Gwałt i nic więcej

Gwałt i nic więcej

Nie wiesz, kim będzie kolejny mężczyzna, który otworzy drzwi i się na ciebie rzuci, wiesz tylko, że to nastąpi, a jutro może być gorzej

* * *

Nadia Murad jest jedną z tysięcy Jezydek porwanych przez ISIS, aby je sprzedać na rynku niewolnic, nawet za pośrednictwem Facebooka, czasami za ledwie 20 dol. Matka Nadii była jedną z 80 starszych kobiet, które zostały zabite i pochowane w nieoznaczonym grobie. Sześciu z jej braci oraz setki innych mężczyzn zostało zamordowanych jednego dnia. To, o czym opowiadała mi Nadia, było ludobójstwem. (…)

Kiedy Nadia opowiadała mi swoją historię w Londynie, mijały prawie dwa lata od rozpoczęcia ludobójstwa Jezydów przez ISIS. Tysiące jezydzkich kobiet i dzieci nadal przebywało w niewoli ISIS, ale nigdzie na świecie żaden członek ISIS nie stanął jeszcze przed sądem za swoje zbrodnie. Dowody ginęły bądź były niszczone. Widoki na ewentualne procesy przedstawiały się marnie. Oczywiście przyjęłam tę sprawę. Nadia i ja przez ponad rok walczyłyśmy wspólnie o sprawiedliwość. Wielokrotnie spotykałyśmy się z przedstawicielami rządu irackiego i ONZ, członkami Rady Bezpieczeństwa ONZ oraz ofiarami ISIS. (…) Większość naszych rozmówców twierdziła, że nic to nie da (…). Jednak kiedy piszę ten wstęp, Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła doniosłą uchwałę o utworzeniu zespołu dochodzeniowego, który będzie zbierał dowody zbrodni popełnionych przez ISIS w Iraku. To wielkie zwycięstwo Nadii i wszystkich ofiar ISIS, ponieważ oznacza, że dowody zostaną zachowane, a poszczególnych członków ISIS będzie można postawić przed sądem.

Bez wątpienia bojownicy ISIS usiłowali uciszyć Nadię, kiedy ją porwali i zniewolili, gwałcili i torturowali, a także gdy w jednym dniu zabili siedmiu członków jej rodziny. Jednak Nadia nie pozwoliła się uciszyć. (…) Nadia nie tylko odnalazła swój głos, ale została również głosem wszystkich Jezydów będących ofiarami ludobójstwa, wszystkich kobiet, które zostały zgwałcone, uchodźców rzuconych na pastwę losu. Ci, którzy sądzili, że zdołają zamknąć jej usta swym okrucieństwem, mylili się.

Amal Clooney, adwokatka,
wrzesień 2017 r.

Drzwi się otworzyły i wszedł Hadżi Salman z biczem w ręku. Z wrzaskiem rzuciłam się na łóżko i naciągnęłam koc na ciało i głowę, chowając się jak dziecko. Salman stanął przy łóżku i bez słowa zaczął okładać mnie biczem. Smagał mocno, szybko i z taką wściekłością, że koc chronił mnie w niewielkim stopniu.

– Wyłaź stamtąd! – wrzasnął Hadżi Salman głośniej, niż kiedykolwiek słyszałam. – Wyjdź spod koca i rozbierz się!

Nie miałam wyboru. Podniosłam koc i gdy Salman nadal stał nade mną z biczem, powoli zdjęłam ubranie. Kiedy byłam kompletnie naga, zastygłam w bezruchu, czekając na to, co chciał mi zrobić, i cicho płacząc. Myślałam, że mnie zgwałci, ale zamiast tego ruszył w kierunku drzwi.

– Nadia, uprzedzałem, że jak będziesz próbowała uciec, spotka cię coś bardzo złego – powiedział. Znów mówił cicho jak zwykle. Potem otworzył drzwi i wyszedł.

Chwilę później do pokoju weszli Morteja, Jahja, Hossam i trzech innych strażników. Stanęli tam, gdzie przed chwilą był Salman. Kiedy ich ujrzałam, zrozumiałam, na czym ma polegać kara. Morteja podszedł do łóżka jako pierwszy. Próbowałam go powstrzymać, ale był za silny. Popchnął mnie na łóżko i nic nie mogłam zrobić.

Po Mortei zgwałcił mnie kolejny strażnik. Wzywałam krzykiem matkę i Chajriego, mojego brata. W Koczo zjawiali się zawsze, gdy ich potrzebowałam. Nawet gdy trochę sparzyłam sobie palec, jeśli ich wołałam, przychodzili, by mi pomóc. W Mosulu byłam sama, a imiona były wszystkim, co mi po nich pozostało. Żadne moje słowo ani gest nie powstrzymały napastujących mnie mężczyzn. Ostatnia rzecz, jaką pamiętam z tej nocy, to twarz jednego ze strażników, który się do mnie zbliżał. Pamiętam, że nim przystąpił do gwałcenia, zdjął okulary i ostrożnie odłożył je na stolik. Pewnie się obawiał, że mu się połamią.

Kiedy obudziłam się rankiem, byłam sama i naga. Nie mogłam się ruszyć. Ktoś, pewnie jeden z mężczyzn, okrył mnie kocem. Zakręciło mi się w głowie, kiedy chciałam wstać, a ciało bolało mnie, kiedy sięgnęłam po ubranie. Co chwila czułam się, jakbym miała znowu zemdleć, jakby przed moimi oczami została zaciągnięta do połowy czarna zasłona albo jakby każda rzecz na świecie stała się własnym cieniem.

Poszłam do łazienki i wzięłam prysznic. Moje ciało było pokryte paskudztwem pozostawionym przez mężczyzn, więc długo stałam pod strumieniem wody, płacząc. Potem wymyłam się bardzo dokładnie, szorując ciało, zęby, twarz, włosy, przez cały czas modląc się i prosząc Boga, by mi pomógł i wybaczył.

Potem wróciłam do pokoju i położyłam się na kanapie. Łóżko cuchnęło mężczyznami, którzy mnie zgwałcili. Nikt nie przyszedł, by sprawdzić, co się ze mną dzieje, chociaż słyszałam, jak rozmawiają pod drzwiami, a po chwili udało mi się zasnąć. Nic mi się nie śniło. Kiedy otworzyłam oczy, stał nade mną kierowca Salmana i szturchał mnie w ramię.

– Obudź się, Nadia. Wstawaj, ubieraj się – polecił. – Czas jechać.

– Dokąd? – spytałam, wpychając swoje rzeczy do czarnej torby.

– Nie wiem. Gdzieś tam – odparł. – Hadżi Salman cię sprzedał.

Na początku, kiedy zostałam schwytana i dowiedziałam się, co czeka Jezydki, modliłam się, aby zostać u jednego tylko mężczyzny. Kiedy cię kupują jako niewolnicę, odbierają ci ludzką godność, więc i tak jest wystarczająco źle, ale nie mogłam do tego jeszcze znieść myśli, że mam być przekazywana od jednego bojownika do drugiego, przenoszona z domu do domu, a może nawet przewieziona przez granicę do Syrii, na tereny kontrolowane przez ISIS, jak towar z targu, worek mąki wrzucony na pakę furgonetki.

Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, jak okrutny może być mężczyzna. Hadżi Salman był najgorszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałam, a gdy pozwolił swoim strażnikom mnie zgwałcić, modliłam się, by mnie sprzedał. Było mi wszystko jedno komu. I wszystko jedno, gdzie mnie zabiorą. Nawet ewentualność wyjazdu do Syrii, skąd o wiele trudniej byłoby uciec – i kiedyś traktowałam to jak wyrok śmierci – wydawała się lepsza niż zostanie z Salmanem. Kiedy wyobrażam sobie, jak bojownicy ISIS zostaną postawieni przed sądem za ludobójstwo, chcę ujrzeć Hadżiego Salmana, pochwyconego żywcem. Chcę odwiedzić Salmana w więzieniu, w którym będzie strzeżony przez irackich żołnierzy i uzbrojonych strażników. Chcę zobaczyć, jak wygląda, i usłyszeć, co mówi, gdy nie ma wsparcia ISIS. I chcę, by spojrzał na mnie, przypomniał sobie, co mi robił, i zrozumiał, że z tego powodu nigdy nie wyjdzie na wolność.

Spakowałam torbę i wyszłam za kierowcą na zewnątrz. (…) Chociaż znalazłam się na zewnątrz, nie poczułam ni drgnienia wolności. Wiedząc, że w całym Mosulu nie ma ani jednej osoby, która mi pomoże, nie miałam nawet krzty nadziei.

Nowy strażnik, mężczyzna, którego nie rozpoznałam, usiadł z przodu małego, białego samochodu obok kierowcy. (…)

Wkrótce dojechaliśmy do pierwszego punktu kontrolnego przed wyjazdem z Mosulu. Dyżurujący w nim bojownicy Państwa Islamskiego byli uzbrojeni w karabinki automatyczne i pistolety. Wyjrzałam przez okno, ciekawa, czy rzeczywiście mają tam zdjęcia zbiegłych sabaja, jak twierdził Hadżi Salman, ale było zbyt ciemno, by coś wypatrzyć.

– Dlaczego twoja żona nie nosi nikabu? – spytał kierowcę bojownik.

– To nie moja żona, hadżi – odparł. – To sabijja.

– Gratuluję – powiedział bojownik i machnięciem dał znak, że możemy jechać. (…)

Wkrótce dojechaliśmy do Al-Hamdanii. Całe miasto pogrążone było w ciemności z powodu braku prądu i okropnie cuchnęło padliną. Ulice były ciche, domy opróżnione ze zwykłych ludzi. Pozostali tylko terroryści i jedynie siedziba Państwa Islamskiego była oświetlona, bo prąd wytwarzał wielki generator, który w ciszy nocnej bardzo hałasował. (…)

Zatrzymaliśmy się przed siedzibą Państwa Islamskiego i weszliśmy do środka. Tak jak ośrodek w Mosulu była pełna bojowników. Usiadłam cicho i czekałam, aż mi powiedzą, co mam robić. Byłam wycieńczona i bardzo senna. Wszedł jakiś bojownik. Był niski i tak stary, że miał zgarbione plecy, a te zęby, które mu jeszcze zostały, były zepsute.

– Idź na górę – powiedział.

Byłam przerażona, pewna, że Hadżi Salman za karę sprzedał mnie temu staruchowi, który właśnie wysyła mnie do pokoju, w którym zamierza mnie zgwałcić. Jednak kiedy otworzyłam drzwi do tego pomieszczenia, zobaczyłam, że są tam jakieś dziewczyny.

Rozpoznałam je dopiero po chwili.

– Dżilan! Nisrin!

To była moja bratowa i bratanica. Jeszcze nigdy w życiu nie ucieszyłam się tak ze spotkania z żadnym człowiekiem. Rzuciłyśmy się ku sobie, całowałyśmy się i płakałyśmy. Były ubrane tak samo jak ja i wyglądały, jakby nie spały od tygodni. Nisrin była naprawdę mała – nie wiedziałam, jak daje radę znieść to, co musi znieść sabijja – a o Dżilan, która została rozdzielona z ukochanym mężem, pomyślałam, że przeżywa gwałty pewnie jeszcze bardziej niż ja. Szybko, wiedząc, że w każdej chwili mogą po nas przyjść, usiadłyśmy na podłodze i zaczęłyśmy opowiadać sobie, co nas spotkało.

– Jak tu trafiłyście? – zapytałam.

– Zostałyśmy sprzedane – odparła Nisrin. – Byłam dwa razy sprzedana w Mosulu, a potem przywieziona tutaj. – Czy wiesz, co się dzieje z Kathrine?

– Jest w ośrodku w Mosulu.

Powtórzyłam to, co Lamia powiedziała o Walai, i trochę opowiedziałam o sobie.

– Byłam u strasznego człowieka – rzekłam. – Próbowałam uciec, ale mnie złapano.

Wszystkiego im nie zdradziłam. Jeszcze nie byłam gotowa mówić o tym głośno. Tuliłyśmy się do siebie.

– Ten wstrętny staruch na dole chyba mnie kupił – powiedziałam.

– Nie. – Nisrin spuściła głowę. – To ja należę do niego.

– Jak możesz znieść to, że ten obleśny staruch przychodzi do ciebie w nocy? – spytałam Nisrin.

Nisrin pokręciła głową.

– Nie myślę o sobie. A co z Rodżian, którą zabrał ten olbrzym? Po jej wyjściu wszystkie krzyczałyśmy z przerażenia, płakałyśmy.

Przestałyśmy nawet na chwilę myśleć o tym, co się stało w Koczo. Myślałyśmy tylko o Rodżian i tym potworze.

– Co się stało w Koczo? – spytałam z lękiem. – Czy wiecie coś na pewno?

– Słyszałam, jak w telewizji mówili, że wszyscy mężczyźni zostali zabici – powiedziała Nisrin. – Wszyscy co do jednego. Podawali to w wiadomościach.

Chociaż słyszałam strzały za szkołą, aż do tej chwili łudziłam się jeszcze, że mężczyźni przeżyli. Po tym, co powtórzyła mi siostrzenica, było tak, jakbym znów usłyszała strzały, seria po serii, aż wreszcie tylko one rozbrzmiewały mi w głowie. Starałyśmy się wzajemnie pocieszać.

– Nie płaczmy z powodu ich śmierci – powiedziałam. – Żałuję, że nie zabito nas razem z nimi.

Lepiej być trupem niż niewolnicą sprzedawaną jak towar, a potem gwałconą tak długo, aż ma zmasakrowane ciało. Wśród naszych mężczyzn byli studenci, lekarze, młodzi i starzy. Podczas egzekucji w Koczo moi rodzeni i przyrodni bracia stali obok siebie, a ISIS zabiło prawie wszystkich. Jednak ich śmierć trwała tylko chwilę. A kiedy jesteś sabijja, umierasz w każdej sekundzie każdego dnia i tak samo jak mężczyźni już nigdy nie ujrzysz swojej rodziny i domu. Nisrin i Dżilan przyznały mi rację.

– Żałujemy, że nie zabili nas razem z mężczyznami – powiedziały.

Bojownik z zepsutymi zębami – właściciel Nisrin – stanął w drzwiach i wskazał na mnie.

– Czas iść – powiedział, a my zaczęłyśmy go błagać.

– Możecie zrobić z nami, co chcecie, tylko prosimy, nie rozdzielajcie nas! – krzyczałyśmy, przywierając do siebie jak tamtej nocy w Mosulu. I tak jak tamtej nocy rozdzielili nas i zaciągnęli na dół, zanim zdążyłam się pożegnać. (…)

15 minut później zajechaliśmy pod drugi ośrodek w Al-Hamdanii. Opadło mnie złe przeczucie, że tutaj spotkam swojego nowego właściciela, i po wyjściu z samochodu szłam wolno, miałam wrażenie, jakby moje ciało było z cementu. Ten ośrodek składał się z dwóch budynków, a kiedy samochód podjechał, z mniejszego wyszedł mężczyzna w średnim wieku. Miał długą, czarną brodę i czarne spodnie Państwa Islamskiego. Kierowca nakazał gestem, żebym weszła za nim do środka.

– To jest Abu Muawaya – poinformował. – Rób, co ci każe.

Dom był parterowy, ale bardzo czysty i piękny, należał niegdyś do zamożnej chrześcijańskiej rodziny. (…) Stosy jezydzkich ubrań piętrzyły się wszędzie, jaskrawsze i śmielsze niż typowe stroje konserwatywnych muzułmanek z Iraku. Były też rzeczy pozostałe po rodzinie, która uciekła z tego domu. Czułam się, jakbym weszła do grobowca. Abu Muawaya dołączył do innego, młodszego mężczyzny w kuchni, gdzie zaczęli jeść chleb i jogurt, popijając czarną herbatą.

– Ile dni tu będę? – spytałam mężczyzn. – Mam krewne w tym drugim ośrodku. Czy mogłabym być z nimi?

Ledwie rzucili na mnie okiem, a Abu Muawaya odpowiedział spokojnie:

– Jesteś sabijja. Nie wydajesz rozkazów – ty ich słuchasz.

– Nawróciłaś się, Nadia? – spytał drugi mężczyzna.

– Tak – odparłam, zastanawiając się, skąd znają moje imię i co jeszcze o mnie wiedzą. Nie pytali, skąd jestem ani co stało się z moją rodziną, ale te szczegóły mogły nie mieć dla nich żadnego znaczenia. Ważne było tylko to, że tam byłam i należałam do nich.

– Weź prysznic – powiedział Abu Muawaya.

Zastanawiałam się, za ile Hadżi Salman mnie sprzedał. Wiedziałam, że za sabija niebędące dziewicami płacono mniej (…). Może Salman tak bardzo chciał się mnie pozbyć, że oddał mnie w prezencie, a może znalazł bardzo brutalnego mężczyznę i po prostu mnie mu posłał. Wiedziałam, że takie rzeczy się zdarzały. Jezydki były przekazywane od terrorysty do terrorysty za darmo.

– Brałam prysznic rano – odparłam.

– To idź do tego pokoju i zaczekaj tam na mnie – Abu Muawaya wskazał sypialnię, a ja posłusznie weszłam do tego pomieszczenia. (…)

Każdy bojownik Państwa Islamskiego traktował mnie okrutnie, a gwałt zawsze pozostawał gwałtem, ale pamiętam drobne różnice pomiędzy mężczyznami, którzy mnie napastowali. Hadżi Salman był najgorszy, częściowo dlatego, że to on zgwałcił mnie pierwszy, ale też dlatego, że zachowywał się, jakby mnie nienawidził. Bił mnie, jeśli próbowałam zamykać oczy. Nie wystarczało mu, że mnie gwałcił. Do tego poniżał mnie jeszcze na każdym kroku, każąc np. zlizywać miód z palców swoich stóp, albo zmuszał do nakładania uwłaczających strojów. Kiedy Morteja przyszedł mnie zgwałcić, zachowywał się jak dziecko, któremu pozwolono wreszcie dorwać się do upragnionych słodyczy, i nigdy nie zapomnę, że jeden ze strażników tak delikatnie obszedł się ze swoimi okularami, a mnie, człowieka, potraktował tak brutalnie.

Abu Muawaya, kiedy przyszedł do pokoju koło ósmej, chwycił mnie pod brodę i przygwoździł do ściany.

– Czemu się nie bronisz? – spytał.

Najwyraźniej go to zezłościło. Sądząc po stosach jezydzkich ubrań w tym domu, miał już wiele sabijja i pewnie wszystkie oprócz mnie mu się opierały. Może lubił udowadniać, że i tak może je mieć, nawet jeśli stawiają opór. Był niski, ale bardzo silny.

– A po co? – spytałam. – Nie chodzi o jednego mężczyznę, dwóch albo trzech. Wszyscy to robicie. Jak długo można się opierać? – Pamiętam, że się roześmiał, kiedy to usłyszał.

Kiedy Abu Muawaya wyszedł, zasnęłam, ale w nocy obudziłam się, czując obok czyjeś ciało. To był mężczyzna, który wcześniej jadł w kuchni z Abu Muawayą chleb z jogurtem; nie pamiętam, jak się nazywał. Pamiętam tylko, że w gardle mi zaschło z pragnienia, a kiedy wstałam, żeby nalać sobie wody, chwycił mnie za rękę.

– Muszę się czegoś napić – powiedziałam. Byłam zszokowana własnym odrętwieniem. Po tym, co zaszło ze strażnikami u Hadżiego Salmana, zupełnie przestałam się bać ISIS i gwałtu. Byłam po prostu pozbawiona czucia. Nie spytałam tego nowego mężczyzny, co robi, nie próbowałam go przekonać, żeby mnie nie dotykał, w ogóle się do niego nie odzywałam.

W końcu jest tylko gwałt i nic więcej. To staje się twoją normalnością. Nie wiesz, kim będzie kolejny mężczyzna, który otworzy drzwi i się na ciebie rzuci, wiesz tylko, że to nastąpi, a jutro może być gorzej. Przestajesz myśleć o ucieczce, o tym, że zobaczysz jeszcze kiedyś swoją rodzinę. Twoja przeszłość staje się odległym wspomnieniem, podobnym do snu. Twoje ciało nie należy do ciebie, brak ci energii, by rozmawiać, walczyć czy myśleć o świecie na zewnątrz. Jest tylko gwałt i odrętwienie, które przychodzi, kiedy pogodzisz się z tym, że teraz takie właśnie masz życie.

Fragmenty książki Nadii Murad i Jenny Krajeski Ostatnia dziewczyna, przekład Magdalena Koziej, Prószyński i S-ka, Warszawa 2018

Fot. AP Photo/Mary Altaffer

Wydanie: 42/2018

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy