Historia na usługach polityki

Prawo i obyczaje

Powojenne dzieje naszego kraju ciągle oczekują na pióro bezstronnego historyka. W ocenie Polski Ludowej przeważają dziś opinie zajadłych krytyków tamtego okresu, ukazujące czasy realnego socjalizmu w najczarniejszych barwach. Nie brak jednak też prób wybielania PRL-u w oczach potomnych, a nawet rehabilitowania haniebnych działań, jakich dopuszczali się w pierwszych latach po wojnie komuniści popierani przez Moskwę.
Stara to prawda, że polityka rządzi historią. Zawsze znajdują się historycy arywiści, którzy oddają chętnie swe usługi rządzącej grupie politycznej. Wybitny historyk Witold Kula nazywał takich „uczonych” ministrantami, którzy dzwonią na mszę w kościołach swej epoki („Rozważania o historii”, Warszawa 1959, s. 219). Dzisiaj panoszą się, podobnie jak w realnym socjalizmie, owi „ministranci”, odsądzając bez pardonu ludzi mówiących coś pozytywnego o PRL-u od wszelkiej czci i wiary. Modne jest bowiem mówić na politycznych salonach o nieboszczce PRL nihil nisi male (tylko źle).
W ostatnim czasie zarysowała się jednak polaryzacja poglądów w ocenie faktów historycznych, jakie wydarzyły się na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej po zagarnięciu władzy przez ludzi niemających do rządzenia społecznego mandatu. Impuls do pierwszej właściwie gorącej dyskusji na temat prawomocności powojennych działań komunistycznej władzy dała rozpętana niedawno polemika w kwestii, czy akcja „Wisła” była słuszna. Kontynuowanie tej dyskusji wydaje się już nużące, a nawet, co gorsza, szkodliwe, ponieważ namiętna obrona tego działania z pozycji nacjonalistycznych („zasłużyli na przesiedlenia, bo mordowali Polaków”) rozjątrzyła już na dobre stronę ukraińską.
Trudno jednak przejść do porządku dziennego nad wypowiedziami ludzi, którzy usiłują usprawiedliwić to bezprecedensowe wydarzenie w ogólniejszej płaszczyźnie prawnej.
Za szczególnie niebezpieczną uważam bałamutną tezę, że owe przesiedlenia nie były nielegalne, ponieważ obowiązywały wtedy dzisiejsze normy prawne. Nieprawdą jest, że krytycy akcji „Wisła” oceniają dziś tamte wydarzenia na podstawie reguł prawnych obowiązujących na początku XXI w. Bezprawie polegało na pogwałceniu prawa obowiązującego w czasie, kiedy akcja ta została podjęta i przeprowadzona.
Polska wyzwolona spod okupacji niemieckiej w latach 1944-1945 przejęła zasadniczo system prawa obowiązującego w II Rzeczypospolitej. Manifest PKWN uznał za obowiązującą konstytucję z 17 marca 1921 r. i zapowiedział, że podstawowe założenia jej będą obowiązywać aż do uchwalenia nowej ustawy zasadniczej. Akcja „Wisła” była jawnie i rażąco sprzeczna z art. 95 wspomnianej konstytucji, w którym wyraźnie zapisano, iż „Rzeczpospolita Polska zapewnia na swoim obszarze zupełną ochronę życia, wolności i mienia wszystkim bez różnicy pochodzenia, narodowości, języka, rasy lub religii”. W art. 99 zagwarantowana została ochrona wszelkiej własności. Jej zniesienie lub ograniczenie uznano za dopuszczalne tylko w przypadkach przewidzianych ustawą. Jedynie ustawa mogła też postanowić, jakie dobra i w jakim zakresie, ze względu na pożytek ogółu stanowić mają wyłączną własność państwa. Z tym postanowieniem było oczywiście niezgodne upaństwowienie mienia przesiedleńców decyzją rządu, który miał w dodatku charakter tymczasowy.
Pozbawienie wolności ludzi wywożonych bez ich zgody na inne tereny Rzeczypospolitej i udaremnienie im powrotu w strony rodzinne było działalnością przestępczą w rozumieniu kodeksu karnego z 1932 r., który w tym czasie obowiązywał. Przekroczenia władzy, jakich dopuszczali się funkcjonariusze państwowi wykonujący bezprawną akcję, były przestępstwami urzędniczymi zagrożonymi karami przewidzianymi w tymże kodeksie. Tak więc prawa odziedziczone po II Rzeczypospolitej zostały po prostu złamane.
Samozwańcza władza nie liczyła się też zupełnie z przyrodzonymi prawami człowieka, do których odwoływała się przyjęta tuż po wojnie (w czerwcu 1945 r.) w San Francisco Karta Narodów Zjednoczonych. We wstępie do tego dokumentu państwa będące jego sygnatariuszami (m.in. Polska) potwierdziły wiarę w „podstawowe prawa człowieka, w godność i wartość osoby ludzkiej” oraz oświadczyły, że są zdecydowane „praktykować tolerancję i współżyć ze sobą w pokoju jak dobrzy sąsiedzi”. Jest więc zwykłą ignorancją mówić, że to dopiero w XXI stuleciu te reguły powstały i jako takie nie mogły być brane pod uwagę przy ocenie zdarzeń z pierwszej połowy XX w.
Inną zupełnie sprawą jest problem tzw. ahistoryzmu w ocenianiu dawnych dziejów. Nasz współczesny punkt widzenia na wydarzenia, które tak tragicznie odbiły się na stosunkach polsko-ukraińskich, nie jest dokładnie ten sam, co w czasie, w którym ten dramat się rozegrał. Wtedy w żywej pamięci były zbrodnie nacjonalistów ukraińskich, których przerażające obrazy przesłaniały nasze winy. Dzisiaj, z perspektywy historycznej, nietrudno potępiać autorów akcji „Wisła”. Ale wówczas polskie społeczeństwo nie było jeszcze dojrzałe do krytycznej oceny tej akcji jako zamachu na prawa i wolności ludzi, których utożsamiano zbiorowo z wrogami naszego narodu. W działaniach władz byliśmy wtedy skłonni upatrywać raczej obronę polskiej racji stanu niż haniebne sponiewieranie praw naszych współobywateli ukraińskiej narodowości. Wrażliwość na krzywdę ludzką była stępiona świeżymi jeszcze wspomnieniami okropności wojny.
Czy dzisiaj jesteśmy bardziej obiektywni w ferowaniu ocen na temat zdarzeń z różnych epok? Obawiam się, że nie. Nadal tkwi w polskim narodzie nieprzezwyciężony szowinizm, bezkrytyczne umiłowanie własnego „my”, któremu towarzyszy przekonanie o naszej wyższości nad wschodnimi sąsiadami, a niekiedy nawet wrogość wobec nich. Gniewna reakcja na słowa prezydenta Kwaśniewskiego, który przeprosił za akcję „Wisła” ludzi ciężko nią skrzywdzonych, jest wielce wymownym przykładem zacofania kulturalnego tych obywateli, którzy nie potrafią zrozumieć, że grzechy przodków są historycznym balastem przyszłych pokoleń. Błędne jest więc rozumowanie, że za zbrodnie popełnione w czasach historycznie odległych przez ojców, synowie nie powinni przepraszać, bo nie ponoszą za nie winy. Odpowiedzialność za krzywdy wyrządzone przez zbrodniczy reżim innemu narodowi nie sprowadza się, odmiennie niż w prawie wewnętrznym, do odpowiedzialności indywidualnej sprawców czynów. Przeprosiny prezydenta RP skierowane do pozostałych przy życiu ofiar akcji „Wisła” nie były pustym gestem, lecz miały wymiar moralny. Stanowiły istotny wkład w dzieło pojednania między zwaśnionymi narodami.

 

Wydanie: 34/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy