Operacja „Ślązak Morawiecki”

Operacja „Ślązak Morawiecki”

PiS obiecuje góry pieniędzy dla Śląska w zamian za zgwałcenie lokalnej historii i tożsamości

Schody ruchome na wyremontowanym i nowoczesnym katowickim dworcu nie działały dwa lata. Awaria stała się już kultowym lokalnym żartem, a miejscowi aktywiści zorganizowali zepsutym schodom „urodziny”. Powstała nawet strona internetowa monitorująca to, czy zaczęły działać. Wszystko toczyło się swoim torem – a raczej stało w miejscu – do wakacji. Wtedy PiS ogłosiło, że katowicką jedynką w wyborach parlamentarnych będzie premier Morawiecki. Delfin prezesa Kaczyńskiego i najważniejszy od lat polityczny spadochroniarz. A nieruchome ruchome schody ruszyły.

Być może to szczęśliwy zbieg okoliczności, który stał się anegdotą. Ale desant partii władzy na Śląsk anegdotą nie jest. Nawet jeśli uznać, że nagła miłość Morawieckiego do Śląska to kpina. W ostatnich latach rząd dał i obiecał Górnemu Śląskowi inwestycje na sumę 3,3 mld zł. Zorganizował w Katowicach szczyt klimatyczny, wielką i prestiżową defiladę wojskową, obiecał budowę centrum himalaizmu i centrum nauki – podobno lepszego niż warszawskie Centrum Nauki Kopernik. W tym roku odbędzie się w stolicy Śląska także międzynarodowy kongres antydopingowy WADA z sojusznikiem premiera i pochodzącym z Tychów ministrem sportu Witoldem Bańką w roli gospodarza. Lista obietnic jest długa. A kampania na miejscu jeszcze intensywniejsza.

Premier lata na Śląsk co chwila (patrz ramka), sprawiając wrażenie, że obowiązki w KPRM traktuje jak dodatek do kampanii wyborczej. Chce powtórzyć, a nawet przebić, sukces Beaty Szydło, która właściwie nie opuszczała terenu i prowadziła swoją kampanię bez chwili oddechu. Wypracowała sobie rekordowy wynik i ciepłą posadkę w Parlamencie Europejskim. Różnica jest, mimo wszystko, duża – Beata Szydło nie była premierem i od dawna już nie kierowała pracami rządu, gdy rzuciła się w wir kampanii. A problem z kampanią Morawieckiego jest również taki, że – jak pisał na łamach PRZEGLĄDU Robert Walenciak – „przez lata całe i Jarosław Kaczyński, i pisowscy politycy budowali swoją pozycję na atakowaniu wszystkiego, co śląskie”. No i pamiętamy (a na Śląsku pamiętają szczególnie dobrze) „ukrytą opcję niemiecką”, którą straszył prezes.

Co z tego będzie i dlaczego PiS tak bardzo potrzebuje dziś Śląska, do którego zapałał nagłą miłością?

Wielki objazd

O tym, że Mateusz Morawiecki – urodzony wrocławianin – wystartuje ze stolicy Górnego Śląska, dowiedzieliśmy się na początku sierpnia. Premier, tu ciekawostka, nie jest posłem i będą to jego pierwsze wybory do Sejmu. Wcześniej funkcjonował na zapleczu Platformy Obywatelskiej, następnie w rządzie PiS i w końcu jako prezes Rady Ministrów – zawsze z nadania, nie z wyboru. To, że Morawiecki debiutuje w wyborach, nie znaczy jednak, że premier i partia wchodzą w kampanię bez przygotowania. Wręcz przeciwnie, Śląsk będzie w kampanii wyborczej 2019 regionem kluczowym. Sztabowa machina Prawa i Sprawiedliwości wystartowała z dużą przewagą nad wszystkimi konkurentami.

Już lipcowa, programowa konwencja PiS odbyła się w Katowicach. To wtedy premier kreował przed elektoratem wizerunek swojaka i zapewniał, że „lepiej być w Katowicach niż w Brukseli. Tu jest więcej przyjaciół, a śląski żurek jest lepszy niż belgijskie frytki”. Zanim jeszcze znane były miejsca na listach wyborczych, premier już wizytował Zakłady Mechaniczne Bumar Łabędy w Gliwicach, gdzie razem z Mariuszem Błaszczakiem, świeżo upieczonym ministrem obrony narodowej, obiecywał „utrzymanie miejsc pracy dla tysiąca osób” i wart 1,75 mld zł kontrakt na modernizację czołgów T-72 (nieważne, że większość wojskowych twierdzi, że to sprzęt bardzo przestarzały). Niecałe dwa miesiące wcześniej do prasy trafiła informacja, że lukratywny kontrakt na naprawę innych czołgów, leopardów, trafi do Poznania, a losy gliwickiego zakładu są niepewne. Premier przyjechał więc nie tylko z gospodarską wizytą, ale i na ratunek. A wizyta w Bumarze była ledwie rozbiegiem przed prawdziwym maratonem kampanii wyborczej.

– Nie widziałem polityka, który by tak zasuwał w kampanii jak Morawiecki na Śląsku. W samych Gliwicach był już ze trzy razy oficjalnie, a nie liczę tego, ile razy w ogóle – mówi Petros Tovmasyan, przedsiębiorca i społecznik, który w ostatnich wyborach kandydował do rady miasta w Gliwicach z list Zjednoczonej Prawicy. – Kampania jest zorganizowana tak, że ze sztabu przychodzą zadania do wykonania i teren je robi – i to widać.

W podobnych słowach pisał w laurkowym tekście o Morawieckim na Śląsku „Tygodnik Solidarność” – wychwalając etykę pracy, determinację i dyscyplinę byłego prezesa banku.

Żaden samorządowiec, lokalny biznesmen czy działacz nie ma prawa zapomnieć, że to ze Śląska kandyduje premier. W pierwszych dwóch tygodniach sierpnia Morawiecki zdążył odwiedzić piknik rodzinny w gminie Bojszowy, przynajmniej dwukrotnie Katowice, poza tym Zabrze, prywatną szkołę sportową w Tychach i przebiegający przez Śląsk etap kolarskiego Tour de Pologne. Wszędzie rozdaje obietnice: 900 tys. zł dla szkoły w Tychach, 3 mln na boisko treningowe Górnika Zabrze i remont hali sportowej. Zapowiedział dwumiliardową inwestycję w infrastrukturę sportową i budowę Centrum Himalaizmu im. Kukuczki w stolicy Śląska. Już dzień po centralnych obchodach 75. rocznicy powstania warszawskiego premier był tu z powrotem i – w zgodzie z dobrze zakorzenioną w Polsce jeszcze od czasu rządu PO-PSL tradycją – otwierał kolejny odcinek autostrady, Pyrzowice-Częstochowa. Nie mogło go zabraknąć przy podpisywaniu umowy na budowę wschodniej obwodnicy Raciborza, która ma kosztować 296 mln zł (z tego 146 mln zł dołoży Unia, ale o tym sza), na przebudowę drogi na lotnisko w Pyrzowicach (koszt to 117,5 mln zł, większość z Unii) oraz na przebudowę trzech dróg w okolicach Pszczyny (581 mln zł, z tego 280 mln z UE). W Katowicach – podczas kolejnej wizyty – oglądał „Uroczyste widowisko muzyczno-historyczne z okazji 100-lecia Powstań Śląskich pt. »W dziewiętnastym roczku, w tym wielkim powstaniu«”.

Tę listę można wydłużać. Ale najgłośniejszy wystrzał kampanii wybrzmiał 15 sierpnia, na zorganizowanej z rozmachem defiladzie wojskowej. Oficjalnie: Święcie Wojska Polskiego, mniej oficjalnie: rocznicy Bitwy Warszawskiej. Rocznicy, która została przeniesiona na Śląsk i pożeniona z setną rocznicą powstań śląskich, które choć nigdy nie były dla centralnej polityki historycznej specjalnie istotne, dziś zostały włączone do panteonu narodowej chwały. 15 sierpnia na chwilę Katowice stały się stolicą, tu jechały nasze czołgi i prężyły się muskuły państwa. To w Katowicach ogłaszane są decyzje kluczowe dla polskiej przyszłości: dotyczące energetyki, bezpieczeństwa i nauki.

Bo taka jest moc pana premiera, mruga do wyborców porozumiewawczo PiS: on otworzy, on załatwi, dopilnuje, zrobi i zostawi murowane, co zastał drewniane.

Katowice warte defilady

Dlaczego PiS rozpoczęło swój „marsz na Śląsk”? Powód jest dwojaki. Jedna strona tego medalu to wyborcza matematyka i rygorystyczne szacowanie potencjału partii w przyszłości, druga to gra symbolami i znaczeniami, otwarcie dla „nowego PiS”, którego twarzą ma być Morawiecki. Województwo śląskie, stworzone cokolwiek sztucznie, obejmuje najludniejszy region w Polsce, a wykreślone tu okręgi wyborcze pozwalają uzyskać wynik wystarczający do przechylenia szali w całym kraju. W sześciu okręgach można uzyskać 55 mandatów, w samym okręgu katowickim, gdzie jedynką jest Morawiecki – 12 mandatów. I matematyka, i symbolika tego ruchu mają zatem dla partii Kaczyńskiego kluczowe znaczenie.

Morawiecki i PiS od dłuższego czasu obiecują Polakom nową „małą stabilizację” i własną, narodowo-patriarchalną wizję państwa dobrobytu. Państwa mocno ingerującego w gospodarkę i centralizującego władzę jako taką, ale zarazem umożliwiającego obywatelom większą konsumpcję i gwarantującego wyższe dochody. Doskonale było to widoczne już w kampanii do Parlamentu Europejskiego, w której – jak się okazało, skutecznie – przekonywano Polaków, że Europa to nie wolności obywatelskie, tolerancja i dziedzictwo Oświecenia, ale „europejskie płace” i „poziom życia”. Wizerunek Morawieckiego technokraty, człowieka od konkretów, zainteresowanego rozwojem i gospodarką postanowiono kreatywnie połączyć ze śląską tożsamością.

– Mieszkańcy Śląska określają siebie jako ludzi niebojących się pracy i ceniących praktykę, a nie gadanie, konkretne rozwiązania, a nie ideologię – tłumaczy Piotr Wójcik, ekspert od spraw gospodarki i publicysta ekonomiczny pochodzący z Tychów, a mieszkający na co dzień w Katowicach. – Na Śląsku ludzi interesują takie tematy jak produkcja, przemysł, innowacje i inwestycje. To region, gdzie wciąż pracuje wielu robotników i gdzie politycy zainteresowani przede wszystkim tematami światopoglądowymi będą mieli pod górkę.

To nawiązanie do lewicy, którą PiS obchodzi z prawa, podobnie jak resztę opozycji, w kwestii górnictwa i przemysłu wydobywczego. Partia Kaczyńskiego jako jedyna nie zapowiada jakiejś formy odejścia od węgla. Przeciwnie, utożsamia jego wydobycie i spalanie z polską suwerennością, niepodległością, racją stanu. Często składając ponad głowami samych górników nierealistyczne obietnice wiecznej prosperity, nawet gdy do Polski w rekordowych ilościach sprowadzany jest węgiel z Rosji. – Jeśli ktoś chce tu przyjechać i powiedzieć, że będzie zamykał kopalnie, to… – mówi Sebastian Pypłacz z katowickiego stowarzyszenia BoMiasto i macha ręką. Znaczy: nie ma szans. – Oczywiście różnica jest taka, że „Tusk zamykał kopalnie i mówił, że zamyka kopalnie, Morawiecki będzie zamykał kopalnie i mówił, że węgla starczy jeszcze na 300 lat” – opowiada anegdotę z COP, czyli międzynarodowego szczytu klimatycznego, który rząd zorganizował w Katowicach.

Pod rządami PiS ani polski przemysł wydobywczy nie stał się bardziej rentowny, ani nie możemy się pochwalić wielkimi sukcesami naszej polityki energetycznej. Jedyne, z czym PiS kończy kadencję, to ambitne plany. I nawet jeśli na papierze wyglądają one dobrze – co jest bardzo dyskusyjne – to rzeczywistość wymyka się spod kontroli rządzących: energia będzie droższa, relacje z nowym komisarzem europejskim ds. zmian klimatu Fransem Timmermansem będą napięte, czas na budowę polskiej elektrowni atomowej ucieka, a Polacy dławią się smogiem. To wszystko, szczególnie na Śląsku, tapetowane jest bombastyczną retoryką: damy radę, postawimy się wszystkim, będziemy suwerenni i jeszcze (co najśmieszniejsze) rozkręcimy w Polsce odnawialne i zielone źródła energii. Na razie realne pieniądze dostają górnicy. Jak pisze „Gazeta Wyborcza”, w lipcu 22 tys. pracowników Jastrzębskiej Spółki Węglowej dostało nagrody w wysokości od 4,3 tys. zł do 6,2 tys. zł brutto, w sierpniu zaś nagrody w wysokości 900-1550 zł przyznał 42 tys. pracowników zarząd Polskiej Grupy Górniczej.

Węgiel czy nie – dla każdego chyba jest jasne, że Śląsk już przechodzi gospodarczą transformację. Region jest gościnny dla firm technologicznych, samorządy ochoczo inwestują w kulturę, globalne korporacje zakładają tu swoje oddziały i tworzą miejsca pracy. Podobnie jak małe polskie biznesy, które dokładają się do obrazu Katowic XXI w. jako stolicy nie tylko węgla, ale też dizajnu i mody. Na pewno ta transformacja nie umknęła sztabowi PiS.

– Wierzę, że na Śląsku, jako jednym z tych miejsc w Polsce, gdzie rozegra się przyszłość naszego państwa, naszego narodu, przyszłość gospodarczo-społeczno-techniczna – tu warto zainwestować najwięcej – przekonywał Morawiecki, przedstawiając swoją kandydaturę członkom honorowego komitetu poparcia. Premier mówił o śląskich „potencjałach wiedzy inżynieryjnej, technicznej i projektowej” i „wielopłaszczyznowych obszarach gospodarczych”, których nie można zmarnować. Co prawda, wykorzystanie owych potencjałów i rozwój gospodarczy zależą równie mocno od sprawności samorządów lokalnych i globalnej koniunktury, na które nawet PiS nie ma wpływu, ale przesłanie tego i podobnych przemówień wybrzmiewa jasno. Śląsk ma być znów – i zasłużenie – regionem traktowanym przez władze centralne szczególnie. Ma się stać „naszą wielką polską przewagą konkurencyjną”.

Na początku września Morawiecki dołożył jeszcze obietnice otwarcia w Katowicach Centrum Nauki i zadeklarował, że Śląsk „musi być sercem przemysłu, najnowszych technologii”, przemysłów związanych z robotyką, automatyzacją, mechatroniką. I, jakby tego było nie dość, architektury i urbanistyki, czyli tego, „z czego już Katowice i Śląsk słyną”.

„Opcja niemiecka” poszła w niepamięć

Jeśli PiS wygra zdecydowanie na Śląsku, a Morawiecki osiągnie dobry wynik w Katowicach, w pewnym sensie ustawi to perspektywę na kolejną kadencję. Zwycięstwo w dużym mieście, w zurbanizowanym i przemysłowym regionie, oznaczać będzie, że mandat Prawa i Sprawiedliwości jest szerszy niż tylko zdobyty na prowincji. I że „nowe”, bardziej skupione na modernizacji i gospodarce PiS, którego twarzą ma być Morawiecki, ma rację bytu. Że marzenie o Polsce, która rośnie w siłę, a jej obywatelom żyje się dostatniej (co za Gierkiem niemal słowo w słowo powtórzył w pierwszy weekend września prezes Kaczyński), znów będzie utrzymywać władzę na stołkach.

W tej kampanii rząd składa wyborcom wiele obietnic gospodarczych. – PiS obiecuje przywieźć na Śląsk góry pieniędzy, w zamian za zgwałcenie lokalnej historii i tożsamości – mówi Jarosław Makowski, katowicki radny i były szef Instytutu Obywatelskiego. – W aktualnej retoryce Śląsk jest niemalże kolebką polskości, chodzi o pokazanie, że był „zawsze polski”, co jest oczywistą historyczną nieprawdą, bo tutejsza wielokulturowość i podziały były dużo bardziej zawiłe, a czasem granica przechodziła dosłownie w poprzek podwórka – dodaje. Faktycznie, wystarczy rzucić okiem, co aktualnie pisze się o Ślązakach i Śląsku w prawicowej prasie – słowa Jarosława Kaczyńskiego o „opcji niemieckiej” poszły w niepamięć, teraz ukazują się raczej peany. A kluby „Gazety Polskiej” zorganizowały uroczysty zjazd na Śląsku, by uczcić ogłoszony przez Sejm Rok Powstań Śląskich. – Powstańcza walka o powrót do Polski piastowskiego Śląska, (…) mimo trwającego kilka wieków oddzielenia regionu od reszty ziem polskich, (…) jest jedną z najpiękniejszych kart w dziejach narodu polskiego – cytował autorów uchwały Ryszard Kapuściński, prezes klubów „GP”. Spotkanie otwierał… oczywiście premier Mateusz Morawiecki.

– Morawiecki postępuje na Śląsku według kredo, które wygłosił na taśmach: rozbudzić oczekiwania, a potem je wygaszać – mówi Makowski – ale nie będzie pierwszym politykiem, który w ten sposób potraktuje Śląsk i Ślązaków. Na razie premier jest na etapie kupowania wszystkich, rachunek za to przyjdzie później.

Lokalna opozycja boi się zwasalizowania Katowic. Prezydent Marcin Krupa (w wyborach samorządowych uzyskał reelekcję, mając poparcie PiS i SLD) dogaduje się – jej zdaniem – przesadnie dobrze z władzą centralną.

Sebastian Pypłacz uważa, że do niepisowskich samorządów na Śląsku prędzej czy później zapuka ktoś po wygranych wyborach i zasugeruje, że dobra współpraca z władzą wymaga lojalności. Petros Tovmasyan takie obawy uznaje za niepoważne: – Wszyscy dostają pieniądze choćby z Funduszu Dróg Samorządowych i naprawdę mało kogo obchodzą poglądy polityczne wójtów, gdy trzeba wyremontować drogi. Poza tym PiS na Śląsku działa metodą ewolucyjną, nie rewolucyjną.

I przypomina, że nikt tu, odkąd PiS przejęło władzę w samorządzie, czystki nie zrobił.

Jak 50 lat wcześniej

Rzekomo „nikt w Katowicach za komuną nie tęskni”, jak stwierdzają zgodnie moi rozmówcy. Jednak pamięć lat 90. i transformacji gospodarczej jest na Śląsku najczęściej bolesna, dobre wspomnienia dotyczą zaś okresu rozwoju przemysłu i mieszkaniówki w Polsce Ludowej. Tęsknota za silną gospodarką i wielkimi zakładami jest większa niż w innych regionach, a rząd ze swoją obietnicą aktywnego państwa nie trafia tu w próżnię.

PiS gra więc w tonacji, którą prawie dekadę temu wyznaczył Jarosław Kaczyński w Sosnowcu, gdy poczuł się w obowiązku „zniuansować” postać Edwarda Gierka. Prezes PiS mówił wtedy, że Gierek był „najlepszym I sekretarzem”, „komunistycznym, ale jednak patriotą” i „chciał budować mocarstwowość Polski, co było dobre”. PiS nie rzuciło się ani w Zagłębiu, ani w Katowicach do radykalnej dekomunizacji – w Katowicach zmieniono patronów tylko sześciu ulic, ostał się też pomnik Jerzego Ziętka. Co oczywiście jest elementem planu zyskiwania wyborczej przychylności. Planu zakrojonego szeroko, ambitnie i bez skrupułów.

We wrześniu 1969 r. w tradycyjnym pochodzie z okazji Dnia Gwarków Tarnogórskich szedł Edward Gierek, członek Biura Politycznego Komitetu Centralnego PZPR i szef komitetu wojewódzkiego partii. Równo pół wieku później w tym samym miejscu – jak skrupulatnie odnotował „Dziennik Zachodni” – na Gwarkach w Tarnowskich Górach pojawił się premier Mateusz Morawiecki. Gierek już rok później, w 1970 r., był I sekretarzem KC PZPR i wprowadził Polskę Ludową w dekadę dobrobytu i konsumpcji. Morawiecki, który chce wygrać na Śląsku nie tylko pewne miejsce w Sejmie, ale i prymat w partii, obiecuje z grubsza to samo. Stara się imitować Gierka, co doradzili mu zapewne sztabowcy, wiedząc, że na radykalnym antykomunizmie daleko nie zajedzie.

– Podobieństwa między współczesnym językiem kampanii PiS i przede wszystkim „Wiadomości” TVP a językiem epoki Gierka i „propagandy sukcesu” są widoczne – zauważa historyk PRL Piotr Osęka. – Skojarzenia nasuwają się także przy całym tym rytuale gospodarczych wizyt, bardzo przez Gierka spopularyzowanych, które lubili lokalni działacze, bo przy tej okazji obiecywano im budowę kopalni, fabryki czy zakładu. A więc inwestycje, wpływy, miejsca pracy i prestiż. Do tego trzeba doliczyć mit „gospodarczego mocarstwa”. Pytanie, czy w takiej sytuacji – jeżeli po raz wtóry przeżywamy epokę Gierka – lada dzień nie przyjdzie, jak wtedy, kryzys paliwowy i załamanie globalnej koniunktury, która pozwala Polsce się bogacić.

Podobieństwo do Gierka jako pierwszy przypisał Morawieckiemu nie żaden polityczny wróg, tylko Jan Olszewski. Z drugiej strony i konserwatyści tutaj, gdy ich trochę przycisnąć, mówią, że „na Śląsku to i komuniści byli inni”.

Dziś to konserwatyści, czyli prawica, są jacyś inni, bo obiecują zainwestować w przemysł, podnieść płace, uczynić z Polski potęgę gospodarczą i Zachodowi się nie kłaniać. Na razie jednak z naciskiem na obiecują. Bo Morawiecki jest wciąż przed swoim wielkim kryzysem, ba, wciąż przed jakimkolwiek realnym sprawdzianem i zmierzeniem się z okolicznościami innymi niż niezwykle sprzyjające. Jest człowiekiem obietnicy równie realnej jak legendarny już „milion samochodów elektrycznych”.

Operacja „Morawiecki na Śląsku” to gra o wielką stawkę. Czy antykomunistycznego eksbankiera uda się sprzedać Ślązakom jako przyjaciela górników i „swojego człowieka”? Czy 50-letnia historyczna klamra naprawdę w październiku się domknie? Przy tak wysokiej stawce, po jaką sięga PiS, każdy wynik poniżej miażdżącego sukcesu będzie porażką. Z drugiej strony przy pasywności opozycji i przychylnych wiatrach w gospodarce to podwójne salto może – niekoniecznie z pożytkiem dla samego Śląska – rzeczywiście się udać.


Morawiecki na Górnym Śląsku
21 lipca – Siemianowice Śląskie
21 lipca – Dąbrowa Górnicza
22 lipca – Gliwice
2 sierpnia – Gliwice
2 sierpnia – Częstochowa
2 sierpnia – Zabrze
4 sierpnia – Katowice
4 sierpnia – Bojszowy
5 sierpnia – Zabrze
5 sierpnia – Tychy
5 sierpnia – Pszczyna
11 sierpnia – Katowice
12 sierpnia – Ruda Śląska
12 sierpnia – Pszczyna
19 sierpnia – Gliwice
3 września – Jastrzębie Zdrój
8 września – Tarnowskie Góry
8 września – Chorzów
8 września – Katowice
8 września – Dąbrowa Górnicza
12 września – Katowice

Źródło: „GW”


Fot. Forum/Art Service

Wydanie: 38/2019

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy