To ja go zapiłem

To ja go zapiłem

Jak porządnie popiją, potrafią się położyć na głównej ulicy. Zasypiają pośrodku drogi w pełnym uzbrojeniu. Nieraz trzeba było takiego rycerza samochodem omijać

Rycerzy było dziewięciu. W lnianych szatach przepasanych sznurami oprowadzali turystów po zamku. Wśród nich Stasiek, co trzy miesiące temu zmarł przez sprajta. Robota się skończyła, kiedy dyrektor muzeum zobaczył rycerzy śpiących pod murami. Wszystkich zwolnił. W miejscowym barze uważają, że to z powodu końcówki sezonu. Latem pewnie dyrektor o tamtym pijaństwie zapomni i do zamku w Starym Drawsku znów im się przytulić pozwoli. Zamek zbudowali jeszcze joannici, nosi nazwę Drahim, bo tak pierwotnie nazywała się osada. W 1407 r. wojska polskie odbiły zakonnikom warownię. Ostatnio przejął ją Zbigniew Mikiciuk, właściciel Muzeum Motoryzacji i Techniki w Otrębusach. Rycerze znów wrócili na zamek. Biorą mniej niż dawni najemnicy. 5 zł za godzinę. Byle zarobić na stały dopływ alkoholu.
Wiesiek, co prowadzi bar w Starym Drawsku, o rycerzach mówi dużo, bo się na nich napatrzy każdego lata. Cały sezon przychodzą i siedzą na piwie. Czasem pierogi zamówią, ale tylko wtedy, gdy są na tyle trzeźwi, by mieć na jedzenie apetyt. Za to jak porządnie popiją, potrafią się na głównej ulicy położyć. Zasypiają pośrodku drogi w pełnym uzbrojeniu. Nieraz trzeba było takiego rycerza samochodem omijać.

Jak się złapie cugu, to się pije

– Chyba to ja go zapiłem, bo go ćwiczyłem – Zygmunt, co Staśka często u siebie gościł, dobrze pamięta pogrzeb sprzed trzech miesięcy. Cały czas padało. Przez ten deszcz ciężko było orzec, kto szczerze nad Staśkiem płacze.
Można mieć pewność, że nie płakała teściowa. Nawet na ostatnie pożegnanie zięcia nie przyszła. Chciała dla córki innego męża, a nie takiego rycerza, co tylko wtedy pracuje, gdy mu na wódkę potrzeba. I bez niej zebrało się sto osób. Jedni z ciekawości, drudzy z sympatii. Ludzie z kilku okolicznych wsi. Lubili Staśka. Wesoły chłopak; 39 lat dożył.
Taka to okolica, że mężczyźni wcześnie odchodzą. Ziemia nad jeziorami słaba, więc się zamienia w ugory, podczas gdy właściciel zapija się za pieniądze z zajęć dorywczych, czasem z renty. Oczywiście, dla pracowitych zarobek tu się znajdzie. Najbardziej robotne są kobiety. Kobieta nie zapomni, że dzieci ma na utrzymaniu. Nie wyjdzie z domu bez słowa, żeby na dwa dni zniknąć u kolegów na baletach. Zamiast tego wsiądzie na rower i do Czaplinka codziennie rano pojedzie, bo złapała właśnie etat w fabryce kabli. Nawet nie pomyśli, żeby męża rzucić. Kocha go, jak na ślubie przysięgała, choć co to jest ta miłość, nie ma czasu pomyśleć. Pracuje. Choćby żona Staśka. Na pogrzebie była, płakała. A przecież Stasiek większość wieczorów nie z nią spędzał. Ostatnio często siedział u Zygmunta w Żerdnie. Zygmuntowi wryło się w pamięć, jak kilka tygodni przed swoją śmiercią Stasiek w nocy zawiózł pod drzwi teściowej wieniec i kilka zniczy, co je ukradł na cmentarzu. Taki dowcip wymyślił na teściowej imieniny.
– Może i z żartami uważać trzeba? – zastanawia się Zygmunt.
Ale Stasiek nie uważał z niczym, szczególnie już z piciem. Potrzebował tego codziennie i tak go życie niosło. Od Starego Drawska do Żerdna. Od Żerdna do Sikor. Rowerem przez las. Jednemu znajomemu wysiadła kondycja, znajdował drugiego.
– Jak się złapie cugu, to się pije, ale żeby codziennie? – Zygmunt kiwa głową. Stasiek w oczach miał wypisane, że nie umrze staro. Należał do tych ryzykantów, co od Ruskich kupowali alkohol. Tę bazarową wódkę zwie się tutaj sprajtem.
Wielu z wiosek pod Starym Drawskiem przez trefny towar już się potruło albo pomarło. Piją jednak dalej, bo sprajt dwa razy tańszy.
Stasiek siedział u Zygmunta jeszcze w czwartek, noc przed śmiercią. – Mówiłem mu: śpij tu. A on nie i nie. Jeszcze było w butelce. Ale jego gdzieś tak ciągnęło wtedy. Zygmunt myśli teraz, że po śmierć. Może trzeba było go zatrzymać. Co jednak poradzisz, kiedy Stasiek za rękę szarpie. Mówi: chodź.
U Zygmunta zdarzają się dni, że więcej pić nie może. Trafiło na taki. Spać poszedł. Stasiek w Sikorach znalazł innych. Pojechali z nim po 0,70, przez swe rozmiary zwaną tu mamuśką. Dalszy ciąg wieczoru znalazł się w policyjnym raporcie. Koledzy, co ze Staśkiem pili, próbowali go dobudzić. Siny już był, kiedy nim potrząsali. Osłabiony kilkudniowym piciem organizm nie wytrzymał sprajta. Pozostali przeżyli, chociaż się podtruli.
Zygmunt rozmyśla: może gdyby przekąski jakieś były, Stasiek by przeżył? Ale on zawsze niewiele jadł.

Misiek najwierniejszy

Zygmunt jak alkohol spożywa, zawsze coś musi przekąsić. Ot i cała tajemnica rozłożonego na lata picia. Dziś gotuje kapuśniak. Na dwa dni starczy. Ci, co na pusty żołądek pili, wszyscy już poszli w ziemię.
– A może ja ich powykańczałem? Wódkę nawet w niedzielę do nich woziłem – głaszcze psa o imieniu Misiek.
Kundelek wpatruje się w pana z miłością. Nie wiadomo, czy z podobną miłością patrzyła ostatnia narzeczona Zygmunta. Nowy dom właśnie dla niej zbudował. Ale schodów na drugie piętro wciąż nie ma. Zamiast nich stoi drabina.
– Zygmunt, gdyby nie pił, byłby dziś najbogatszym człowiekiem w okolicy – można się dowiedzieć od Wieśka, co bar prowadzi. Ale nie wytrzymał. Najlepsze działki za wcześnie sprzedał. Inni się wzbogacili.
Za każdym razem jak ziemię spieniężył, od razu do baru ciągnął. Mówił: tysiąc złotych, co to dla mnie! Stawiał kolejki każdemu. Może dlatego do dziś tych schodów w nowym domu nie zbudował. Owszem, reszta elegancka, są nawet kafelki w łazience.
Ostatnia z narzeczonych pomieszkała u Zygmunta trochę i wróciła do męża. Mąż górnik. Właśnie dostał dużą rentę.
Tylko jeden Misiek najwierniejszy. Może dlatego, że Zygmunt go od śmierci uratował, kiedy sąsiedzi chcieli przebić szczeniaka widłami. Misiek nieraz się za to odwdzięczył nowemu panu. Jak wtedy, kiedy zimą Zygmunt w krzaki upada i zasypia na drodze do Sikor. Mróz w tej okolicy lubi takich zaspanych zabierać. Misiek staje na środku szosy. Nie chce samochodów przepuszczać. Akurat chłopaki z Żerdna jechali po wódkę. Patrzą, Misiek stoi, na poboczu leży Zygmunt. Pojechali jeszcze do sklepu kupić, co trzeba. Wracając, zgarnęli Zygmunta do samochodu. Kolega tu pomaga koledze, bo wie, że niedługo jemu się to samo przytrafi. – Jak świniaka mnie wtedy przywieźli do domu – Zygmunt głaszcze Miśka.

Przyroda nastraja melancholijnie

Dziś się Zygmuntowi goła kobieta śniła. Znaczy, że będzie miał dobry dzień. Wróżba zawsze się sprawdza, choć do kobiet, poza tymi ze snu, szczęścia nie ma. Raz chciał się nauczyć, jak do płci przeciwnej podchodzić. Z biblioteki w Starym Drawsku wypożyczył „Romea i Julię”. Książka mu się podobała. Jak mówi, była z tych seksowniejszych. Zygmunt podstawówki nie skończył, ale w młodości czytać lubił.
– Zamiast do szkoły chodziłem na ugory. A ile ptasich gniazd udało mi się wtedy nazbierać – miesza kapuśniak, który zdążył się przypalić. Za dużo emocji w tej rozmowie.
Kapuśniak gotuje dla dwóch mężczyzn ze Szczecina. Pracują na kontrakcie przy budowie drogi. Już dwa miesiące wynajmują u Zygmunta pokoje.
Dzięki ich obecności nie tylko pije, ale też pracuje. Wstaje o piątej. Nanosi drewna. O szóstej robi im śniadanie. Czeka potem cały dzień, aż pracę skończą. Bez towarzystwa w nowym domu nieswojo mu jak w grobowcu. Wieczorem proszą, żeby wyciągnął harmonię. Akordeon jest włoski, brat przywiózł go Zygmuntowi 13 lat temu.
Rozmawiamy o tym, dlaczego w tych stronach ludzie tak dużo piją. Może to przyroda tak na nich działa? Nastraja melancholijnie. Dużo tu jezior i lasów, a ptaki tak się drą, że czasem aż głowa boli. Kormoranów tyle, że całe jezioro z ryb wytrzebiły. Zimy ostre, więc się siedzi w domu i pije. Lata łagodne. Trzeba wyjść. Kiedy okoliczności przyrody sprzyjają, pije się jeszcze lepiej.
Zygmunt znów stawia harmonię na kolanach. Wypił dziś na tyle mało, by zachować czystość gry, ale i dostatecznie dużo, by mieć do harmonii siłę. Trudno uwierzyć, że grania nigdzie się nie uczył. – Podpatrzyłem, jak kto gra, nie umie pani? Misiek stawia uszy do góry. Pies najbardziej lubi „Tę ostatnią niedzielę”.

Ucieczka latarnika

Koncert przerywa pan Andrzej. Jest tak chudy, że zmumifikowana sylwetka nie pozwala określić dokładnie wieku. Szarmancko rzuca od progu: Guten Tag. Powtarza to kilka razy, jak płyta, która się dawno zacięła. Guten Tag, guten Tag, guten Tag. Żeby zagłuszyć tę irytującą powtarzalność kompana od wódki, Zygmunt znów sięga po akordeon. Teraz przez kilka godzin nie odpuści. Wcześniej szepnie cicho o Andrzeju: „Żebyś ty widziała, jak on tu pił, kiedy 30 lat temu przyjechał”.
Krystyna, żona Andrzeja, nie ma takiego instrumentu, by zagłuszyć męża. Telewizor dolby surround, najbardziej wartościowy przedmiot w ich domu, też nie pomaga, kiedy w nocy zaczynają się krzyki i drgawki.
Do Żerdna przyjechali ze Świnoujścia. Andrzej pracował tam jako latarnik. Z mieszkania w bloku na siódmym piętrze widać było cały port. Ale latarnik to stresujący zawód. Andrzej pił. Dostała dom w spadku. Przeprowadzili się do Żerdna. Myślała: spokojna okolica, łatwiej rzuci picie. Dlaczego nie wrócili do Świnoujścia, Krystyna rozumie tylko wiosną. Na ich działkę przyjeżdżają wtedy turyści z Połczyna. Cały rok trzymają tu czekające na sezon przyczepy kempingowe. Już w kwietniu robi się grilla, rozpala ognisko. Pięknie jest. Przy pomoście powiewają flagi polska i unijna. Nikt w całym Żerdnie takich flag nie ma. Szkoda tylko, że Andrzej już się tym cieszyć nie umie. Czasem tak na żonę spojrzy, jakby gdzie indziej był.
Lekarz kiedyś tłumaczył Krystynie, że po każdym ataku coś Andrzejowi obumiera. Od kilku lat przestała je liczyć.
Niedawno usłyszała krzyk z drugiej kanapy. Bała się podchodzić. Dobrze, że telewizor był włączony. Odmówiła kilka razy modlitwę. Przeszło. Ale przecież to znów się powtórzy. On straci przytomność. Potem zapyta, gdzie był.
Krystyna chce wszystko sprzedać. Przeprowadzić się do Bornego. Jeziora szkoda, ale może ta nowa ucieczka coś da? Ryby łowiła ostatnio w zeszłym roku. Zimy tu nawet na jej wytrzymałość za długie. Sama drewna już nie narąbie. Człowiek po siedemdziesiątce, jak ona, musi zacząć o siebie dbać.
Andrzej osiem lat młodszy. Jak na męża patrzy, to się zastanawia, czy u niego w środku cokolwiek jest zdrowe. Jego wypadków nie spamiętasz. Tu się przewróci, tam samochód go potrąci. Raz koło Mostostalu z rowerem w kałuży krwi leżał. Policja zabrała go do szpitala. Nic go to nie nauczyło. Po każdym wypadku wstaje i chodzi dalej. Jak wtedy, gdy trabantem otarł się o tira. Przeżył. Tamtego wieczoru bez słowa wpada do domu. Na strychu się chowa. Krystyna biegnie za nim, a za drzwiami jęki i charczenie. Do środka wejść się nie odważyła. Policjanci przyjechali dopiero rano. Niepotrzebnie ukrywał się całą noc. Jak zobaczyli, że cały i zdrowy, nie mogli uwierzyć. Do 2012 r. ma zabrane prawo jazdy. Najgorzej, że Andrzej wyroku sądu nie respektuje. Ostatnio jedzie rowerem do Czaplinka do knajpy. Zatrzymują go koło młyna. Trzeźwy. Wraca tą samą drogą, tym razem pijany. Zatrzymali go znowu. Teraz już nawet na rower nie może wsiadać. Zresztą pół Sikor musiało przez alkohol rowery odstawić. Przez jazdę po pijanemu rozprawę będzie teraz miał w sądzie. Na poczet kary chcą im zabrać telewizor. Krystyna na dużą plazmę wydała wszystkie swoje oszczędności. Bez telewizora żyć się nie da zupełnie. Nic jednak nie zrobisz, w małżeństwie obowiązuje wspólnota majątkowa.

Małpa przyszła do Andrzeja

Andrzej nie musi pracować latem jako rycerz. Co miesiąc wpływa rolnicza emerytura.
16 lat przepracowali jako rolnicy, więc dostają jedną z najniższych w kraju. Teraz całe 600 zł idzie na alkohol. Od czasu kiedy listonosz przyniósł tę pierwszą, Andrzej już nie ma przerw w piciu. Krystyna wymyśliła karę: – Jeść mu nie daję, jestem konsekwentna. Andrzej i tak do półki z jedzeniem żony sięgnie. – Czy mogę pożyczyć oleju za 50 groszy? – prosi grzecznie.
Ciągle próbuje Krystynę do swojego świata wciągnąć. Raz wpada do kuchni. – Chodź, chodź. Małpa siedzi w żłobie! – krzyczy. Faktycznie, zwierzątko tam było. Nie małpa, tylko łasica. Każe jej pobiec po aparat, ale łasica ucieka. Rozpowiada potem, że małpa u niego była. Wszystko przez to, że za mocno popił w poniedziałek. Małpę zobaczył we wtorek. Kilka miesięcy cała wieś się śmiała, że małpa przyszła do Andrzeja.
Ostatnio jak Hanka, sąsiadka, wyjechała i dom zamknęła na głucho, uparł się, że imprezę tam widzi. Krystyna tłumaczyła, że światła pogaszone. Andrzej swoje: – Zobacz, jak oni tam grają, jak tańczą! – krzyczał.
Według Krystyny, żeby pijaństwo z Żerdna przepędzić, potrzeba bomby takiej jak na Hiroszimę. W sąsiedniej wiosce Sikory pozapisywali się już na odwykówki. Namawiała go. – Chcesz ze mnie człowieka zrobić! – zaśmiał się dziwnie. Potem tydzień milczał.
Andrzej teraz dużo u Zygmunta siedzi. Tam zawsze jest coś ugotowane. Wędruje też z Żerdna do Starego Drawska. Nawet do Czaplinka potrafi iść pieszo kilkanaście kilometrów. Ostatnio zawsze na noc wraca. Jak zaczyna się zmierzch, w sieni słychać kroki. Siada przy stole, zaczyna się mądrzyć. Przynosi „Fakt” i omawia najnowsze artykuły. Ostatnio z ulubionej gazety dowiedział się, że kobiety też powinny pić. Uczeni dowiedli. Dwa razy jej na głos czytał.
Krystyna odpowiada: – Andrzej, ja piję, kiedy chcę, ty pijesz, bo musisz.
Krystyna głaszcze jamnika Sonię. Co wieczór asystuje jej w czekaniu na Andrzeja. Traktują Sonię jak dziecko, własnych mieć nie mogą.

Trzej bracia

Czasem, kiedy tak czeka, przychodzi jej do głowy, że Andrzej nie wróci. Przepadnie w alkoholowym towarzystwie, jak inni, co tu pośród jezior umierają. Choćby trzej bracia z Żerdna: Tadek, Leszek i Maciek. Wszyscy zbyt słabe mieli organizmy.
W dniu, kiedy Tadek umarł, kosił jeszcze żywopłot w agroturystyce u sąsiadów. Często tak na butelkę dorabiał. Pracodawcy zaprosili go jeszcze na kolację. Powiedział, że przyjdzie. Najpierw chciał się umyć i ogolić w jeziorze. Zdążył tylko wejść po kolana i zawału dostał. – Poszedł do wody i już go nie ma – nie może się nadziwić Krystyna. Chyba czymś na taką lekką śmierć zasłużył. Miał 36 lat.
Leszek, najstarszy z braci, umarł jako drugi. Nie robił przerw w piciu. Krystyna pamięta, jak w tamtą sobotę od rana z Andrzejem u nich siedział. Andrzej poszedł po południu spać, żeby organizm zregenerować. Leszek w tym czasie dokładał sobie w Sikorach. Mało było, więc podobno pojechał pić na Drawskie.
Wrócił do Żerdna, zapukał do Andrzeja, przyniósł butelkę. Umarł tej samej nocy, miał 49 lat.
Ostatni z braci w dniu swojej śmierci kilka godzin leżał pod krzyżem we wsi. Calutki był granatowy. Andrzej z kolegami zabrali go do domu, myśleli, że Maćkowi przejdzie. Pili w kuchni kawę, Maciek odpoczywał w pokoju na kanapie. Przyszli obudzić go po godzinie. Nie żył. Od lekarza usłyszeli: wylew. Maciek miał niecałe 36 lat. Za to Andrzeja, choć już po sześćdziesiątce, żadna choroba nie bierze. A to chyba jedyne, co by go mogło zmienić. Krystyna straszy: jak już będziesz jeździł na wózku, to ja cię ze Spycznej Góry zepchnę. A to najwyższe wzniesienie w okolicy. Widać z niego i jezioro Żerdno, i Drawskie. Latem widziała rycerza ciągnącego tam z turystami ścieżką od Starego Drawska.
Gdyby jednak przyszło z góry do jeziora Andrzeja spychać, sił by nie starczyło. Od tego szarpania się z mężem Krystynę ciągle coś boli.
Andrzejowi jeszcze nie powiedziała, że chce sprzedać dom. On i tak się nie zgodzi. W Żerdnie ma z kim pić. Nie zamieni tego na ciepłe mieszkanie w bloku ani na ośrodek zdrowia czy dobrą komunikację. Do Żerdna żaden autobus nie dojeżdża.
Krystyna nie użyje podstępu, żeby ten ich kawałek świata nad jeziorem sprzedać. Za bardzo kiedyś Andrzeja kochała. Myśli o tej ich miłości, kiedy na niego czeka. Zostaną.
A o czym myśli Andrzej? Idąc z Sikor do domu przez las, skupia się głównie na tym, żeby mdłości ustały. Ale mdłości Andrzeja nie słuchają. Podnoszą się w nim jak fale na jeziorze. Trzeba się napić. Inaczej znów usłyszy tę straszną muzykę. Wszyscy tu od niej w końcu umierają: i Stasiek, jeden z dziewięciu rycerzy, i trzej bracia z Żerdna. Według Andrzeja, on sam pije inaczej niż pozostali. Ostrożniej. W sklepie kupuje najmniejsze butelki. Z każdym łykiem nabiera coraz większej pewności, że się uratuje.

 

Wydanie: 20/2009

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy