Gorsi kombatanci

Szli ze Wschodu, więc są odrzucani

„Szumi dokoła las, czy to jawa, czy sen…”, śpiewano przez dziesięciolecia. Dziś poza wspominkowymi, rocznicowymi spotkaniami nie słychać tej nos­talgicznej pieśni. A o czym teraz szumi ten las?
Pewnie o tym, że żołnierze znad Oki stali się niesłuszni, że są kombatantami drugiej kategorii. Na piedestał wynosi się tzw. żołnierzy wyklętych, w dalszej kolejności powstańców warszawskich, a potem jeszcze żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. „Wyklęci” jawić się mają jako święci. A kto ma inne zdanie, tego spotka kara z więzieniem włącznie, jak stanowi projekt zmiany ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej autorstwa Klubu Parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości. Teraz o tzw. żołnierzach wyklętych nie będzie można powiedzieć złego słowa. „Leśni”, którzy po wojnie nie złożyli broni, mają być chronieni z mocy prawa.
O tym kuriozalnym dokumencie będzie w dalszej części. Teraz, przy okazji 70. rocznicy bitwy pod Lenino, warto się zastanowić, dlaczego ci, którzy nie szczędzili własnej krwi, czują się kombatantami drugiej kategorii.

Wyrwani z łagrów

Wiele można mówić na ten temat, ale odpowiedź na postawione wyżej pytanie jest tylko jedna. Żołnierze 1. i 2. Armii Wojska Polskiego padli ofiarą narzuconej przez prawicę (PiS do spółki z PO) instytucjom państwowym, szkołom, mediom itd. polityki historycznej. To ona zrobiła z żołnierzy walczących na froncie wschodnim sługusów Stalina i NKWD, zbrodniarzy i wrogów jedynych prawdziwych patriotów – żołnierzy wyklętych, a w najłagodniejszej formie głupców i naiwniaków. Dla prawicy ci, którym udało się przeżyć i wyrwać ze stalinowskich łagrów, nie zasługują na szacunek, bo mieli się przyczynić do zniewolenia Rzeczypospolitej. Nie ma znaczenia, że wstępowali do Wojska Polskiego, ludowego – jak się mówiło w czasach PRL, bo chcieli się wyrwać z dalekiej Syberii, Kazachstanu i bić z Niemcami. I że często tylko przypadek decydował, kto trafił do armii Andersa, a kto do armii Berlinga. Polacy, którzy wstępowali do obu formacji wojskowych tworzonych na terenie ZSRR, rekrutowali się głównie z ofiar deportacji dokonanych w latach 1940-1941. Władze radzieckie w pierwszej kolejności wysiedlały rodziny uczestników wojny 1920 r., osadników wojskowych, funkcjonariuszy i urzędników państwowych, policjantów, leśników, członków organizacji paramilitarnych, a więc obywateli w sposób szczególny związanych z II RP, jej gorących patriotów.
To dla prawicy nie ma znaczenia. Podobnie jak cały szlak bojowy od Lenino do Berlina, tysiące poległych (17,5 tys. plus 10 tys. zaginionych) i rannych (40 tys.). Nie liczy się również, że do tego wojska wstępowało wielu żołnierzy Armii Krajowej i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, nierzadko byli to wybitni oficerowie, świetni dowódcy.
Dla prawicowych polityków, wspomaganych przez Instytut Pamięci Narodowej, ważne jest, że Wojsko Polskie podległe rządowi lubelskiemu od czerwca 1945 r., Tymczasowemu Rządowi Jedności Narodowej (ze Stanisławem Mikołajczykiem jako wicepremierem) i późniejszym władzom walczyło z „wyklętymi”. Już to dyskwalifikuje jego żołnierzy. Wystarcza za akt oskarżenia. Oto kwintesencja obowiązującej polityki historycznej.

Zafałszowana historia

W PRL niekiedy w dość prymitywny sposób wywyższano tych, którzy szli ze Wschodu, ale chociażby od połowy lat 60. nie skrywano daniny krwi złożonej przez żołnierzy, którzy wyszli z ZSRR z armią gen. Władysława Andersa. Opisywano ich szlak bojowy, ich tułaczkę. Dziś wahadło historii wychyliło się znacznie dalej w drugą stronę. Obecna polityka historyczna odrzuca „tych ze Wchodu”, nie są oni obiektem badań naukowych. Mało jest prac pokazujących wkład żołnierzy 1. i 2. Armii Wojska Polskiego w wojnę z III Rzeszą. Żołnierzy, których w maju 1945 r. było 370 tys.
70. rocznica bitwy pod Lenino nie stała się okazją do przywracania dobrego imienia kościuszkowcom ani do przypomnienia formacji, które brały początek w Sielcach nad Oką. Polityka historyczna w wydaniu IPN przynosi efekty. W społeczeństwie zanika wiedza o zbrojnym wysiłku 1. i 2. Armii WP. Badania przeprowadzone w 2009 r. przez Pentor wykazały, że Polacy coraz mniej wiedzą o tych walkach, a tylko 2,8% ankietowanych wyrażało z nich dumę (dla porównania: z bitew kampanii wrześ­niowej – 31,1%, z powstania warszawskiego – 34,3%, z walki PSZ na Zachodzie – 16,1%). Respondenci wykazywali się słabą znajomością bitew i szlaku bojowego kościuszkowców. Komentując te badania, Tomasz Leszkowicz z PAN napisał na portalu Histomag.pl: „Wyniki te mogą oczywiście budzić zastrzeżenia, pokazują jednak wyraźną tendencję: wysiłek zbrojny LWP nie znajduje się w głównym nurcie pamięci. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że został z niej w ogóle wyparty”.
Ta niewiedza nie jest winą jedynie IPN i prawicy. Przyczyniła się do tego również szeroko rozumiana lewica, jej liderzy i działacze, którzy, uprawiając przez lata „politykę przyszłości”, głoszą, że przeszłość zostawiają historykom. Ci zaś, nawet sympatyzujący z lewicą, generalnie odpuścili sobie nie tylko tematykę LWP, ale i całej Polski Ludowej. A że nauka nie lubi próżni, na opuszczone pole ochoczo wkroczył IPN-owski zaciąg młodych doktorów, nierzadko świeżo upieczonych magistrów, których stan wiedzy jest bardziej odbiciem ich poglądów niż kwerend archiwalnych i przeczytanych prac naukowych.
Dopiero niedawno lewica (głównie Sojusz Lewicy Demokratycznej) zorientowała się, że przegrywa, a nawet już przegrała bitwę o pamięć. Próbuje coś robić. Do takich działań należy zaliczyć spotkanie kierownictwa SLD z kombatantami, w tym z kościuszkowcami. W jego trakcie przewodniczący Sojuszu Leszek Miller mówił, że władze „przeszły obojętnie przy okazji 70. rocznicy bitwy”, a przecież to ci „żołnierze przywracali piastowskie ziemie, czynili zaślubiny z morzem, wbijali słupy graniczne na Odrze”. Dodał, że „nie wolno dzielić krwi polskich żołnierzy” i że „widać wyraźnie, jak polityka historyczna wkracza z buciorami w żołnierskie losy”. Zaapelował również, by nie pomniejszać chwały polskiego żołnierza, nie kierować się koniunkturalnymi przesłankami i nie wykorzystywać jej do bieżącej walki politycznej. „Trzeba odrzucić w tej sprawie fałsz i kierowanie się pozamerytorycznymi względami. Krew polskich żołnierzy przelana na frontach II wojny światowej jest warta tyle samo niezależnie od tego, czy szli ze Wschodu, czy z Zachodu. Rzeczpospolita jest im winna najwyższy szacunek”.

Projekt uchwały, projekt nowelizacji

Próbą naprawienia błędu władz ma być zgłoszony przez SLD i zaakceptowany przez wszystkie kluby parlamentarne projekt uchwały Sejmu, w którym zawarto poniższą treść: „W 70. rocznicę udziału 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki w bitwie pod Lenino Sejm RP oddaje hołd wszystkim żołnierzom 1. Armii Wojska Polskiego. Ich szlak bojowy wiódł spod Lenino, poprzez przełamanie Wału Pomorskiego, wyzwolenie Kołobrzegu, forsowanie Odry, aż do Berlina.
Sejm RP oddaje hołd wszystkim żołnierzom, którzy podczas II wojny światowej złożyli daninę krwi, walcząc o Polskę.
Sejm RP przeciwstawia się próbom dzielenia i różnicowania wysiłku kombatantów w zależności od tego, w jakich formacjach walczyli podczas II wojny światowej. Wszyscy kombatanci – niezależnie od tego, czy do Polski szli z Zachodu, czy ze Wschodu – zasługują na równy szacunek”.
Trudno się nie zgodzić z tą uchwałą, ale w innych rocznicowych stanowiskach Sejmu, sławiących dokonania żołnierzy Andersa albo powstania warszawskiego, niełatwo byłoby znaleźć podobne, jak najbardziej słuszne myśli. A to, żeby w stanowisku parlamentu powiedzieć o ofiarach „wyklętych”, byłoby już nie do pomyślenia.
SLD słusznie wypomina władzy przemilczanie rocznicy, ale czy sam zrobił wszystko, by należycie uhonorować uczestników bitwy pod Lenino? Kombatanci pytają, dlaczego tak późno wystąpił z inicjatywą spotkania i uchwałą Sejmu, czy sam nie mógł się zwrócić do prezydenta RP o odznaczenia i awansy dla kościuszkowców?
Sejm zatem, choć po rocznicy, upamiętni daninę krwi polskich żołnierzy spod Lenino, ale w parlamencie leży dokument, który musi budzić obawę. Oto bowiem Klub Parlamentarny PiS złożył oficjalny projekt zmiany Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu oraz Ustawy Kodeks karny. Posłowie PiS chcą, aby Instytut Pamięci Narodowej wszczynał z urzędu śledztwo w sprawach o przestępstwa określone w nowych artykułach. Do obowiązującego dotychczas art. 55 doszedłby art. 55a w brzmieniu: „Kto publicznie oskarża o udział w masowych zbrodniach polskie, niepodległościowe, niekomunistyczne, podziemne formacje i organizacje Polskiego Państwa Podziemnego, podlega grzywnie, ograniczeniu wolności lub karze pozbawienia wolności do lat 5. Wyrok podawany jest do publicznej wiadomości”.

Kaganiec na naukę

Dlaczego posłom PiS, zapewne do spółki z IPN, tak bardzo zależy na wprowadzeniu tego zapisu w ustawie? Wiedzą, że już nie z szafy, ale z archiwów wychodzą trupy ofiar żołnierzy wyklętych. A byli to nie tylko żołnierze Wojska Polskiego, lecz także cywile. Ludzie, którzy zaangażowali się w realizację reform zapowiadanych w Manifeście PKWN. I ich rodziny, często z małymi dziećmi. Wystarczy poczytać pracę Bazylego Pietruczuka „Księga hańby”, by się dowiedzieć, że wyklęci nieraz byli bezwzględni, brutalni, żeby nie napisać bestialscy. Nie da się przemilczeć albo zaprzeczyć, że z rąk ludzi uznawanych dziś za bohaterów zginęło wielu Żydów. By tych ofiar nie było, żołnierze Wojska Polskiego podjęli walkę z „leśnymi”. Robili to również ci, którzy jeszcze do niedawna byli w Armii Krajowej lub Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. I wcale nie sami szeregowcy czy podoficerowie, wystarczy wymienić gen. Gustawa Paszkiewicza, trzykrotnie odznaczonego krzyżem Virtuti Militari w czasie wojny z bolszewikami w 1920. Ten uczestnik wojny w 1939 r. i na Zachodzie w 1945 r. objął dowództwo dywizji, która walczyła z podziemiem na Białostocczyźnie. Gen. Bruno Olbrycht, legionista, uczestnik wojny 1939 r., żołnierz AK, został dowódcą Warszawskiego Okręgu Wojskowego, którego oddziały walczyły z „leśnymi” na Mazowszu. Gen. Stefan Mossor, również legionista, po wojnie dowodził oddziałami przeprowadzającymi akcję „Wisła”. Wśród pułkowników był np. dowódca obszaru zachodniego Armii Krajowej, Stanisław Edward Grodzki.
Przyjęcie projektu PiS to nic innego jak realizacja prawicowej, w jej skrajnym wydaniu, polityki historycznej i wprzęgnięcie w nią prawa (Kodeksu karnego). Wymuszanie sankcji za jej nieuznawanie, za odmienne zdanie i własne opinie. Jak powiedział mi jeden ze znanych profesorów prawa, ten projekt to zaledwie zapowiedź tego, co się stanie, gdy do władzy dojdzie partia Kaczyńskiego.
Projekt PiS jest groźny dla nauki, nakłada na nią kaganiec, będzie ograniczać badania, bo który naukowiec zechce się narazić na oskarżenie o łamanie prawa, a de facto o zbrodnię przeciw wyklętym? A czy sąd będzie mógł wydać wyrok, jak w sprawie tzw. furmanów, gdzie nawet IPN musiał uznać, że dokonanych przez oddział Romualda Rajsa „Burego” „zabójstw furmanów i pacyfikacji wsi w styczniu i lutym 1946 r. nie można utożsamiać z walką o niepodległy byt państwa, gdyż noszą znamiona ludobójstwa”? Autorzy projektu nowelizacji pewnie sobie tego nie uświadamiają, ale tym projektem potwierdzają, że wyklęci nie byli świętymi i popełniali zbrodnie. Tylko nie masowe.

Kto poprze nowelizację?

Można się zastanawiać, czy nowelizacja ustawy o IPN przejdzie w Sejmie i Senacie. Wydaje się to bardzo prawdopodobne, jeżeli się pamięta, że to Platforma Obywatelska razem z PiS powołała do życia IPN. W dodatku PiS-owscy posłowie sprytnie zastawili na nią pułapkę, wpisując do projektu art. 55b: „Kto publicznie używa słów »polskie obozy śmierci«, »polskie obozy zagłady«, »polskie obozy koncentracyjne« lub innych, które stosują przymiotnik »polskie« wobec niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych i ośrodków zagłady, podlega grzywnie, ograniczeniu wolności lub karze pozbawienia wolności do lat 5. Wyrok podawany jest do publicznej wiadomości”. Czy PO będzie mogła się sprzeciwić karaniu za „polskie obozy koncentracyjne”?
PiS oczywiście liczy na Polskie Stronnictwo Ludowe, ale może jego posłowie przypomną sobie o zbrodniach „leśnych” na tych, którzy brali „pańską ziemię”, na mierniczych, którzy parcelowali szlacheckie majątki, i na wszystkich tych, którzy przeprowadzali reformę rolną.
A SLD? Czy znów zachowa się jak w czasie głosowania nad ustanowieniem 1 marca Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych i poprze nowelizację? Trzeba mieć nadzieję, że nie, że do Sojuszu dotarło, jakim potężnym orężem w walce politycznej jest historia – orężem, którego prawica nie zawaha się użyć w walce wyborczej. Warto się bić nie tyle o politykę historyczną, ile o pamięć o tych, którzy szli do Polski znad Oki. Poniżając kombatantów, którzy przyszli ze Wschodu, poniewiera się ich dzieci i wnuki. A to poza wszystkim innym potężna armia wyborców.

Wydanie: 44/2013

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. Jachczyk Mieczysław
    Jachczyk Mieczysław 28 października, 2013, 19:17

    W pełni podzielam wyrażone wyżej stanowisko „Przeglądu”, i z akcentem szczególnym o raz przekonaniem wyrażam zdanie, że Krew polskich żołnierzy przelana na frontach II wojny światowej jest warta tyle samo, niezależnie od tego, czy szli ze Wschodu, czy z Zachodu.
    Mieczysław Jachczyk

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Jacek Nadzin
    Jacek Nadzin 20 stycznia, 2014, 12:06

    Jestem synem Stanisława Nadzina, żołnierza I Dywizji im T. Kościuszki uczestnika bitwy pod Lenino iszturmu Berlina. W 1967 roku Ojca na podstawie fałszywych oskarżeń usunuŁto z wojskai PZPR. Zmarł tragicznie w 1970 roku. my z Matką wyjechaliśmy do Szwecji. Pod koniec lat 1990, zupełnie przapadkowo zobaczyłem na tak zwanej liście Wildsteina że Ojcie jest zakwalifikowany jako TW. Na mój protest IPN odpowiedział że…nie wiedzą… jak tam się znalazł !
    Nie mam komentarzy, podaję tylko fakty.
    Jacek Nadzin
    Sztokholm

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. Ireneusz50
    Ireneusz50 21 stycznia, 2014, 16:14

    Solidaruchy zniszczyli Polskę, chcą zniszczyć i pamięć o Polsce.

    Odpowiedz na ten komentarz
  4. Roman Cupał
    Roman Cupał 26 lipca, 2014, 12:58

    O RZECZACH- POSPOLITYCH, WSPOMNIENIA REALISTY
    Był koniec lat dziewięć dziesiątych dwudziestego wieku, państwo polskie w rozsypce, a ja spotykam realistę, który przeszedł kawał historii Polski bez wspomagania. Był jak to się mówi: nie do przeżycia, ale życie przeżyło jego, realizm.
    Spotykaliśmy się w ”Wieniawie”, starocerkiewnej, wrocławskiej restauracji, która wystrojem przypominała zabużańskie leśne polany i przy tak zielonych obrusach polewaliśmy się winem hiszpańskim i piliśmy przemycone ze wschodu gruzińskie koniaki przyobleczone w stroje, które przypominają dzisiaj reklamy niesławnego już obywatela. Nasze namaszczone charyzmatycznym paleniem papierosa spotkania, stały się polem do wspominek i dywagacji, jak ja, wtedy jeszcze młody, mogę ze starym znaleźć wspólny język.
    Moje pierwsze wrażenie ze spotkania z realistą, wykreowały we mnie postać oportunisty, czyli jak by tu powiedzieć, człowieka bez zasad moralnych i przekonań ideowych, które dzisiaj są kapitałem na wagę złota.
    – Kapitalistę spotkałem, oportunista pan jesteś- mówię do realisty. – Broń boże – słyszę. Gadatliwy jestem, wyłożę, więc pokrótce, jako realista punkt widzenia na sprawy, o których rozmawialiśmy.
    Żołnierzem Andersa byłem i pod Monte Casino uczestniczyłem w walkach bratobójczych na śmierć i życie. Po walkach, zaraz do Anglii nas zabrali, po czym wróciłem do kraju naszego i żeby być w zgodzie z sumieniem narodu do partii się zapisałem, do PZPR. I jak mówił kanclerz Miller, „byłem do gorzkiego końca”. Moja partyjność była niekameleoniasta, czyli inaczej mówiąc nie „rzucałam’, nie „zwracałem” i nie oddawałem legitymacji partyjnej po to, żeby zabarwić się na kolor ochronny.
    Uważałem, że pomimo ” błędów i wypaczeń”, cała PZPR była jedyną polską partią polityczną, która zrobiła najwięcej dobrego (wcale nie przesadzam) dla państwa polskiego i społeczeństwa. Inne partie nie mają się czym pochwalić, gdyż wyrządzają więcej szkody niż pożytku. Dotyczy to zarówno partii „polskich królewiąt” z czasów pierwszej RP, jak i BBWR, OZN, ND, czy innych partii politycznych drugiej RP, a także partii politycznych w III RP- takich jak ZCHN, ROP, PC, AWS, itp.

    -No to jak, była ta PRL, państwem polskim, czy też nie była, przecież nie przywozili tutaj ludzi w teczkach.
    -Jako realista, tak bardzo bym się nie upierał przy tym, żeby uznać PRL za III RP, a obecną RP za czwartą. Po co?. PRL, powinna pozostać, jako formacja wyjątkowa i do czasu wyczerpania się swoich możliwości wyróżniająca się dodatnio(tak ją kiedyś ocenią) na tle marazmu dziejów naszego kraju. W ramach tej formacji rozwiązane jednak zostały palące problemy społeczne(reforma rolna, równość, opieka socjalna, wykształcenie, uprzemysłowienie- cokolwiek byśmy o nim nie mówili itd., itd.) zapewniono awans społeczny milionom ludzi, rozwój cywilizacyjny i mimo wszystko najlepsze z możliwych do uzyskania w tamtych czasach miejsce w nazwijmy to Koncercie Europejskim i nie tylko, czego nie umieli uzyskać i rozwiązać politycy Królestwa Kongresowego- też powstałego wskutek dyktatu mocarstw.
    I RP- szlachecka, to nie tylko smutny okres rozbicia dzielnicowego wynikłego z głupoty rządzących i niemieckich intryg, ale także- poza okresem Kazimierza Wielkiego – litewska polityka Jagiellonów realizowana na koszt Polski. Można też było zwrócić się na zachód i poprzez Danię wyjść na prawdziwe morze-Morze Północne i Atlantyk, ze wszystkimi możliwościami z tego faktu wynikającymi.
    Bo co to jest Bałtyk?. Jest to tylko butelka brudnej wody zatkana duńskim korkiem. No, ale to już szkoła wyższej jazdy wymagająca wyobraźni, a tej zawsze u nas niedostatek. Wskutek ewentualnego przebicia się na zachód losy Polski potoczyłyby się inaczej i dlatego-jak powiada Joseph R. Kippling-jest to już całkiem inna historia. Pójdźmy dalej.
    Trującym jadem I RP była tzw. wolna elekcja wraz z Artykułami Henrykowskimi. Wolna elekcja to przecież mówiąc jeżykiem współczesnym, przetarg nieograniczony na koronę polską zorganizowany na zasadzie, „kto da więcej”- ma się rozumieć sprzedajnym magnatom. W I RP nie wykorzystano możliwości (1610/12) niedopuszczenia do powstania potężnej Rosji – przyszłego zaborcy: nie wykorzystano możliwości zlikwidowania Zakonu Krzyżackiego (1410) i dopuszczono (1525) do powstania Prus- też późniejszego zaborcy. Zamiast rozprawić się z Zakonem korzystając z okazji „ukarania” heretyka Wielkiego Mistrza Zakonu za „odstępstwo od Wiary Świętej”, co w tamtym okresie mogło uzyskać-mówiąc delikatnie- poparcie Watykanu, postąpiono odwrotnie. Przyjęto oszukańczy zresztą hołd Wielkiego Mistrza i zapewniono mu ochronę, jako lennikowi. Co do dziś odbija nam się wielką czkawką.
    Idźmy jeszcze dalej. Nierozumnie wplataliśmy się w tzw. epopeę napoleońską. Ponieśliśmy same straty i żadna pani Walewska tu nie pomogła. Do dziś jednak śpiewamy; „dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy”. Powinniśmy sobie jednak zaśpiewać „dał nam przykład Bonaparte jak przegrywać mamy.” Przecież Napoleon niczego nie wygrał, lecz wszystko przegrał sromotnie.
    Francuzi mogą go sobie czcić- to ich sprawa-, ale do hymnu państwowego jednak go nie wprowadzili. My, ależ oczywiście!. Anglicy zaś nie tylko go pobili, ale chyba i na koniec otruli.
    A Kościuszko na ten przykład- amerykański generał od fortyfikacji (w tym chyba był dobry), który nie dotrzymał przysięgi na Rynku Krakowskim, (ale słowa danego carowi dotrzymał) i też sromotnie przegrał pod Maciejowicami. I taki było koniec I- RP. Z Konstytucją 3-go maja czy też bez niej.
    A II RP. Cóż ma takiego na swoim koncie?. Zamach stanu, faszyzująco-burżuazyjny system rządów autorytarnych, antysemityzm i pogromy, pacyfikacje wsi- powszechna nędza chłopów i innych warstw społecznych- faktyczny brak perspektyw zakończony klęską wrześniową, wskutek w ogóle nieprzygotowanej z wojskowego punktu widzenia i zgodnie ze sztuką wojenną obrony.
    Trzeba było bowiem przygotować się do obrony na linii Bug- Narew – Wisła i San i tak skonstruować plan mobilizacji. Trzeba było w końcu przygotować tysiąc, a nie jeden, takich oddziałów jak oddział Hubala, który i tak zresztą powstał z jego inicjatywy. Podobnie uważał gen, Kazimierz Sosnkowski.
    Losy II RP kończy nieszczęsne powstanie warszawskie, którego inicjatorzy winni, według gen. Andersa ponieść odpowiedzialność karną. Taki jest finał II RP.
    W ślad za II RP idzie III RP, staczająca się skutecznie do roli państwa wyznaniowego w najgorszym islamsko-fundamentalistycznym wydaniu-obcym Zachodowi, a także do „Polish Banana Republic” z pinochetopodobnymi przywódcami i parlamentarzystami. Porównajmy to wszystko z PRL i wtedy „niech ten pierwszy rzuci w nią kamieniem – kto sam jest bez winy”.
    Mój realista był świetnym mówcą, uczelnianym wykładowcą, którego studenci nie zawsze mogą znaleźć miejsce w zaścianku polskiej „prawomyślności”. Nie zasilają dzisiaj zachodnich koncernów, ani Multi-kulturowych bytów dla samego bytu. Praca realisty nigdy się nie kończy i nie zmienią tego żadne wojny, żadne prawice, ani lewice. Realiści po prostu działają. I dlatego nazywają się realistami.
    Z

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy