IMKA zagrożona

IMKA zagrożona

5 grudnia może być ostatnim dniem działalności popularnego teatru

26 sierpnia z prywatnego Teatru IMKA, któremu szefuje Tomasz Karolak, nadszedł dramatyczny mejl. Teatr zawiadamia o odwołaniu planów repertuarowych na nadchodzący sezon i o realnej groźbie zamknięcia podwojów: „IMKA jest teatrem prywatnym i działa wyłącznie dzięki współpracy z firmami, instytucjami oraz osobami prywatnymi. Brak środków finansowych na dalszą działalność artystyczną spowoduje zamknięcie warszawskiej sceny przy pl. Trzech Krzyży”.
Wśród przyjaciół i zwolenników sympatycznego teatru zawrzało, telefony rozgrzały się do czerwoności. Trwają poszukiwania ratunku, może jeszcze nie wszystko stracone. Na razie wiadomo na pewno, że do końca roku przetrwa festiwal „Polska w IMCE” finansowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a to oznacza, że w październiku zostanie pokazane „Wesele” w reżyserii Moniki Strzępki, w listopadzie „Dziady” w reżyserii Radosława Rychcika i w grudniu „Król Ubu” w reżyserii Jana Klaty. Jeżeli nic się nie zmieni, 5 grudnia może być ostatnim dniem działalności teatru.
Teatr Tomasza Karolaka powstał niemal z dnia na dzień wiosną 2010 r. i od razu stał się jednym z ulubionych miejsc teatralnych stolicy. Otwarcie napotkało przeszkody niezależne (żałoba narodowa), ale odbyło się z hukiem – Mikołaj Grabowski wrócił do swojego niegdysiejszego przeboju teatralnego i wystawił „Opis obyczajów III”. Potem teatr przypomniał nieśmiertelny „Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego” według Bogusława Schaeffera w kongenialnym wykonaniu Jana Peszka. Następna premiera, „Sprzedawcy gumek” Hanocha Levina, ojca założyciela nowoczesnego teatru izraelskiego, potwierdziła ambicje młodego teatru.
Karolak umiejętnie łączył popularne propozycje repertuarowe z trudniejszymi, wśród których znalazły się dojrzałe artystycznie wizerunki nieodległej polskiej przeszłości, m.in. „Wodzirej” według scenariusza filmowego Feliksa Falka (reż. Remigiusz Brzyk, 2011). Prawdziwym wydarzeniem stały się „Dzienniki” według Witolda Gombrowicza (reż. Mikołaj Grabowski, 2010), w doborowej obsadzie: Iwona Bielska, Magdalena Cielecka, Piotr Adamczyk, Tomasz Karolak, Andrzej Konopka, Jan Peszek – wszyscy wyśmienici. Ale nawet na ten spektakl brakuje pieniędzy, a tym bardziej na wcześniej planowane premiery „Kopenhagi”, „Wiedźmina”, „Testosteronu” czy „Fausta”.
Tomasz Karolak szczycił się, że nie sięga po środki publiczne – z wyjątkiem wspomnianego festiwalu wszystkie spektakle bilansował dzięki wsparciu sponsorów i biletom, które idą tutaj na ogół jak woda – z biletów pochodziła czwarta część dochodów teatru. Rezygnacja sponsorów nastąpiła nagle, można ją porównać do gromu z jasnego nieba. Przyczyny ich wycofania się pozostają nieznane, ale po głowie chodzi przypuszczenie, że to może ogniste zaangażowanie szefa teatru w kampanii prezydenckiej po stronie Bronisława Komorowskiego (co wypomniał aktorowi europoseł Zbigniew Kuźmiuk na łamach „Naszego Dziennika”) okazało się dla IMKI zgubne. Nikt tego oczywiście nie potwierdzi.
Zarząd teatru dowiedział się o decyzji sponsorów dwa tygodnie temu. Aby placówka przetrwała, potrzebuje co najmniej 3 mln zł – dałoby to możliwość opłacenia kosztów stałych, utrzymania minimalnego zespołu administracyjnego, który już został zmniejszony, przygotowania dwóch nowych premier i udostępniania produkcji zrealizowanych. Nie wiadomo jednak, czy uda się znaleźć nowych sponsorów, a Karolakowi pewnie przyjdzie zweryfikować zasadę stronienia od środków publicznych.
Nie po raz pierwszy okazuje się, że oczekiwanie, iż kultura obędzie się bez mecenasa państwowego czy samorządowego, to złudzenie. Jest tajemnicą poliszynela, że prawie wszystkie teatry prywatne borykają się z podobnymi kłopotami, zwłaszcza że niemałe są ich koszty stałe. Na granicy wytrzymałości finansowej znalazł się nawet teatr rewiowy Sabat Małgorzaty Potockiej, a to ze względu na wygórowany czynsz narzucony przez właściciela budynku, Związek Inwalidów Wojennych.
Tomasz Karolak zapewnia, że nie podda się bez walki i wraz ze współpracownikami będzie szukać możliwości przetrwania trudnego okresu. Ten teatr był przecież jego marzeniem. Kiedy otwierał IMKĘ, deklarował, że „nie jest eksperymentalnym teatrem niszowym dla garstki ani nie jest teatrem bulwarowym, który ma widza wyłącznie zabawiać. Chcemy pokazać, że teatr, który mówi ważne rzeczy o dzisiejszym świecie i o nas samych, jest skierowany do bardzo szerokiej publiczności”. Pozostał tej deklaracji wierny. Ale jak długo jeszcze?

Foto: TRICOLORS/EAST NEWS

Wydanie: 36/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy