Ideologiczne zapładnianie

Ideologiczne zapładnianie

In vitro – nie. Becikowe – tak. Oto filary nowej polityki prorodzinnej rządu

No i stało się. Ostatnie dni pokazały, na czym tak naprawdę polega polityka prorodzinna nowych władz. Zdecydowane „nie” dla aborcji, antykoncepcji i leczenia in vitro. – Nie dopuścimy, by rozszerzać zakres nieobowiązywania ustawy o ochronie życia poczętego na doświadczenia, które wiążą się z tzw. zapłodnieniem in vitro – grzmiał na falach Radia Maryja premier Marcinkiewicz. Co to oznacza? Ni mniej, ni więcej, tylko chęć ograniczenia leczenia in vitro za pomocą ustawy antyaborcyjnej. Całość okraszona odpowiednią retoryką! Przecież nikt nie będzie finansował niezrozumiałych doświadczeń na ludzkich zarodkach (bo tak jest przedstawiane leczenie niepłodności) w sytuacji, gdy dyrektorzy placówek medycznych mają długą listę pilniejszych wydatków.
Pieniądze to w służbie zdrowia bardzo drażliwy temat. Od lat jesteśmy karmieni informacjami, jak to szpitale i przychodnie ledwo wiążą koniec z końcem. Co więc zrobił nowy minister zdrowia, gdy zaczęły padać niewygodne pytania o in vitro czy antykoncepcję? Oczywiście, też bezradnie rozłożył ręce. – W sytuacji, gdy mam do wyboru ratowanie ludzkiego życia czy dofinansowanie in vitro, dla mnie wybór jest jasny – mówił prof. Religa, chcąc jak najszybciej zamknąć usta krytyce. Najwyraźniej nie pamięta, że gdy chodziło o zbieranie środków na jego pomysły medyczne, potrafił poruszyć niebo i ziemię, założyć fundację, dogadać się z mediami. Widać z tego, że nawet w medycynie istnieje podział na terapię słuszną i nie.
Tylko patrzeć, jak na arenie międzynarodowej w sprawach polityki prorodzinnej znajdziemy się na poziomie Trzeciego Świata. Jak na razie wśród 25 państw członkowskich UE tylko Polska nie refunduje kosztów leczenia bezpłodności. W Danii, Holandii, Szwecji, Czechach i na Słowacji refundowane są trzy próby in vitro. We Francji i Niemczech – cztery. Na Węgrzech – pięć. W Macedonii – państwo pokrywa 80% kosztów leczenia. Nawet w konserwatywnych Włoszech ubezpieczenie obejmuje koszt leków i część procedury medycznej. Zamiast proponować praktyczne rozwiązania, nasi politycy wolą jednak kreślić etyczne i moralne standardy.

Bez lęków moralnych

Okazuje się, że gdyby tylko strona rządowa zechciała zasiąść do rozmów, nawet w tak kontrowersyjnej sprawie jak in vitro dałoby się dojść do porozumienia. Wystarczy zrozumieć procedurę leczenia. Na początku lekarze stymulują lekami organizm matki. Dzięki temu wytwarza on przynajmniej kilka komórek jajowych. Następnie łączą je poza organizmem (stąd nazwa zapłodnienia pozaustrojowego) z plemnikami. W ciele kobiety umieszczane są dwa, najlepsze pod względem genetycznym, jajeczka. Reszta pozyskanych komórek jest zamrażana.
I właśnie na tym etapie pojawiają się wątpliwości etyczne. Czy słusznie? Cokolwiek mówić o początkach życia ludzkiego, zarodki wykorzystywane przy zapłodnieniu in vitro znajdują się w bardzo wczesnej fazie rozwoju. Duchowni mówią często, że z chwilą powstania embrionu wchodzi do niego dusza. Co jednak, gdy w kobiecie znajduje się puste jajo płodowe bez szansy na powstanie człowieka? Gdzie wtedy jest dusza? Niestety, Kościół unika takich pytań jak ognia.
Inna rzecz, że każda para decydująca się na leczenie bezpłodności może zaznaczyć, jaka ilość jajeczek ma zostać pobrana. Dzięki temu po zakończonym leczeniu nie pozostanie ani jedna niewykorzystana ludzka komórka. Z takimi przypadkami nieraz mieli już do czynienia lekarze z kliniki ginekologicznej białostockiego szpitala. Pierwsze dziecko urodzone metodą in vitro przyszło tam na świat 18 lat temu. Od tamtej pory nie zdarzyli się rodzice, którzy zarzucaliby lekarzom brak moralności.

Rodzą te, które nie chcą

Szacuje się, że na bezpłodność cierpi w Polsce blisko milion osób, a sztucznego zapłodnienia próbuje koło 2 tys. par rocznie. Zdaniem specjalistów, gdyby nie wysokie koszty, lekarze dokonywaliby przynajmniej 25 tys. zapłodnień rocznie. Na przykład warszawska klinika Novum wykonuje koło tysiąca takich zabiegów. Jej szef, dr Piotr Lewandowski, rozumie problemy etyczne. Ale jego zdaniem, zakaz nie jest rozwiązaniem. Można się spierać o liczbę zapładnianych komórek, ale nie o samą metodę. Podobnie uważa prof. Marian Szamatowicz, współautor sukcesu pierwszego pozaustrojowego zapłodnienia w 1987 r.
Teraz po 18 latach premier Marcinkiewicz chce praktycznie zlikwidować in vitro. Do tego jeszcze zaostrzyć zakaz aborcji i ograniczyć dostęp do antykoncepcji. Stach pomyśleć, co z tego wyniknie. Bo choć w Polsce ciągle mamy niż demograficzny, to jednocześnie jesteśmy w czołówce krajów pod względem liczby nastolatek zachodzących w ciążę. Każdego roku blisko 30 tys. dzieci rodzą matki, które nie mają jeszcze dowodu osobistego!
Czyżby premier Marcinkiewicz liczył na to, że młode matki zlikwidują niż demograficzny? Bardzo wątpliwe! A wystarczyłoby spojrzeć łaskawszym okiem na Holandię czy Szwecję, w których z dostępem do nowoczesnej antykoncepcji nie ma najmniejszych problemów. Ale to właśnie te dwa kraje, odsądzane od czci i wiary za swój liberalizm, mają jeden z największych w Europie przyrostów naturalnych.
Na szczęście Polskę zaczynają gonić terminy. Do 2007 r. mamy przedstawić Komisji Europejskiej stanowisko w sprawie regulacji w naszym prawodawstwie technik zapłodnienia pozaustrojowego. Obliguje nas do tego VII Program Ramowy Badań, zaproponowany przez KE. Ciekawe, jak z tego problemu wybrną nowe władze? Wtedy nie będzie już można zasłaniać się chęcią wprowadzenia dłuższych urlopów macierzyńskich czy 800 zł becikowego.

 

Wydanie: 48/2005

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy