Humor smutny jak brexit

Humor smutny jak brexit

Cześć. Jestem z Brytanii. Tej, która dała się oszukać autobusowi

O stanie psychiki Brytyjczyków w reakcji na próby opuszczenia Unii Europejskiej najwięcej mówi to, że autorką najlepszego dowcipu związanego z brexitem jest francuska minister do spraw europejskich. Nathalie Loiseau nazwała swojego kota Brexit. Zapytana dlaczego, odparła, że ten ma w zwyczaju każdego ranka głośno miauczeć pod drzwiami, prosząc, żeby je otworzyć i go wypuścić, ale kiedy się to zrobi, nie wychodzi. – Zamiast tego siedzi i brzydko na mnie patrzy – dodała.

Humor brytyjski w tym przypadku bardzo zawodzi. Trudno uwierzyć, że jest dziełem narodu, który wydał Monty’ego Pythona czy Benny’ego Hilla. Brytyjczycy, przynajmniej ci obdarzeni poczuciem humoru, znaleźli się w głębokiej depresji i nie jest im do śmiechu.

Jak bardzo jest źle? Dziennik „The Independent”, jedna z najpoczytniejszych i najlepszych gazet na Wyspach, przygotował zestawienie 30 najśmieszniejszych dowcipów na temat brexitu. Wygrał taki: „Cześć. Jestem z Brytanii. Tej, która dała się oszukać autobusowi”. Co jest nawiązaniem do kampanii Vote Leave, w której głównym środkiem przekazu był jeżdżący po kraju autobus z wielkim napisem: „W każdym tygodniu wysyłamy do Unii Europejskiej 350 milionów funtów. Lepiej sfinansujmy za nie naszą służbę zdrowia”. Informacja nie była prawdziwa, ale na szczęście dla namawiających do opuszczenia Wspólnoty, dziś już nikt się nie przejmuje takimi drobiazgami.

Dzięki czemu hasło mogło jednocześnie nie być prawdziwe, ale być skuteczne.

Brytyjski chleb dla brytyjskich tosterów

Dowcip oznaczony numerem cztery jest obrazkowy. Opis „Witamy w przyszłości” towarzyszy hasłu „Brytyjski chleb dla brytyjskich tosterów”. Jest to żart, który porusza jeden z trzech najpopularniejszych brexitowych tematów. Jedzenie. Dwa pozostałe to sprawy paszportowe i wolność przepływu osób w ramach Unii Europejskiej oraz inteligencja polityków, którzy doprowadzili do wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej i próbują je przepchnąć. Sprawy kulinarne w kontekście brexitu są niezwykle ważne i każdy, dla kogo brytyjski chleb był kiedyś chlebem powszednim, zrozumie to bez trudu. Otóż Brytyjczycy nie tylko w ogóle nie potrafią gotować. I to na poziomie takim, który uniemożliwia londyńskim piekarzom upieczenie jadalnego chleba.

Oni nawet nie mają kuchni. Trudno wszak za kuchnię uznać panierowany filet z dorsza oraz ciasto faszerowane mielonym mięsem. Niespecjalnie dziwi więc, że jeszcze w latach 70. najlepsze jedzenie nad Tamizą serwowali Azjaci. Ci bowiem, kiedy po II wojnie światowej upadające imperium nie orientowało się jeszcze, że upada i na moment szeroko otworzyło dla nich drzwi, po przybyciu na Wyspy orientowali się, że najłatwiej robić interesy w gastronomii. Nie ma tam bowiem praktycznie żadnej konkurencji. Bardzo szybko narodowym daniem stało się curry, a w latach 70. hinduskie i chińskie lokale liczono w tysiącach. Wielu z tych, którzy wtedy zwietrzyli interes, dorobiło się dużych pieniędzy. Dziś nazwiskiem, z którym na Wyspach wiąże się największa szansa bycia milionerem, jest Patel.

Sytuacja powtórzyła się w latach 90., kiedy Wyspy wyszły z głębokiego Thatcherowskiego kryzysu gospodarczego i stały się atrakcyjnym miejscem imigracji dla Hiszpanów, Włochów, Greków, a później także Polaków. Każda z tych nacji odcisnęła swój ślad na zawartości sklepowych półek oraz w krajobrazie brytyjskich restauracji. Bez produktów, które sprowadzili, nie sposób wyobrazić sobie wyspiarskich kuchni. Z mrożonym filetem i meat pie często wygrywają mrożona lazania, pizza i tikka masala.

Dopiero w tym kontekście zrozumiały staje się dowcip zaklasyfikowany jako dziewiąty – najśmieszniejszy. Ten, tak jak żart dotyczący tosterów, zalicza się do kategorii obrazkowej. W jednym rogu zdjęcia widać wszystko, co w kwestii kulinariów Brytyjczykom zapewniła Europa. Wliczając w to francuskie croissanty, belgijskie piwo, węgierską (?) paprykę, grecki jogurt, polską (?) kiełbasę oraz batoniki Grześki. W drugim rogu fotografii widać samotną fasolę w pomidorach.

Do tej samej kategorii da się też zaliczyć dowcip, który brzmi tak: „Czym będzie się różnić świąteczny obiad po brexicie? Nie będzie brukselki”. Który cytuję, ponieważ dobrze ilustruje głębię brytyjskiej depresji oraz to, jak bardzo wyspiarzom nie jest do śmiechu.

Swoboda przepływu osób

Dowcip numer 29: „Zagłosowałem za pozostaniem w Unii nie z powodów politycznych, ale dlatego, że moja matka przeprowadziła się do Hiszpanii i chcę, by tam pozostała”. W krajach Unii Europejskiej żyje obecnie na stałe aż 1,3 mln Brytyjczyków. Na południu Europy całe miasteczka zmieniły się w angielskie domy spokojnej starości. Wszystko dzięki dużej sile nabywczej funta i całkiem pokaźnej klasie średniej, która była w stanie odłożyć na emeryturę tyle, by nie moknąć w brytyjskim deszczu, ale grzać się w słońcu południa.

Szczególnie dobrze widać to w Hiszpanii. Ale też w tym, jak wiele z – wciąż słabych, podkreślę – brexitowych dowcipów jest poświęconych paszportom. I nie chodzi w nich koniecznie o matki i teściowe, ale także o swobodę przemieszczania się i podejmowania pracy, którą dawał unijny paszport. Na Wyspach dopiero po głosowaniu zorientowano się bowiem, że stawiana przez nich granica będzie obustronna i trudniej będzie nie tylko przyjechać na Wyspy, ale też je opuścić.

To dlatego wysokie 10. miejsce na liście najśmieszniejszych brexitowych dowcipów mógł zająć taki suchar: „– Wow! Jaki fajny paszport. Musi dawać jakieś supermożliwości. W ilu krajach można na nim pracować? – W jednym. – Ale przynajmniej jest niebieski. Wciąż całkiem zaj…..cie”. Zwracano też uwagę, że filmy z Bondem będą teraz dłuższe. Egzotyczne paszporty sprawdza się wszak długo.

…po pijaku odlubiła Unię Europejską

Numerem 13 jest dowcip, którzy brzmi tak: „Brexit wygląda tak, jakby Wielka Brytania się upiła i przez przypadek odlubiła Unię Europejską na Facebooku”. Numerem 18 jest list Theresy May do Unii Europejskiej. W liście można przeczytać: „LOL. Nie mam pojęcia, co robię”. A numer 26 to taki dialog wyborców z Wielką Brytanią: „Wyborcy: Chcemy dać łodzi idiotyczne imię. Wielka Brytania: Nie. Wyborcy: Chcemy rozbić Unię Europejską i załamać światową gospodarkę. Wielka Brytania: OK”. Co jest nawiązaniem do ogólnonarodowego głosowania na nazwę dla państwowego statku badawczego, które odbyło się w 2016 r. Wygrała w nim nazwa „Boaty McBoatface”, co na tyle trudno przetłumaczyć, że lepiej chyba powiedzieć, że Terry’emu Gilliamowi (jeden z członków grupy Monty’ego Pythona – przyp. aut.) najpewniej by się to spodobało. Wtedy jednak rząd uznał, że nie może się zgodzić na tę nazwę i powiedział nie.

Zupełnie inaczej niż w sprawie brexitu. Do tego spektakl wychodzenia z Unii stał się tragifarsą, a Theresę May postrzega się w tym wszystkim jak bohaterkę komiczną. W czym z całą pewnością pomaga to, że z uporem powtarza ona, iż naród zdecydował o brexicie w referendum i poszanowanie demokracji powoduje brak możliwości powtórzenia głosowania. A jednocześnie próbując przepchnąć przez parlament wynegocjowaną przez siebie umowę, urządziła cykl głosowań, w którym posłowie głosowali cztery razy, bo wynik był niezadowalający. Można by pewnie powiedzieć, że głosowali „do skutku”, gdyby nie to, że zakładanego przez rząd skutku nie było. I być może nie będzie, bo z jednej strony jest wynik referendum sprzed dwóch lat i otwarty proces opuszczania europejskiej wspólnoty. Z drugiej natomiast gigantyczny bałagan, brak pomysłu na jego dokończenie i opinia publiczna, która nieco otrzeźwiała i chciałaby móc zmienić zdanie. Dzisiejsze sondaże pokazują znaczną (sięgającą kilku, a nawet kilkunastu procent) przewagę zwolenników pozostania w Unii Europejskiej.

Na koniec trzeba jeszcze koniecznie wspomnieć, że Nathalie Loiseau nie ma kota.

Fot. AA/ABACA/East News

Wydanie: 20/2019

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy