Granica, która łączy

Granica, która łączy

70 lat po podpisaniu układu zgorzeleckiego zamknięcie granicy polsko-niemieckiej na czas pandemii było czymś nienaturalnym

Dla rzeki to chyba obojętne. Obojętne, jak się nazywa, w jakim języku wymawia się jej nazwę. Rzeka pod staromiejskim mostem, który łączy niemieckie Görlitz z polskim Zgorzelcem, szumi monotonnie; dziś, w ostatnim dniu czerwca i podczas pandemii roku 2020, tak samo jak 70 lat temu. A wówczas, 6 lipca 1950 r., przywódcy NRD i PRL uregulowali sporną granicę na Odrze i Nysie jako „granicę państwową między Niemcami a Polską”. Od tego czasu Görlitz-Oststadt stało się Zgorzelcem. Duża część nowych mieszkańców w pobliżu brzegu jeszcze pewniej nazywała swoją rzekę Nysą. Ma tak być na zawsze. Dla Polaków Nysa, dla Niemców Neisse.

Dane i odebrane

Marta Wyspiańska nazywa rzekę czasem tak, czasem tak. Z wykształcenia jest slawistką i należy do ok. 4 tys. Polek i Polaków mieszkających w Görlitz. – Dla mnie rzeka nie jest rzeką granicy, ale rzeką powiązań, miasto zaś, czy też dwa miasta: Görlitz i Zgorzelec, tworzą jedność, w której się żyje, działa, pracuje, robi zakupy – podkreśla. Wyspiańska pracuje dla stowarzyszenia Meetingpoint Music Messiaen. Dziesięcioosobowy zespół organizuje międzynarodowe spotkania młodzieżowe i projekty edukacji muzycznej, a wspólnie z polską fundacją opiekuje się byłym niemieckim obozem jenieckim Stalag VIII A na terenie Zgorzelca. Stowarzyszenie odwołuje się do niecodziennej historii: francuski kompozytor Oliver Messiaen, w latach 1940-1941 więziony w Stalagu VIII A, napisał tam „Kwartet na koniec czasu”, zaliczany dziś do największych dzieł muzyki kameralnej XX w. Zainspirowany tym faktem i muzyką niemiecki historyk literatury i reżyser Albrecht Goetze na początku tego stulecia przeprowadził się do Görlitz i zainicjował powstanie stowarzyszenia. – Ten utwór wskazał nam, że człowiek powinien mieć silnego ducha, bo tylko on pozwala przezwyciężyć najtrudniejsze momenty – mówił zmarły w 2015 r. Goetze. – Pamiętam podzieloną Europę mojego dzieciństwa i to, jak marzyła mi się Europa wspólna, zjednoczona. Zgorzelec i Görlitz to idealne miejsce, żeby tę ideę urzeczywistniać. To może się udać właśnie dzięki muzyce.

Czy to z powodu naznaczonej tą historią misji organizacji, czy też ze względu na osobiste doświadczenia, Wyspiańska jest poruszona, gdy mówi o granicy, o jej czasowym zamknięciu i protestach. – Zamknięcie granicy było dla mnie czymś nienaturalnym. Nie sądziłam, że będę musiała doświadczyć czegoś takiego w XXI w. W tyle głowy mam opowieści moich rodziców i innych pokoleń o zamkniętych granicach.

Pandemia wpływa również na pracę stowarzyszenia. Część oferty, np. organizowany od lat program „Worcation” na temat Stalagu VIII A, w tym roku odbędzie się wyłącznie online. – Mam nadzieję, że zamknięcie granicy będzie znakiem zwłaszcza dla młodych ludzi. Bo wolność i swobodne przekraczanie granic nie są czymś danym z góry, czymś, co po prostu mamy i czego nie można nam już odebrać. Powinniśmy się wzmacniać w byciu razem, nie w byciu podzielonymi.

Grać dalej – i mieć nadzieję

Konsekwencje tej polsko-niemieckiej separacji są również tematem poruszanym w Teatrze im. Gerharta Hauptmanna w Görlitz-Zittau. Ta miejska instytucja kultury, która oferuje szeroki repertuar teatru muzycznego, dramatu i tańca, wszystkie występy uzupełnia napisami w języku polskim i zatrudnia wiele osób z Polski. Jedną z nich jest dyrygentka Ewa Strusińska, od dwóch lat główna dyrektorka muzyczna teatru. – Czasy koronawirusa są dla nas wszystkich, dla teatru i dla tych, którzy tu pracują, wielkim wyzwaniem – mówi. Gdy pokazuje scenę powstałego w XIX w. teatru, towarzyszy nam dramaturg Ivo Zöllner. – Oferta online była i jest dobrym instrumentem, ale chcemy jak najszybciej grać na żywo, bo zarówno goście, jak i zespół tęsknią za żywym kontaktem, jesteśmy w pewnym sensie uzależnieni od adrenaliny, którą wyzwala kontakt z widzami – opowiada dyrygentka. Zdążyła już wprowadzić tu kilka polskich akcentów, ściągając na scenę teatru dzieła bardziej i mniej znanych kompozytorów polskich, w tym Karola Szymanowskiego i Stanisława Moniuszki, ale także Józefa Kofflera. Zöllnerowi epidemia podsunęła dodatkowy pomysł: – Chcemy zaoferować małe koncerty kameralne w Zgorzelcu. Bo chcemy być teatrem całego europejskiego miasta Görlitz-Zgorzelec.

Dobrym miejscem na koncerty mogłyby być pomieszczenia Miejskiego Domu Kultury w Zgorzelcu. Budynek z początku XX w. jest tymczasowo zamknięty dla publiczności. 70 lat temu to tutaj pod układem zgorzeleckim złożyli podpisy premierzy Józef Cyrankiewicz i Otto Grotewohl. Na ławce przed gmachem siedzą Romek i jego kolega Piotrek, 15-latkowie rozmawiają, jednocześnie pisząc coś na smartfonach. Romkowi układ graniczny coś mówi, ale bardziej interesują go teraźniejszość i przyszłość. – Mamy już normalne kontakty z Niemcami. Ale oczywiście niektórzy traktują Polaków trochę gorzej, tak jak wielu Polaków traktuje teraz Ukraińców – tłumaczy licealista. On sam nie chce zostać w Zgorzelcu po szkole, chce studiować we Wrocławiu. A granica, Görlitz, młodzi ludzie po drugiej stronie rzeki? – Zgorzelec i Görlitz to dla mnie jedno miasto, na drugą stronę chodzę regularnie, znam tam kilka osób, więc to było bardzo dziwne, kiedy granica była zamknięta.

Kilkadziesiąt lat temu zamknięcie granicy było czymś oczywistym. W wyniku wytyczenia granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej podzielono ok. 50 gmin wiejskich i siedem miast, z których trzy funkcjonują jako miasta bliźniacze – ok. 120 km na północ od Görlitz, jadąc wzdłuż meandrującej Nysy, dociera się do jednego z nich. Tutaj rzeka dzieli niemieckie Guben i polski Gubin.

Wokół centralnego mostu granicznego polski geodeta i jego ekipa przeprowadzają coroczny monitoring elektrowni wodnej, wybudowanej w czasach niemieckich. – Takich elektrowni wzdłuż Nysy Łużyckiej jest wiele – wyjaśnia pan Tomasz, który mieszka w Krakowie i jako geodeta jest tu służbowo. – Widać, że tutejsi mieszkańcy są uzależnieni od granicy – zauważa. – Niektóre małe wsie po polskiej stronie niemal całkowicie nastawione są na wymianę z Niemcami: papierosy, stacje benzynowe, nawet usługi weterynaryjne – ceny często podawane są w euro, a nie w złotych. Choć tu, w Gubinie, jest inaczej.

Młodzieżowy tranzyt

W Guben-Gubinie – każde miasto ma po ok. 16 tys. mieszkańców – między obiema częściami krążą młodzi ludzie. Również uczniowie Liceum im. Pestalozziego w Guben. Szkoła od ponad dekady oferuje język polski jako drugi język obcy, zatrudnia odpowiednią asystentkę językową. Połowa niemieckich uczniów w siódmej klasie zamiast francuskiego wybiera polski, a spośród 350 uczniów 45 stanowią Polacy. Początek lipca to okres wakacyjny, koordynatorka wyższych klas licealnych, Kerstin Nedoma, jest jednak na miejscu. – Ze względu na bliskość Polski naturalne było otwarcie się na polskich uczniów i zaoferowanie polskiego jako języka obcego – mówi. Większość tych młodych ludzi mieszka po polskiej stronie, a dla pochodzących z innych polskich miast jest internat w Gubinie. Wszystko od lat dobrze działało – aż nadeszła pandemia i zamknięcie granic. Jednak niemiecki powiat Sprewa-Nysa szybko zorganizował i sfinansował w mieście Burg zakwaterowanie dla polskich 12-klasistów, którzy w kwietniu mieli przystąpić do egzaminów maturalnych. – Świetnie się spisali. Tak intensywnie się uczyli, że mieli doskonałe wyniki na świadectwach – opowiada Kerstin Nedoma. Dla uczniów z klas 9-11 z Polski również zorganizowano noclegi po stronie niemieckiej.

Czy doświadczenie zamknięcia granicy spowoduje zachwianie się polsko-niemieckiego projektu szkolnego? – To zależy również od ogólnego kontekstu politycznego, czy pojawią się nacjonalizmy, czy zmieni się wzajemny wizerunek – zwraca uwagę koordynatorka, która w szkole pracuje od 30 lat, a w Guben mieszka jeszcze dłużej. – Mamy nadzieję, że informacje o tym, co umożliwiliśmy i umożliwiamy polskim uczniom, pójdą w świat, a obawy znikną. Uczennice i uczniowie z Polski wzbogacają nas i mam nadzieję, że takie projekty jak nasz staną się normalnością.

Taka normalność stała się możliwa dzięki otwartej granicy. Z jednej strony, czasem otwartość rodzi konflikty, z drugiej – owocuje bliskością. Znamienny był choćby spontaniczny uścisk dwóch burmistrzów: René Wilkego z Frankfurtu nad Odrą i Mariusza Olejniczaka ze Słubic.

Podwójne pytania

Słubice i Frankfurt robią dużo, by to połączenie nie było tylko symboliczne, by „europejskie podwójne miasto”, jak reklamują się po obu stronach, stało się konkretem. Na razie rozbieżności ekonomiczne nadal rzucają się w oczy. Spacer po ulicach znacznie mniejszych Słubic pokazuje, że polska strona jako biedniejszy brat oferuje usługi bogatszemu: sklepy z papierosami, kantory, restauracje, fryzjerów, bazary. – Wielu handlarzy, którzy mieli głównie klientów niemieckich, bardzo ucierpiało i musiało zlikwidować biznesy po zamknięciu granicy. Myśmy przetrwali, ponieważ około połowy naszych klientów to Polacy – mówi sprzedawczyni ze sklepu spożywczo-monopolowego w pobliżu mostu granicznego.

Po drugiej stronie rzeki urzędy obu miast utworzyły Słubicko-Frankfurckie Centrum Kooperacji. Biuro powstało w 2011 r. w ramach finansowanego przez UE projektu Interreg „Międzykomunalna współpraca w europejskim Dwumieście”. Siedmiu pracowników – pięciu z Frankfurtu, dwóch ze Słubic – organizuje projekty i tworzy swego rodzaju pas transmisyjny dla administracji miast. – Jesteśmy tłumaczami, dopytujemy się, działamy na nerwy. A kiedy nasi polscy pracownicy są przez swoich kolegów z urzędu w Słubicach określani jako Niemcy, my zaś przez naszych we Frankfurcie jako Polacy, to znak, że robimy coś dobrze – śmieje się Sören Bollmann. Bollmann jest dyrektorem centrum, mówi płynnie po polsku, głównie o przyszłości. – Działania planujemy w dziesięcioletnich krokach rozwojowych, uzgodnionych w ramach tzw. konferencji przyszłości. Bo trudniej jest zacząć, wychodząc od teraźniejszości aniżeli od perspektywy przyszłości.

Pod koniec 2019 r. rady miast zatwierdziły plan działania na lata 2020–2030. Co jednak się stanie z uchwalonymi w nim treściami – choćby wspieraniem dwujęzyczności czy współpracą na rzecz transgranicznej ochrony przed skutkami katastrof – w czasach pandemii i napiętych miejskich budżetów? – Niektóre planowane projekty są ponownie rozpatrywane – przyznaje Bollmann. – Zasadnicze pytanie brzmi zaś: czy warto stawiać na podwójne miasto, tak że nie rezygnujemy z niego nawet w trudnych czasach? Jak dotąd w obu miastach przeważa pogląd o kontynuowaniu współpracy – mówi Bollman.

Na to samo pytanie, dodaje, trzeba dziś odpowiedzieć na szczeblu Unii Europejskiej. – Czy chcemy, aby takie kwestie jak zdrowie weszły w zakres kompetencji UE, abyśmy mogli działać szybciej w przypadku kolejnej katastrofy?

Dla Frankfurtu-Słubic to pytania bardzo konkretne. Co zrobić, jeśli ktoś w Słubicach ma zawał serca, a miejscowy szpital nie może go leczyć? Wieźć chorego 80 km do Zielonej Góry czy 5 km do Frankfurtu? Takie przypadki już się zdarzały, nie są jednak uregulowane prawnie. A powinny być.

Magdalena Telus z Görlitz ma inne pytania. Polonistka i germanistka jest prezesem niemieckiego Stowarzyszenia Nauczycieli Polskich. Współpracuje z kilkoma instytucjami w celu utworzenia centrum koordynacji i kompetencji języka polskiego w Niemczech. – Istnieje wiele stowarzyszeń oraz inicjatyw rodzicielskich, które oferują polskie lekcje, i chcemy im pomóc w lepszym nawiązywaniu kontaktów, w docieraniu do lokalnych polityków – mówi. Projekt ma niebawem ruszyć, zakrojony jest na skalę ogólnokrajową, pomysł wspiera niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. A Magdalena Telus ma jeszcze wiele do powiedzenia. Chwyta mikrofon i na scenie w kawiarni przy moście Görlitz-Zgorzelec śpiewa piosenkę, którą sama napisała: „Europa, Europa!”.

Kwerenda wsparta ze środków Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej

Wydanie: 29/2020

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy