2006\”. W tym roku do \”Wdech\” został nominowany sam Grzegorz. – Trochę nas krępują te nagrody, bo pracujemy bardzo intensywnie z całą masą ciekawych ludzi, nie po to, żeby robić szum wokół Chłodnej, ale po to, żeby powiedzieć o rzeczach, o których się mało mówi: o pieniądzach na działalność kulturalną, o poustawianych konkursach, o tym, jak coś zmienić w najbliższej przestrzeni.

Działaj lokalnie

Grzegorz jest także twórcą reANIMATORA – cyklu spotkań warszawskich animatorów kultury. To dla niego najważniejszy projekt ostatnich miesięcy: dyskusje, co i w jaki sposób należy zmienić w mieście, gdzie i z kim podejmować współpracę. – Angażujemy się w prace Komisji Dialogu Społecznego w Biurze Kultury, staramy się przyciągać ludzi, żebyśmy sami zmienili procedury, które teraz nie pozwalają działać i utrudniają życie – wyjaśnia. A co jemu to życie i działanie utrudnia?
– Przede wszystkim niejasne czy wręcz głupie zasady finansowania projektów kulturalnych. Miasto daje wielką kasę na kulturę, ok. 500 mln zł, ale te pieniądze idą w projekty, których nie widać. Warszawie brakuje energii: domy kultury, biblioteki, otrzymujące po 100 mln, są źle zarządzane. Mogłyby stawać się lokalnymi centrami kultury, ale kierujący nimi nie potrafią się odnaleźć w dzisiejszym świecie, nie wiedzą, co aktualnie dzieje się w kulturze i przez to dalej śpiewają tam Kombi i Krzysztof Krawczyk. Trzeba wprowadzić młodych ludzi, z nowymi pomysłami, z konkretnymi planami działania. Skoro już daje się te pieniądze na kulturę, to trzeba dopilnować, żeby zostały właściwie rozdysponowane.
Grzegorz podkreśla, że sama rozmowa, nawet najciekawsza, to za mało – Można zrobić kanapową rewolucję, w której wszystko sobie opowiemy, ale potem potrzeba paru lat naprawdę ciężkiej pracy, żeby rzeczywiście zmienić parę naczelnych ustaw. Moglibyśmy też powiedzieć: \”dobra, dajmy sobie spokój\”, ale przecież istniejący system bezpośrednio utrudnia nam funkcjonowanie.

Czas na zmiany

Podstawowym problemem okazuje się brak menedżerów kultury z prawdziwego zdarzenia. Takich, którzy zmieniliby funkcjonowanie instytucji, poradzili sobie ze skostniałą strukturą zatrudnienia, wprowadzili w te miejsca nowe życie. – To nie znaczy, że w takich miejscach nie ma ciekawych imprez. Tu chodzi o sposób myślenia, o to, jaką rolę powinien odgrywać taki ośrodek w społeczności lokalnej – twierdzi Grzegorz. Te zmiany to praca na lata. Dziś centrami kultury zajmują się często artyści, a nie profesjonalni animatorzy.
Zdaniem Grzegorza, czas kryzysu gospodarczego to, paradoksalnie, bardzo dobry moment na takie zmiany. Przez 20 lat Polska zachwycała się wolnością, pieniędzmi, popkulturą. Teraz czas na zatrzymanie i zastanowienie się, co robić dalej. Właściciele Chłodnej 25 pokazują, że zmiany można przeprowadzać tu i teraz, jak w ich przypadku – w obrębie skrzyżowania dwóch warszawskich ulic. I choć na Chłodnej wspiera się także działania organizacji międzynarodowych, takich jak Amnesty International (w grudniu Chłodna przyłączyła się do Maratonu Pisania Listów w sprawie łamania praw człowieka), to priorytetem jest działanie nastawione na zmiany we własnym środowisku. – Łatwiej zająć się Białorusią czy kubańskimi uchodźcami, bo to nas bezpośrednio nie dotyka. Tymczasem wielu moich znajomych nie wie, kim jest ich burmistrz i czym zajmuje się komisja kultury w ich dzielnicy. To przerażające – twierdzi Grzegorz.
Coś jednak się zmienia. Jeszcze rok temu na posiedzeniach Komisji Kultury ciężko było spotkać osoby faktycznie angażujące się w działalność kulturalną. W tym roku było tam już takich osób kilkadziesiąt. Może te zmiany następują także dzięki temu, że w dorosłe życie weszło niedawno pokolenie pełne nowych pomysłów, ludzie, którzy wychowywali się w latach 90. i inaczej, z większą otwartością podchodzą do świata. Przekonują się, że ich okolicą, ich miastem nie rządzą jacyś tajemniczy \”oni\”, których można obwiniać za wszelkie trudności. Że nie trzeba być ministrem kultury, żeby zmienić istniejące przepisy, nie trzeba pojawiać się w telewizji i na pierwszych stronach gazet, żeby wpływać na rzeczywistość.

Wydanie: 4/2009

Kategorie: Kultura
Tagi: Agata Grabau

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy