Historię PRL trzeba opowiedzieć na nowo – rozmowa z dr. Tomaszem Żukowskim

Historię PRL trzeba opowiedzieć na nowo – rozmowa z dr. Tomaszem Żukowskim

Wciąż słyszymy o „mrocznych czasach PRL” i nie wiadomo, o jakie czasy chodzi – stalinizm, odwilż za Gomułki, marzec 1968, dekadę Gierka, stan wojenny?

Choć od upadku Polski Ludowej minęło ponad 20 lat, stosunek do tamtej rzeczywistości pozostaje jednym z najważniejszych składników polityki, kultury, życia codziennego. Skąd bierze się ten fenomen?
– Od czasów „Solidarności” gest odrzucenia PRL ustanawia polską tożsamość. Polska Ludowa nie jest po prostu częścią naszej przeszłości, przedmiotem namysłu historyków, ale miejscem mitycznym, symbolem zła, od którego my, Polacy, po 1989 r. się odcinamy. Odnosimy się do tego, czym nie jesteśmy. I to nas – wolnych ludzi w wolnym kraju – konstytuuje. Legitymizuje ustrój, system gospodarczy, porządek społeczny, symbole. Racją bytu III RP jest zerwanie z komunizmem i PRL. To prawda, że wszystko się zmieniło. Tyle że obraz PRL tworzą głównie rytualne potępienia i egzorcyzmy, mówiące więcej o tych, którzy je wypowiadają, niż o rzeczywistości sprzed 20 lat. Ten rytuał to zasadnicza sprawa. Trudno w nim o rzetelny namysł – np. nad biografiami ludzi, ich wyborami, racjami, którymi się kierowali, gdy PRL istniała. Przecież to było 45 bardzo różnych lat.
 Z tego wynika, że wciąż nie możemy się obyć bez PRL.
Brytyjska antropolożka Mary Douglas w „Czystości i zmazie” pisała, że społeczeństwa tworzą swój świat, odrzucając to, co dla nich obrzydliwe. Żeby opowiedzieć o własnej tożsamości, trzeba skonstruować zewnętrze, które wywołuje złe emocje i wstręt. Od niego się odróżniamy.
 Władze Polski wyłaniającej się z wojny robiły to samo – budowały tożsamość na negacji Polski sanacyjnej, którą przedstawiano jako kraj dzielonych na cztery zapałek, bosych dzieci, analfabetów, podwórek studni, Berezy Kartuskiej, szosy zaleszczyckiej. Przedwojennej reakcji przeciwstawiano postęp, zacofaniu – nowoczesność, ciemnocie – oświatę, sanacji – demokrację. Używano pojęcia „za sanacji”, które obejmowało przedwojenny „rezerwuar zła”. Dziś mówi się: „za komuny”. Ten sposób konstrukcji nie jest niczym nowym.
– Mechanizmy retoryczne są podobne. I w 1945, i w 1989 r. mamy do czynienia z rewolucją. Tworzenie wroga było ważne dla legitymizacji zmian. Skupmy się jednak na roku 1989. David Ost twierdzi, że zasadniczą cechą i problemem transformacji było tłumienie gniewu społecznego. Duże grupy społeczne traciły na przemianach. Oskarżenia o PRL-owską mentalność pomagały pozbawić je głosu i kapitału symbolicznego. Miały odebrać protestom prawomocność. Ks. Tischner spopularyzował pojęcie homo sovieticusa, który nie umie się pozbyć nawyków i sposobu myślenia ukształtowanego w poprzednim systemie. Od centrum do skrajnej prawicy piętnowano ten produkt komunizmu, który nam przeszkadza w gonieniu Europy.

Rezerwat komunistycznych reliktów

Władze PRL utyskiwały, że pogrobowcy sanacji wkładają kij w szprychy postępu.
Grupy społeczne, które poparły PRL, stały się beneficjentami nowego systemu. Robotnicy, którzy doprowadzili do jej upadku, zostali zmarginalizowani. Po zwycięstwie „Solidarności” Lech Wałęsa powiedział, że jeśli będziemy mieli silne związki zawodowe, to nigdy nie dogonimy Europy. I rzeczywiście, do niedawna prawa pracownicze właściwie nie interesowały związkowców. Reforma Leszka Balcerowicza była wymierzona w pracowników najemnych, przede wszystkim z wielkich państwowych zakładów pracy, ostoi „Solidarności”. Wchodzenie w demokrację zaczęło się od tłumienia głosów sprzeciwu. Nie tylko pracowniczych. Zlikwidowano komitety obywatelskie, narzucono ustawę antyaborcyjną – i to mimo ponad miliona podpisów zebranych pod żądaniem referendum. Obraz PRL odgrywał i wciąż odgrywa bardzo ważną rolę w uciszaniu części polskiego społeczeństwa. Skoro PRL jest uosobieniem wszelkiego zła, wystarczy powiedzieć, że ci, którym nie podobają się przemiany, są pogrobowcami PRL, boją się wolności, nie potrafią sobie poradzić w ustroju premiującym przedsiębiorczość, inicjatywę, pracę i dojrzałość, bo
są bierni, leniwi i roszczeniowi. Przypisując ich do PRL, pozbawia się ich prawa głosu, umieszcza w rezerwacie reliktów komunistycznych.
Prof. Przemysław Czapliński wyodrębnił postawę narracyjną wobec PRL, którą nazwał groteską antyhistoriozoficzną. Wywiódł ją od Zbigniewa Herberta, który umieścił komunizm, PRL poza czasem i przestrzenią. System był jednakowy w ZSRR, Polsce, NRD, Czechosłowacji i nie podlegał żadnym zmianom. Ta postawa jest dziś ważna, powszechna. W PRL jednak wyraźnie rozróżniano dwa okresy Polski międzywojennej, które rozdzielał zamach majowy.
Te 13 przedwojennych lat to może być spójny okres, choć pewnie i w tym, co nazywamy sanacją, warto wyróżnić czasy od uchwalenia konstytucji kwietniowej i śmierci Józefa Piłsudskiego do agresji na Polskę. PRL jest znacznie bardziej zróżnicowana. Ile dzieli lata 1949-1953 od odwilży albo małej stabilizacji! Czy można postawić znak równości między Bolesławem Bierutem i Edwardem Gierkiem? Te pytania nie przenikają jednak do głównego nurtu debaty publicznej. Wciąż słyszymy lub czytamy o „mrocznych czasach PRL” i nie wiadomo, o jakie czasy chodzi – stalinizm, odwilż za Gomułki, marzec 1968 r., dekadę Gierka, stan wojenny? W tym sformułowaniu PRL nie ma historii, staje się niezróżnicowanym monolitem, znakiem na określenie zła – i tyle. Tak jakby nic w PRL się nie zmieniało – ludzie niczego nie zyskiwali, niczego nie tracili, o nic nie walczyli, nie wiązali z tamtym systemem żadnych nadziei, nie próbowali go wykorzystywać do własnych celów.
Popatrzmy szerzej. Robotniczy ruch rewolucyjny inspirowany marksizmem pojawił się na ziemiach polskich w drugiej połowie XIX w. Jak porównać działacza aparatu partyjnego z lat 70. z osobą, która w latach 30. organizowała protesty robotnicze? Inne motywacje, inne ryzyko, inny stosunek do władzy, zupełnie inne osadzenie w rzeczywistości. W ramach prac Archiwum Etnograficznego przy Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego Anna Zawadzka zrealizowała niezwykle ciekawy film dokumentalny „Żydokomuna”. Przeprowadziła wywiady z osobami zaangażowanymi w ruch komunistyczny i socjalistyczny w latach 30. i później. Dla rozmówców Zawadzkiej akces do lewicy był aktem nonkonformizmu, groził utratą pracy, represjami i więzieniem. Przede wszystkim był reakcją na faktyczny wyzysk i opresję społeczną. W latach 30. nikt nie mógł przewidzieć, że wkrótce radykalna lewica obejmie władzę, a tym bardziej, jak ta władza będzie wyglądać. Dzisiaj członków SDKPiL albo Bundu wrzuca się do worka z „komuną”, a następnie zrównuje komunizm z faszyzmem, co jest już całkowitą pomyłką.
Osadzenie PRL poza czasem i przestrzenią sprawia, że mało kto wie np., iż w latach 60. – a więc za Władysława Gomułki – było znacznie mniej więźniów politycznych niż w wielu państwach Zachodu…
Władza, która wsadza przeciwników do więzienia, nie budzi mojej szczególnej sympatii, nawet jeśli wsadza ich mniej niż inni. Ale PRL nie była złem absolutnym i wbrew powszechnemu przekonaniu pewne procesy zachodziły zarówno na zachodzie, jak i na wschodzie Europy. Na wystawie „Ars Homo Erotica” w Muzeum Narodowym jedna z plansz z komentarzem dotyczyła ponurych i purytańskich czasów PRL. Oddzielono ruch gejowski od komunizmu i zarazem nobilitowano, bo w Polsce prześladowanie za PRL nobilituje. Chodziło o akcję „Hiacynt”. W latach 80. Milicja Obywatelska organizowała naloty na miejsca spotkań homoseksualistów, były aresztowania, zakładano gejom teczki. Dobrze jednak pamiętać, że w Stanach Zjednoczonych w pełni zaprzestano karania homoseksualistów dopiero w 2003 r. Inwigilację środowisk homoseksualnych praktykowano m.in. we Francji w latach 60. i 70., gdzie homoseksualizm traktowano oficjalnie jako patologię społeczną, na równi z alkoholizmem i prostytucją. Pewne zjawiska kulturowe były wspólne dla całego rozwiniętego świata po obu stronach żelaznej kurtyny.

Relikty PRL?

 W PRL homoseksualizm nie był, jak np. w ZSRR, przestępstwem. To rzecz jasna dziś żaden argument, bo komuna nie ma, jak powiedzieliśmy, ani historii, ani przestrzeni.
Zwróćmy uwagę, że po 1989 r. nawet feministki rytualnie odżegnały się od PRL. „No tak, była emancypacja, ale to wszystko było udawane”, mówiono. Tymczasem np. zniesienie zakazu aborcji w 1956 r. wymusił ruch społeczny. Kobiety zorganizowały się i wywarły nacisk na władzę – w ramach tego, co było wtedy możliwe. PRL mimo wielu wad miała też tę dobrą stronę, że promowała pracę i wykształcenie kobiet, tworzyła przedszkola, ułatwiała udział w życiu publicznym. Oczywiście, że patriarchat trwał. Struktur społecznych i sposobów myślenia nie zmienia się z dnia na dzień. Ale działo się coś ważnego społecznie, i to niekoniecznie w opozycji do władzy. Coś podobnego do ruchów na Zachodzie.
 W „Gazecie Wyborczej” przeczytałem artykuł historyka wyśmiewającego walkę z analfabetyzmem w PRL. Odcięcie się tego tytułu prasowego, mocno osadzonego w tradycji oświecenia, od niewątpliwego osiągnięcia, jakim była likwidacja analfabetyzmu, wydaje się kompletnie nielogiczne. To przykład pewnej postawy – negowania wszystkiego, co ma rodowód w PRL.
Takie wypowiedzi nie opisują PRL. Są częścią toczącej się dzisiaj gry o prawomocność władzy. W „Gazecie Wyborczej” PRL przywołuje się nierzadko bez związku z tym, o czym się akurat mówi. Na zasadzie ornamentu. Jak kłamstwo – to komunistyczne. Jak absurdalne i niebezpieczne prawo – to stalinowskie. Jak nonsens gospodarczy – to gospodarka socjalistyczna. „Rozpoczęła się akcja na miarę wielkich przedsięwzięć socjalizmu” – to z notatki o elektrowni wodnej w Tadżykistanie. Dziennikarz chciał skrytykować tadżycki rząd i połączył go z socjalizmem. Trzy linijki niżej pisze, że socjaldemokraci są w opozycji i krytykują projekt. Ale to nie skłania go do zastanowienia się nad językiem, którym się posługuje. Inny przykład – czysto informacyjna notatka o bankach: „Jeszcze ćwierć wieku temu, w mrocznych czasach komunizmu, większość z nas dawała sobie doskonale radę bez banków”. Jak na ironię tekst ukazał się tuż po kryzysie finansowym i aferach z kreatywną księgowością, kiedy pieniądze wyparowały z banków, które nie miały nic wspólnego z socjalizmem. Ale o współczesny system bankowy nie ma co pytać, bo przecież złe banki to PRL. To nie wszystko. Tego rodzaju wypowiedzi tworzą sieć bezrefleksyjnie łączonych i od razu, hurtem wartościowanych pojęć. Komunizm – symbol zła – trudno odróżnić od socjalizmu, socjaldemokracji, socjalu, państwa socjalnego łączonego z „roszczeniami”. W efekcie skażone wydaje się wszystko, co ma związek z lewicą. To bardzo wygodne, szczególnie jeśli ktoś chce ciąć wydatki socjalne.
 Występujesz przeciwko wydłużeniu wieku emerytalnego – jesteś reliktem PRL.
Tak. W narracji o PRL chodzi także o dezawuowanie żądań socjalnych. Leszek Balcerowicz jest tu klasycznym przykładem. Mówi: socjalizm to patologia, choroba, absurd. Socjalizm się nie sprawdził. Ten, kto broni resztek rozwiązań socjalnych, jest reliktem PRL, nieodpowiedzialnym leniem i nieudacznikiem sięgającym po pieniądze uczciwych ludzi. Nie można badać tego, co mówi się o PRL, w izolacji od współczesnego kontekstu i dzisiejszych problemów: praw pracowników najemnych, bezrobotnych, wykluczonych czy imigrantów.
 Leszek Balcerowicz reprezentuje liberalny nurt narracji, który przedstawia PRL w formie farsy: to kraina absurdu, dyktatura ciemniaków, dobrze się w niej czuje towarzysz Szmaciak. Nurt prawicowy, konserwatywny, opowiadając o PRL, koncentruje się na horrorze: sowieckie pachołki wprowadziły krwawą dyktaturę, mordując prawdziwych patriotów.
Tak to mniej więcej wygląda. Prawicy narracja o PRL służy do tropienia spisków, wrogów i agentów, liberałom jest potrzebna, żeby dyscyplinować przeszkadzających w transformacji. Neoliberalny dyskurs o PRL pomaga spacyfikować ludzi, którzy nie mieszczą się w opowieści o kapitalizmie jako najlepszym z ustrojów i opowiadają o nim na własny sposób. Niedawno w „Wysokich Obcasach” ukazał się tekst „Pokolenie bez etatu”, odpowiedź na list 30-latki, która nie może znaleźć stałej pracy. Psycholog wyjaśnił czytelnikom, że problemy społeczne nie istnieją, za to z niezadowolonymi jest coś nie w porządku. Wysuwają nieuzasadnione roszczenia, są egoistyczni, wyznają logikę walki. Właściwie powinni skorzystać z terapii. Karol Marks pisał, że myśli klasy panującej są myślami panującymi. Narracja o PRL umacnia dzisiejszy porządek i dzisiejsze panowanie.

Kij ma dwa końce

 Stosunek do PRL łączy się z kwestią ciągłości. Od 1989 r. stale obecny jest nurt konieczności całkowitego zerwania z PRL. III RP jest krytykowana przez prawą stronę za to, że niedostatecznie zerwała z PRL. Przejawia się to także w literaturze – choćby w „Dolinie nicości” Bronisława Wildsteina.
Z PRL należy zdecydowanie zerwać, bo sama PRL była radykalnym zerwaniem ciągłości polskiej historii. W 1945 r. wydarzyła się katastrofa: komuna zniewoliła naród, do władzy doszli „ludzie znikąd”, którzy nie mieli nic wspólnego z polskim społeczeństwem. Proszę zwrócić uwagę, że warunkiem takiego myślenia jest niechęć do historii i zastępowanie jej mitem polskiego społeczeństwa jako monolitu. A przecież „ludzie znikąd” przyjechali do miast, do fabryk i na uczelnie z polskiej wsi. Coś ich do tego skłoniło. Jeśli nie szanowali pamiątek po Polsce sprzed wojny, to z jakichś powodów. Na bagnetach nie da się siedzieć. Także PRL musiała zjednywać sobie poparcie, oferując ludziom pewne korzyści w stosunku do tego, kim byli wcześniej. Proponowała rozwiązanie konfliktów. Ciągłość polega nie tylko na tym, że odziedziczymy po babci zastawę stołową, którą przekażemy wnukom. Walka, spór i reinterpretacja także łączą z przeszłością.
 Zdaniem Ewy Berberyusz, autorki „Mojej teczki,” pracownicy IPN, którzy poruszają się wśród zasobów archiwalnych w rękawiczkach i maseczkach, chronią się nie tylko przed grzybami w papierze, lecz także przed zainfekowaniem przez PRL. To też odnosi się do ciągłości.
W czasie procesu w Jerozolimie Adolf Eichmann siedział ponoć w pomieszczeniu z kuloodpornego szkła. Obecni na sali rozpraw nie chcieli oddychać tym samym powietrzem co hitlerowski zbrodniarz. To był akt symbolicznej separacji. PRL została tak mocno zmityzowana, naznaczona złem, tym wszystkim, czego się boimy i od czego chcemy się oddzielić, że prowokuje rytualne, symboliczne zachowania. Tego się nie dotyka.
Dr Grzegorz Wołowiec, który badał odbiór książki Artura Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim, postawił tezę, że Domosławski wyszedł poza obowiązującą narrację o komunizmie. O pokoleniu, które z racji lewicowych przekonań zaangażowało się w PRL, mówi się dzisiaj albo w kategoriach IPN – skażenia złem i agenturalności, albo broni się poszczególnych osób, dowodząc, że nie miały z Polską Ludową nic wspólnego, względnie twierdząc, że w opozycji odpokutowały grzech kolaboracji. Oba stanowiska opierają się na tym samym założeniu: z jednej strony nieludzki system, z drugiej heroiczny opór. Chyba przyszła pora na analizę przesłanek stojących za ówczesnymi wyborami, różnych sposobów odnajdywania się w rzeczywistości PRL, różnych ocen dotyczących tamtej Polski i świata.
 Sama „Solidarność”, która dokonała zmian, wyrastała m.in. z idei głoszonych w PRL – przy Okrągłym Stole domagała się nie prywatyzacji, lecz faktycznego uspołecznienia przedsiębiorstw poprzez zwiększenie uprawnień samorządów pracowniczych.
Warto zapytać, w jakim stopniu propaganda PRL przygotowała wybuch „Solidarności” z lat 1980-1981. Nowomowa była sposobem autorytarnego sprawowania władzy, ale w przypadku PRL ten kij miał dwa końce. Robotnicy czuli się jednak „przewodnią siłą narodu” i to właśnie nadawało znaczenie i prawomocność ich działaniom. Po transformacji protesty nie miały już nigdy podobnego charakteru. Zniknął też egalitaryzm społeczny, zniknęły marzenia o samorządach.
 Prof. Michał Głowiński, podkreślając, że nie można poprzestać na jednej generalnej ocenie PRL, przypomina wiersz Norwida: choć ziemia jest kulista, trzeba dodać: „U biegunów – spłaszczona nieco…”.
Spłaszczona, i to bardzo! Na konferencji „Opowiedzieć PRL”, którą otwierał prof. Głowiński, dr Katarzyna Chmielewska mówiła o najnowszych powieściach o Polsce Ludowej. Zwracała uwagę, że dziś pisanie o PRL wiąże się z koniecznością przemyślenia kwestii pamięci. W „Piaskowej Górze” Joanny Bator jest świetna sytuacja: w pociągu dla repatriantów jacyś byli ziemianie zostawiają album ze zdjęciami rodzinnymi. Przejmuje go rodzina chłopska, a potem babcia ogląda go z wnuczką. Bawi się opowiadaniem o fikcyjnych przodkach, o „Leokadii Wielkopańskiej z domu Bogackiej”, na którą „wołali Leosia”. W albumie pojawiają się nowe fotografie. Bator pokazuje, jak konstruujemy naszą tożsamość, składając ją z różnych elementów, coś sobie przywłaszczymy, choć to nie nasze, coś się przemilczy. Jesteśmy bękartami i mieszańcami, choć kiedy popytać wkoło, wszyscy pochodzimy z białych dworków…
 …i wszyscy walczyliśmy z komuną. W Niemczech od przeszło 10 lat mamy do czynienia z ciekawą narracją o NRD. Myślę choćby o wydanej także w Polsce książce Thomasa Brussiga „Aleja Słoneczna” czy filmie „Good bye, Lenin!”. Tam trudno szukać prostego podziału: nawet w agencie Stasi nie kryje się samo zło. Do tej pory nie pojawiło się w Polsce podobne dzieło, które zyskałoby taką popularność.
Żeby przepracować narrację o PRL, musimy najpierw przemyśleć model polskiej tożsamości – ten z Polską „Chrystusem narodów”, „przedmurzem” i niewinną ofiarą. Antykomunizm jest częścią tego pakietu. Moją ulubioną książką jest „Utwór o Matce i Ojczyźnie” Bożeny Keff. Niezwykle wnikliwa krytyka instytucji tożsamości i związanej z nią przemocy.

Pamięć i przemoc

 To ciekawy zestaw: przemoc i tożsamość. Państwo dumnie głosi, że prowadzi politykę pamięci, czyli wykorzystuje swój aparat do formowania pamięci obywateli.
Pamięć kojarzy się z czymś najbardziej indywidualnym, a jednak jest uwarunkowana społecznie. Wpływa na nią to, co dzieje się w dyskursie publicznym, co się mówi wokół nas. Pod wpływem otoczenia zwracamy uwagę na pewne fragmenty własnych biografii, wydobywamy je, a o innych chętnie i łatwo zapominamy. Akcentujemy wspomnienia symbolicznie ważne, te ze znakiem plus, które stawiają nas w dobrym świetle i zjednują szacunek. Polityka pamięci tworzy siatkę takich ocen. Dobrze być przeciw komunie. Do obojętności już lepiej się nie przyznawać. W filmie Anny Zawadzkiej „Żydokomuna” czuć tę presję. Niektórzy jej rozmówcy tłumaczą się przed kamerą z nonkonformizmu, z zaangażowania w latach 30., z tego, że siedzieli w więzieniu. Zdają sobie sprawę, że związek z komunizmem to dzisiaj sprawa wstydliwa. Wspomnienia z PRL przechodzą przez podobny filtr. Wydobycie ze zbiorowej pamięci tego, co stłumione i wyparte, wymaga żmudnych zabiegów.
 Polityka pamięci wskazuje, kim każdy z nas powinien być w przeszłości.
Tworzy siatkę wartości, z którą musi się zmierzyć każdy, kto chce opowiedzieć własną historię. Słuchałem niedawno w radiu zwierzeń 90-letniego intelektualisty o niezwykłej biografii – zaangażowanego w ruch komunistyczny jeszcze przed wojną. Nie wspomniał o tym słowem. Zniknęło, wpadło w „lukę pamięci” – jak u Orwella. Zrobiło mi się smutno. Pomyślałem, że tego człowieka obrabowano z jego biografii.
 Czy to się zmieni?
Historię PRL trzeba opowiedzieć na nowo. Nie tylko z perspektywy tych, którzy stracili majątki albo z oddziałów AK trafili do więzień. Także z perspektywy ludzi przeprowadzających reformę rolną, zgłaszających się do walki ze zbrojnym podziemiem, tych, którzy awansowali z chłopów na robotników albo inżynierów i uczonych. Z perspektywy kobiet. Potrzebne są biografie ludzi wybitnych, którzy stanęli po stronie władzy, tych, którzy identyfikowali się z lewicą, choć nie z PRL, którzy łączyli lewicowość z działaniem w opozycji. Musimy przemyśleć ich życiowe wybory, bo trzeba bardzo złej woli, żeby widzieć w nich tylko koniunkturalizm. Czeka nas też inna praca: analiza języka, którym mówimy o PRL przez ostatnie 20 lat.


Dr Tomasz Żukowski, adiunkt w Pracowni Literatury XX i XXI w. Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk, redaktor kwartalnika „Bez Dogmatu”. Na konferencji „Opowiedzieć PRL” zorganizowanej w dniach 21-23 lutego przez IBL wspólnie z Fundacją im. Róży Luksemburg wygłosił referat „Lewica i PRL w języku prasy głównego nurtu”.

Wydanie: 11/2011

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. le-on
    le-on 16 marca, 2011, 18:52

    To, co się teraz mówi i pisze o czasach PRL
    to jedno wielkie kłamstwo na zamówienie aktualnie rządzących „elit” politycznych! Ktos zapytał, jeśli na półkach sklepowych był ntylko ocet to dlaczego nie umierali
    z głodu ludzie? Teraz pełne półki i ludxie umierają z głodu
    i popełniają samobójstwa-czego przyczyną głód i biezdomność!
    Ponadto, skąd się wzięło tyle majątku narodowego po PRL
    do rozkradania?

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Poll
    Poll 23 marca, 2011, 14:58

    A ja powiem tak, że PRL zdradzony przez środowiska lewicowe trzyma się nieźle. O wiele lepiej niż współczesna polska lewica. Widać to chociażby w słupkach poparcia, zwłaszcza jeśli przeliczymy procentym, na liczbę głosów. Od razu widać, że wynik osiągnięty w wyborach w roku 1989 przez PZPR choć uznawany przez propagandę za „miażdżące” zwycięstwo Solidarności nie był zły, zważywszy na sytuację w jakiej odbywały się tamte wybory. Dodam, że wynik o którym dzisiejszy SLD może pomarzyć.

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. Inkwizytor
    Inkwizytor 30 marca, 2011, 04:50

    „w latach 60. – a więc za Władysława Gomułki – było znacznie mniej więźniów politycznych niż w wielu państwach Zachodu…”. Prosze
    pana, niech pa nie opowiada pierdul. Za komuny, takze za Gomulki
    wszyscy Polacy byli wiezniami politycznymi. Pan to mlody ale ja sie
    za Gomulki sporo nazylem i jak bylo wiem. W zaden sposob nie mozna porownywac wolnosci w krajach zachodnich z wolnoscia w demoludach.
    To absolutny gwalt na prawdzie i po prostu zdrowym rozsadku. Niech niech sie pan stuknie w glowe zanim pan taka bzdure napisze. Naprawde, doktorowi nie wypada. Taka ignorancja.

    Odpowiedz na ten komentarz
  4. vannelle
    vannelle 5 kwietnia, 2011, 20:13

    Ubiegłe 20 lat uczyniły większe spustoszenie mentalne, niż 45 lat PRL.

    Odpowiedz na ten komentarz
  5. roza munda
    roza munda 5 kwietnia, 2011, 21:16

    a skądże to wiadomo, jak było za Gomułki na Zachodzie, jeżeli ponoć nikt na Zachód wyjechać nie mógł? Ponoć i w radiu wiadomości były cenzurowane, skąd więc te wiadomości i to prawdziwe, o tym „wspaniałym” Zachodzie? Za Gomułki jaśniepan się nażył! A to ci dopiero żartowniś i fantasta! By komuś zdrowy rozsądek zgwałcić, to najpierw ten ów ten rozsądek i to zdrowy mieć musi. A nie ma. To i gwałcić nie ma co.

    Właśnie dlatego, że doktor to nie tylko mu wypada, ale i powinien wręcz pisać prawdę, co powyższym uczynił.

    Odpowiedz na ten komentarz
  6. patrzalski
    patrzalski 24 kwietnia, 2011, 11:50

    Właśnie skończy z mitami. Dlaczego ominął Pan zręcznie brak logiki u Balcerowicza, lub co gorsza, obleśne kłamstwa. Towarzysz Leszek Balcerowicz jest TYLKO doktorem ekonomii. Doktorat „zdobył” na tak prestiżowej uczelni, jak WYŻSZA SZKOŁA PROBLEMÓW MARKSIZMU I LENINIZMU przy Komitecie Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Leszek Balcerowicz BYŁ TYLKO PROPAGANDZISTĄ po WUMLU!!!! Wykładał wyższość gospodarki socjalistycznej nad gospodarką kapitalistyczną. Dziś nikt mu nie śmie tego przypomnieć. I tak okradamy Polaków z prawdy. Naród okradziony z prawdy o sobie, choćby bolesnej, jest narodem biednym. Ale nasze, pożal się boże, ELYTY okradają Polaków z prawdy w imię własnych interesów, a nie interesów Polski.

    Odpowiedz na ten komentarz
  7. cis44
    cis44 7 maja, 2011, 18:09

    Panie Doktorze świetnie napisany szkic – plan książki.
    Można z niego zrobić historię PRL – tę prawdziwą a nie na użytek propagandy i kłamstwa.
    Będą w niej jak sądzę:
    – w latach „stalinizmu” krzyk, ból i olbrzymi wysiłek narodu;
    – w latach Gomółki nadzieje i mozolny rozwój;
    – w latach Gierka entuzjazm i zawiedzione nadzieje;
    – w latach Jaruzelskiego przegrana walka o przyszłość narodu i państwa;
    – ostatnie lata to rozdrapywanie po peerelowskiej schedy i niszczenie postaw patriotycznych.
    Zaczęli „dziadkowie”, a kończą „wnuki”.

    Odpowiedz na ten komentarz
  8. zawist9
    zawist9 27 czerwca, 2011, 09:59

    Rzetelna relacja o czasach PRL-u ujawni jesze więcej zła i potworności niż ustalono do tej pory!

    Odpowiedz na ten komentarz
  9. jasiu51
    jasiu51 9 stycznia, 2015, 18:11

    Sądzę, że to istnieje od czasów komuny, i wzrosło jeszcze w siłę – Czy gdańska hunta wojskowa chce zakatować na śmierć kolejnych Polaków?

    Dlaczego polscy obywatele są zamęczani i katowani na śmierć przez Polskie Wojsko?
    Nie jest rzadkością, że wojsko wyrządza komuś szkodę mniejszą lub większą. Ofiara tej przemocy zwykle próbuje później walczyć o swoje prawa, najczęściej w sądzie. Jednak wojsko nie chce do tego dopuścić, odmawia więc wszelkich praw osobie poszkodowanej do uczciwego procesu (a jest to zagwarantowane w konstytucji), ofiarę zniechęca się na wiele sposobów, doprowadzając w końcu taką osobę nierzadko do wyczerpania sił obronnych organizmu, a nawet do samobójstwa, bywa że śmierci poprzez użycie wypracowanych wojskowych zbrodniczych metod.
    Początkowe szkody są czasami bardzo poważne jak np. kradzież pomysłu na biznes, zbiorowe prześladowanie w miejscu zamieszkania, rozpowszechnianie pomówień pod adresem ofiary. W końcu przybiera to nawet formę grabieży lub kradzieży tożsamości.
    Winowajcą może początkowo być tylko jeden względnie paru wojskowych, ale z czasem moga oni przekonać do swych miernych racji nawet wszystkich pozostałych, zależnie od huntowego autorytetu. A wtedy coraz więcej z nich zaczyna przesladować ofiarę. Zdarza się, ze grupka podchmielonych wojskowych po raz pierwszy zaczepia ofiarę na ulicy, i dla zabawy testują na niej skryte metody walki na odległość, wypracowane przez huntę, lub wyrządzają szkodę w inny sposób.

    Jakimi metodami posługuje się wojako aby terroryzować uczciwych obywateli? Oto jedna z mniej dotkliwych metod:
    W zasięgu słuchu ofiary, ale nie osób trzecich, wypowiadane są różne obelgi oraz treści nie mniej szkodliwe, tak aby inne osoby znajdujące się w pobliżu nic nie dosłyszały. Jedna obelga po drugiej, bez chwili wytchnienia. Znęcanie się i katowanie ofiary różnymi sposobami trwa zwykle dzień w dzień, miesiąc za miesiącem, a nawet całymi latami, we wszelkich miejscach, gdzie tylko zaistnieją możliwości, i kiedy się da, jeden w tym miejscu, drugi w innym, potem trzeci jeszcze gdześ, czwarty, itd., a kaźdy w tym uczestniczący świetnie orientuje się gdzie się ofiara znajduje, a wszyscy razem nie gorzej są zorganizowani od armii zawodowej. Nie kończące się katowanie ofiary może doprowadzić u niej do załamania psychicznego, a w skrajnych wypadkach nawet do samobójstwa. To wojsko nie cieszące się w kraju uznaniem doprowadziło do uśmiercenia wielu niewinnych osób. Szpieguje także oni niczego nie podejrzewającą ofiarę, inscenizuje wydarzenia w miejscach gdzie bywa ofiara, w celu późniejszego ośmieszenia ofiary, nasyłają swoich ludzi gdzie się da, i robią to wszystko często dla dobrej zabawy w najgorszym przypadku zmarnowania ofierze czasu. Stosują też inne, o wiele gorsze metody znęcania się nad człowiekiem. W jednostce tej ćwiczy się zdalnych morderców i szpiegów. A później tacy nie mają jakichkolwiek ograniczeń, myśląc ze wszystko im dozwolone, i stosują zdalne metody wypracowane przez huntę na bezbronnych mieszkańcach naszego kraju a nierzadko i obcokrajowcach. Wypracowanymi przez wojsko zdalnymi metodami mogą doprowadzć ofiarę do nieustannego bólu głowy, a nawet spowodować uszkodzenia mózgu, szczególnie gdy zatakują zespołowo.
    Aby jeszcze bardziej zwiększyć skuteczność swych działań i uczynić życie ofiary jeszcze bardziej podłym wojsko stosuje połączeniu różnych metod w tym samym czasie, wszystko razem należy do najgorszych form zbrodni wojennych, tu zastosowanych przeciwko jednostce ludzkiej. Zaś ofiara tego terroru nie bardzo ma jak się obronić, a dowodów zbrodni brak, samych napastników również nie widać bo atakują oni zdalnie, a w najlepszym razie anonimowo. Napastnikami są najczęściej początkowo wojskowi w liczebności kilku osób, rządza zemsty przeciwko poszkodowanej osobie roznieca w nich jednak taką agresję, że przy każdej okazji jeden zachęca drugiego, obrzuca ofiarę pomówieniami, robi z niej potwora, zakałę, najgorszego wroga publicznego, przestępcę lub zbója, itd. Jeden drugiemu, nie znając go zbyt dobrze, wierzy w każde słowo, samo w sobie już zakrawa na horror. Tym sposobem ofiara jest w końcu terroryzowana nawet przez setki i więcej napastników, dzień i noc, bez przerwy. Wojsko to, wcale nie rzadko, wciąga do tych zbrodniczych działań także i rezerwę, a również i osoby z rodzin a nawet kręgu swoich znajomych, w tym małoletnich.
    Opisane tu niewątpliwe akty terroryzmu są jedną z najgorszych form zbiorowego katowania pojedyńczej ofiary. Mimo, że przedstawione działania nie są zbyt powszechne, są jednak formą skrytej wojny, wytoczonej przez tajemnicze wojsko z Gdańska przeciw jednej przeważnie bezbronną i niewinną osobą.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy