Czas oszustów i grafomanów

Czas oszustów i grafomanów

Proporczyki wojenne już powiewają


Prof. Stanisław Filipowicz – wiceprezes Polskiej Akademii Nauk. W latach 2011-2017 dziekan Wydziału I Nauk Humanistycznych PAN. Od 1978 r. związany z Wydziałem Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. W ostatnim okresie jego badania naukowe dotyczą szeroko rozumianej problematyki kryzysu demokracji i erozji oświeceniowych modeli racjonalności politycznej.


Jak pan się odnajduje w dzisiejszych czasach?
– Próbuję się odnaleźć. Ale niespecjalnie mi się udaje. Wydaje mi się, że jesteśmy poza rzeczywistością. Byłem przywiązany do myśli, że jednak jestem umiejscowiony w sposób dość konkretny, tymczasem wszystko wokół zmienia się w jakąś fantasmagorię, fikcję. I nie chodzi mi o to, że świat się zmienia, raczej zmienia się sposób widzenia tego świata. Zwłaszcza w polityce. Tutaj mamy do czynienia z jakimiś inscenizacjami rzeczywistości alternatywnej.

Inny świat jest w telewizji, a inny w rzeczywistości?
– W mediach nie ma już żadnej rzeczywistości. Są tylko najrozmaitsze obrazy. Stąd bierze się nasza szamotanina. Mamy do czynienia z nadmiarem. Taki cytat w głowie mi utkwił, grecki, że nadmiar to początek szaleństwa. Coś w tym jest! Psycholodzy zwracają na to uwagę – że nadmiar informacji powoduje bezradność, apatię i bierność. Namysł nad polityką w takiej sytuacji staje się niemożliwy. Dwie, trzy gazety – można było porównywać, zastanawiać się, kto ma więcej racji. A w tej chwili istnieje kilkaset różnych wersji czy obrazów. Jak to porównywać?

To jest pytanie!
– Trzymam się starych sposobów. Czytam. Trochę to pomaga, jest formą detoksykacji.

A czy dawni mistrzowie mają dobrą odpowiedź na to wszystko, co się dzieje?
– Słowo detoksykacja jest tu ważne. Peter Sloterdijk mówi o dramacie psychometabolicznym – że myślenie jest zawsze obciążone pewnego rodzaju ryzykiem. Bo przez bariery, które dzielą nas od świata, przenikają impulsy, które mogą być bardzo szkodliwe, ten dramat psychometaboliczny w naszej psychice rozgrywa się nieustannie. I teraz pytanie, czy potrafimy zdać sobie sprawę z tego, co nam szkodzi. Czy mamy do dyspozycji jakieś odtrutki? Bo inaczej pogrążymy się w obezwładnieniu, w hipnozie. Słowo hipnoza się powtarza. Myślę też o polskich sprawach. Tu też mamy do czynienia z instalacją szaleństwa, które jest, można powiedzieć, elementem jakichś największych, najbardziej ukrytych pragnień.

Detoksykacji w Polsce nie było?
– Otóż mamy wspaniałą tradycję detoksykacji mentalnej – myślę o krakowskiej szkole historycznej, o Józefie Szujskim, Michale Bobrzyńskim… Szujski używał określenia metempsychoza grzechów narodowych.

Cykle polskiej historii

Czyli ich bezustanne powracanie. Kończyło się to nieudanymi powstaniami, wojnami…
– Zastanawiam się nad cyklami polskiej historii. Myślę, że jesteśmy narodem zakochanym w śmierci. Nasze miasta marzeń to nekropolie. Nieustannie do tego powracamy w polskiej historii.

1 Listopada jest najważniejszym polskim świętem.
– Wciąż próbujemy stanąć na krawędzi życia i śmierci. To powoduje te same reakcje, wywołuje te same pragnienia. Że zmartwychwstają widma. Wstają, w tym natchnieniu, które pozwala się karmić pamięcią przegranych bitew. Cierpiętnictwo! Kiedyś tak mówiono, walczono z tym. Mówiąc zaś o cyklach polskiej historii, mam na myśl ich regularność. To nawracanie romantycznej gorączki. Jest powstanie styczniowe. Zostaje przepracowane w tym całym strumieniu krytyki – pojawia się nowa nadzieja, pozytywizm, a potem są znowu ołtarze cierpienia i znowu wielka ofiara. Znowu jakieś natchnienie. Pokolenie po roku 1918 może wołać słowami Słonimskiego: „Ojczyzna moja wolna, wolna… Więc zrzucam z ramion płaszcz Konrada”. Pojawia się nadzieja…

I chwilę to trwa, potem znowu jest powstanie – warszawskie, kolejne morze krwi.
– Znowu ołtarz martyrologiczny. Potem następuje kolejny przełom – bo Polska Ludowa jest związana z odbudowywaniem. Także odbudowywaniem nadziei, wiary, dotyczących życia. Ten cykl trwał nawet dość długo, bo aż do roku 2010. Do tego, co się wydarzyło pod Smoleńskiem.

Zafrapowany jestem tym, że zawsze wszystko wraca w stare koleiny. Dmowski zaczynał od krytyki cierpiętnictwa, od tego zaczynała się przecież Narodowa Demokracja, a skończyła, celebrując rocznice klęsk. Piłsudczycy zaczynali jako socjaliści, racjonaliści, skończyli powstaniem warszawskim…
– Jest jakaś fascynacja ekstatycznymi doświadczeniami, które pozwalają nam głębiej czegoś dotknąć, przeżywać tę prawdę polskiego losu. To jest problem śmierci, coś bardzo głęboko ukrytego. Wojna, która toczy się za wschodnią granicą! Bardzo głębokie przeżywanie całej tej sytuacji świadczy o ludzkiej solidarności, ale nie tylko. To nie jest tylko polityka i historia. To jakaś mistyczna substytucja – my jednocześnie stajemy na polu walki. Przeżywamy misterium trwogi i grozy. Jakbyśmy chcieli przemywać rany krwią kolejnych bitew. I to nie muszą być bitwy wygrane, to może być także klęska. Boję się tego przechyłu!

Romantyczny kicz

Dlaczego tak się dzieje? To kwestia polskiej historii? Utraty niepodległości, a potem walki o jej odzyskanie? A może tak jest najłatwiej?
– Myślę, że mamy tutaj do czynienia z przejawem trywializacji natchnienia romantycznego. Staje się ono coraz bardziej kiczowate. Jak mówiła Maria Janion, kicz wie lepiej. Jest to taki kicz romantyczny, jednostronny. Oczywiście są powody, żeby docenić wielkość romantyzmu, ale też są tam elementy przerażające. To przesunięcie na tory ekstazy… Wtedy stajemy poza rzeczywistością. To Norwid pytał: „A ojczyzna – czy tylko / Jest tragedią – ojczyzny?”. Pytał więc, czy nie możemy pojąć ojczyzny w inny sposób niż tylko poprzez tragedię. Bo tylko wtedy jest to dla nas prawdziwe. W ten sposób zakochanie w śmierci powraca. Chcemy mówić wyłącznie o powstaniach i bitwach.

A o budowniczych, inżynierach, wynalazcach?
– Nie! Mimo upartych wysiłków. Są chwile, że powraca gotowość do podjęcia wysiłków związanych z budowaniem, z tworzeniem. Ale to zawsze jest płomień, który dość szybko przygasa. Myślę, że znowu nadeszły czasy, że nie wypada być pragmatykiem.

Jak na to patrzeć? Jak to wytłumaczyć?
– Mickiewicz w genialny sposób to uchwycił: obcujemy z widmami własnej przeszłości. To jest obrządek niekończący się dziadów. Jesteśmy na cmentarzach, widzimy mogiły, płonące znicze i inaczej nie potrafimy siebie odnaleźć. To jest nasza rzeczywistość. Maria Janion mówiła, że do Europy, owszem, pójdziemy, ale z naszymi umarłymi.

Ale przecież ludzie chodzą do pracy, zarabiają, coś produkują, doświadczają bodźców, które sprowadzają ich na ziemię!
– Jest tu jakieś rozdwojenie. Nie chcę iść za daleko, sugerując przypadłości, którymi powinni się zajmować specjaliści innych dziedzin. Sloterdijk nawiązuje do Freuda i w pewnym momencie mówi: zbiorowe szaleństwo uwalnia nas od ciężaru nerwicy osobistej. Pozbywamy się wszystkich naszych udręk, uczestnicząc w zbiorowym szaleństwie.

Racjonalność pogrzebana

Internet, nowe formy komunikowania się utrwalają tę mistykę czy ją rozbrajają?
– Jeśli chodzi o media społecznościowe, nie mam wielkiego doświadczenia, ale obawiam się, że bardzo łatwo tam zdobywać teren, kreując emocje. To mnie niepokoi – że wyrzekliśmy się racjonalności.

Że ważne są emocje!

Gdy są emocje, prawda przestaje być istotna. Przykładem tego jest religia smoleńska.
– Racjonalność została pogrzebana. Liczba rodaków, którzy wierzą, że mieliśmy do czynienia z zamachem, rośnie. Nic dobrego z tego nie wynika. Możemy ulegać ekstazom rozpamiętywania, ale to nie jest sposób na życie. Bo jest jeszcze przyszłość, teraźniejszość, o których wówczas przestajemy myśleć. Oto przykład intoksykacji – mieszamy wszystko, co absurdalne, dowolne, wytwarzamy jakąś miazgę semantyczną i wszystko traci znaczenie! Wtedy pozostają emocje. Często są one nikczemne, podłe. Najłatwiej mobilizować, wywołując niechęć, podejrzliwość, strach… Niestety, wszyscy, którzy próbują zdobyć nad nami przewagę, świetnie o tym wiedzą.

Ci racjonalni, którzy chcą sprowadzić nas na ziemię, traktowani są jak obcy, wysferzone elity.

Mówiący obcymi językami, ubrani w obcy strój.
– Oderwani od społeczeństwa, od realiów, bo za dużo czytają. Było kiedyś takie określenie – książkowa mądrość. Komu jest potrzebna, pytano. Przecież mądrość jaśnieje blaskiem swoim tam, gdzie nie ma tych wszystkich wypaczonych i pokrętnie działających inteligentów. Znaleźliśmy się rzeczywiście w jakimś nowym momencie, to jest kryzys, który ma wagę historycznego przełomu. Jest angielskie słowo, które pasuje do tych wszystkich charakterystyk – backsliding. Ześlizgiwanie się. Demokracja nam się gdzieś ześlizguje, gdzieś nam się wszystko ześlizguje. Wszystko może przepaść w otchłani omamienia. W hipnozie! Teoria behawioralna nieustannie szuka przycisków w ludzkim mózgu. I te przyciski są uruchamiane.

Dewocja antykomunistyczna

W polskiej polityce wygląda to tak, że pisowcy i platformersi stają naprzeciw siebie i, pokazując palcem, krzyczą: precz z komuną! Albo wymyślają sobie od rosyjskich agentów.
– Nic się zmieniło! Już Norwid zwracał na to uwagę, gdy niszczono, znieważano Mochnackiego, nazywając go rosyjskim agentem. Znieważanie, dyskredytowanie jest naszą specjalnością. Opluwano Bema, Mickiewicza, Piotra Skargę, grożono mu kijami, coś takiego w nas tkwi. Wspomniał pan o antykomunizmie. Wacław Zbyszewski pisał: „Antykomunizm stał się taką okazją do rozwolnienia i dyzenterii słownej dla drugiej emigracji, jaką towianizm był dla pierwszej. Był więc jakąś ekstazą wrogiego zapamiętania”. Często nad tym się zastanawiam – jaki sens ma dewocja antykomunistyczna? Jak to wszystko funkcjonuje?

Dewocja antykomunistyczna!

Piękne określenie!
– To jest określenie, które pozwala dotrzeć do całej grozy tego nastawienia, które ma charakter nikczemny i pogardliwy. Dyskredytowanie PRL to przecież jakaś nikczemna potrzeba podeptania własnej przeszłości. Andrzej Walicki nam to przypomniał i tłumaczył, że antykomunizm zastąpił patriotyzm, zastąpił myśl narodową. A to jest rodzaj dewocji, fałszywej wiary. Sztuczny absolut, który pozwala działać w sposób nienawistny. I deptać, deptać, deptać… Tak powtarza się historia – certyfikaty polityczne zastępują osąd moralny. Więc i antykomuniści w gruncie rzeczy niczym się nie różnią od komunistów. No i mamy ostatecznie piękną reinkarnację gomułkowszczyzny.

Są podejrzliwi, zaciekli, grzebią w przeszłości…
– Ale wystarczy być we właściwej partii i ona rozgrzeszy.

Wtedy człowiek, niezależnie od tego, co robił w przeszłości, jest w porządku.
– Odkupił wszelkie winy. Ma więc prawo gnębić wszystkich tych, którzy nie potrafili się zdobyć na „właściwy” wybór. Jest w tym coś przykrego. Ta sytuacja pokazuje, że nie potrafimy się przeciwstawić presji, nie potrafimy znaleźć oparcia, by powiedzieć „nie”. Oparcia w innej tradycji – budowania. Tej, która pozwoliłaby nam stanąć po stronie życia. Może to jest również jakieś wytłumaczenie naszej psychozy antyeuropejskiej? Nie lubimy tej Europy, która tak wiele osiągnęła.

Pogardliwie mówimy, że jest kupiecka, konformistyczna.
– Romantyzm się kłania. To Krasiński mówił, że literatura francuska cuchnie krawcem. Łaskawie to podkreślał. Jesteśmy więc gdzieś obok. To, co się dzieje w naszej polityce – myślę o nieustannie powtarzanych gestach wrogości – jest kompletnie niezrozumiałe, jeśli myślimy o zasadach pragmatyzmu, skutecznego działania. Ale nam na tym chyba nie zależy. Chcemy przegranej?

Zależy nam na dobrym samopoczuciu. A przegrana też może je tworzyć.
– Wtedy nasze widma stają obok nas i jesteśmy szczęśliwi, bo uczestniczymy znowu w spektaklu trwogi i przegranej bitwy. Tak powraca schemat autodestrukcji.

Polityka oparta na kłamstwie

A oszustwo? W życiu publicznym pojawia się coraz mocniej schemat oszustwa. Ci mówiący prawdę są już nieważni, nudni. Musi wyjść ktoś, kto nagada głupot, nakłamie.
– Demokratyczna polityka w takim kształcie, w jakim możemy ją obserwować, jest całkowicie pozbawiona podstaw moralnych. A kłamstwo jest narzędziem numer 1. Cała polityka jest oparta na kłamstwie i na idei fałszywego świadectwa. Włączmy TVP i natychmiast będziemy mieli dowód, że to nie jakaś przesadzona interpretacja. To naprawdę się dzieje! Dominuje wiara, że możemy być skuteczni tylko wtedy, kiedy posługujemy się kłamstwem. I to jest jakaś forma psychotycznej intoksykacji, forma hipnozy. Hipnotyzerzy posługują się słowami, więc polityka jest takim domem uciech, gdzie występują szarlatani, hipnotyzerzy, ciągle coś się dzieje.

To lepsze niż serial telewizyjny. Albo najlepszy reality show.
– Oczywiście! Jesteśmy obserwatorami i uczestnikami. Ale wcześniej czy później sufit spadnie nam na głowę. Jak można żyć w świecie, w którym polityka monetarna i polityka fiskalno-budżetowa przeczą sobie nawzajem? Z jednej strony, podnosimy stopy procentowe, z drugiej – rozpruwamy worki z pieniędzmi. I wszystko jest wspaniałe.

„Tacy poeci, jaka jest publiczność”, pisał Adam Asnyk.
– Politycy czerpią siłę i energię z tego utożsamienia. Starają się zrobić wszystko, żeby zbliżyć się, żeby przeniknąć, być pomiędzy… To jest logika uwodzenia i miłosnego zapamiętania. Polityka jest oparta na uwodzeniu, eros w tym uczestniczy. Miłosz kiedyś w swoich tomikach poezji umieszczał epigramy i taki zapamiętałem: „Dusze ludzi obcują z duszami bogów i z duszami istot bez rozumu”. To jest to napięcie! Są wyżyny boskości, nasze ideały, że pragniemy uczynić coś ważnego, a z drugiej strony te dusze bez rozumu…

Naród bez głowy…
– Głowa jest tym miejscem, w którym powinny powstawać spójne konfiguracje. Myślenie jest oparte na logice, ma zapewnić jakąś koherencję, wytyczać kierunek. W tej chwili nie ma już o tym mowy. Bo biegniemy jednocześnie we wszystkie strony. Ale to można wytłumaczyć również w inny sposób – to są umysły grafomańskie! Polityka jest opanowana przez umysłowość grafomanów. Ci spin doktorzy pożal się Boże, którzy inicjują te wszystkie widowiska – to jest karykatura przekazu. Jakaś deputinizacja, derusyfikacja… Koszmary słowne! To jest niebezpieczne – bo grafomani wierzą we własny talent, nie mają żadnych wahań. Nie wiadomo więc, gdzie kłamstwo, a gdzie prawda. Czy okłamują nas cynicznie, czy są pogrążeni w szaleństwie własnej wyobraźni.

Proporczyki powiewają

Ja też nie wiem. Choć, gdy oni wszyscy powtarzają w sprawie Smoleńska, że w zasadzie od początku wiedzieli, że to był zamach, staję się podejrzliwy.
– No tak, to jest to natchnienie, które nie może błądzić. To są ci, którzy wiedzą… Groteska czy groza? Mamy klimat konfederacji barskiej. Proporczyki, szkaplerze, natchnione proroctwa. Wszystko powiązane z tromtadracją. A wiemy, jak się skończył wyczyn konfederatów barskich. Powrót tej stylistyki jest także powrotem pewnej namiętności, pewnej energii politycznej. To naprawdę się dzieje! My to widzimy! Proporczyki powiewają. To wszystko wpływa na koniunkturę polityczną.

Jak rozbroić tę bombę? Opanować to rozlewające się szaleństwo?
– Szukam drogi. Zaglądam czasami do Norwida. To wspaniała odtrutka. Norwid jakąś najgłębszą intuicją, najgłębszą mądrością widzi molekuły polskiego szaleństwa. Okropieństwo pseudopatriotycznej ekstazy. Mówi: wszystko stracić dla sprawy! To jest miara poświęcenia w Polsce. Zamiast wszystko zyskać dla sprawy, lepiej wszystko stracić… W Polsce język polityki jest językiem głębokiej deprawacji. Jest językiem bluźnierczym. Dlatego że profanują go błazenada i kłamstwo. A odtrucie wymaga skupienia, namysłu. Niewątpliwie dobra publicystyka jest w stanie sprzeciwiać się szaleństwu. Nasza rozmowa toczy się na łamach PRZEGLĄDU – linia tygodnika wyzwala impuls otrzeźwienia. Dostrzegam tę rozbudowaną tonację, wiele kierunków myślenia, próbę zainspirowania refleksji. Andrzej Walicki! PRZEGLĄD o nim pamięta, otacza jego dorobek zainteresowaniem, trzeba tego bronić.

Teraz jest on atakowany na fali obecnego wzmożenia.
– Niepokojące, że tak łatwo ulegamy psychozie zapamiętania. Bo cóż zostaje? Jednolitość barw, tonacji. Słucham czasami dyskusji w mediach – wszyscy mówią to samo, powtarzają te same werdykty.

Mamy w mediach setki obrazów, ale ta kakofonia kończy się jednomyślnością.
– To jest hipnoza. A ktoś, kto próbuje nas wyrwać z tego seansu hipnotycznego, jest podejrzany lub – jak prof. Walicki – eliminowany. Bo może zakłócić przebieg seansu. Serwilistyczne nastawienie w polskiej polityce jest czymś przerażającym! Trudno to zaakceptować.

Bo można wygłosić banał, który będzie potwierdzeniem, że jest się w grupie, i przy okazji napiętnować tych, którzy się wychylają.
– I nie jest potrzebna żadna partia kierownicza. Wystarczy, że my jesteśmy. Zawsze na posterunku. W Polsce odmienne zdanie jest traktowane jako zdrada. Inaczej myślący są zdrajcami. A my mamy entuzjastyczną jednostronność.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 23/2022

Kategorie: Kraj, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy