Milion twarzy marychy

Milion twarzy marychy

Dałbym sobie rękę uciąć, że się nie uzależnię. I co? Teraz bym bez ręki chodził

Do Vail i Aspen jak co roku zjechali narciarze. Ekskluzywne ośrodki w Górach Skalistych w amerykańskim stanie Kolorado przyciągają zamożnych ludzi z całego świata. Tym razem czekają ich dodatkowe atrakcje – od 1 stycznia można tam bez problemu kupić marihuanę. Podobnie jest we wszystkich miejscowościach tego stanu. W Polsce nawet chory na stwardnienie rozsiane czy nowotwór nie ma dostępu do marihuany. Jednak czarny rynek kwitnie, a ośrodki leczenia uzależnień pełne są ludzi, którzy zaczynali od blanta*.

Obudzić się do życia

Pierwsza była marihuana. Towarzyszyła im przez lata. – Nawet jeśli pojawiały się inne narkotyki albo alkohol, zawsze była w tle – mówi Andrzej. Właśnie jest na etapie poszukiwania pracy. W ośrodku przebywa od dziesięciu miesięcy i za dwa kończy pierwszy etap leczenia. Adam spędził tu mniej czasu – dziewięć miesięcy. Też jeszcze nie ma pracy, ale jest dobrej myśli, bo budownictwo wciąż potrzebuje ludzi. A on ma wieloletni staż i jest świetnym fachowcem. Niebawem wyprowadzi się do hostelu, który – podobnie jak ośrodek – prowadzi Stowarzyszenie Monar i gdzie w bezpieczny sposób można się konfrontować ze światem zewnętrznym. Rafał Olender jest na terapii zaledwie pięć miesięcy. A może aż pięć? Osobom uzależnionym każdy miesiąc leczenia ciągnie się w nieskończoność.
Do Ośrodka Leczenia, Terapii i Rehabilitacji Uzależnień w Wyszkowie niełatwo się dostać. Szefowa Jagoda Władoń mówi, że najbliższe wolne terminy to połowa kwietnia. Tu nie tylko się leczy. Pacjenci współzarządzają ośrodkiem, dbają o finanse, o swoje bezpieczeństwo, porządek, przygotowują posiłki, karmią zwierzęta: konie, kozy, psy i koty. Tak uczą się funkcjonowania w społeczeństwie, organizacji dnia, obowiązkowości. Służy im pomocą zespół terapeutów oraz internista i psychiatra.
Można tu przyjąć nawet 37 osób. Większość stanowią mężczyźni. Ośrodek istnieje 29 lat i w tym roku będzie obchodzić okrągłą rocznicę. Stworzył go Marek Kotański. Wtedy powstała też Księga obyczajów – zapis, dlaczego uzależnieni tu przybywają, co w sobie chcą naprawić, jakimi ludźmi się stać. „(…) Przyjeżdżamy do tego Domu zagubieni, odarci z uczuć, by zawrócić z drogi prowadzącej ku zatraceniu i obudzić się do życia. Wegetując w świecie iluzji, bezlitośni wobec samych siebie, zgubiliśmy gdzieś poczucie norm etycznych. (…) Czy jednak skazani jesteśmy na wynaturzenie i bezsilność wobec nałogu? Wszak każdy dzień spędzony tutaj uzbraja nas w siłę i mądrość”.

Tacy faceci

Przystojni, zadbani, modnie ubrani, pięknie mówiący po polsku… Gdyby ich spotkać w innym miejscu niż ośrodek Monaru, nie można by się domyślić ich przeszłości. Wszyscy trzej zaczynali od marihuany. Co sądzą o tym, że od początku roku ten narkotyk można kupić legalnie bez recepty w amerykańskim stanie? – Nie jestem zwolennikiem takiej dostępności marihuany – mówi Andrzej, który kiedyś dzień zaczynał od skręta. – Obawiam się, że wielu nastolatkom łatwiej będzie do niej dotrzeć, choć określono, że kupujący musi mieć co najmniej 21 lat. Według mnie, jeśli inicjacja następuje w wieku 12 czy 14 lat, to ryzyko uzależnienia wynosi 99%.
Andrzej, Rafał i Adam zgadzają się na gorzką rozmowę o marihuanie. Wierzą, że warto, jeśli choć jedną osobę miałoby to uchronić przed nałogiem. Chociaż niełatwo mówić o własnych błędach i wybrykach. Niełatwo się przyznać, że było się na dnie. Najstarszy, Adam, ma 34 lata, Rafał – 27, Andrzej – 22. Adam pierwszy raz zapalił jointa, kiedy miał 12 lat. W sumie palił 22 lata. Andrzej i Rafał zaczynali jako 14-latkowie. Staż narkotykowy Rafała, z przerwą na roczny wyrok, to 12 lat, Andrzeja, który już 18 miesięcy temu rozpoczął bezwzględną walkę z nałogiem – sześć lat.

Pod kontrolą

Artur Siatkowski jest psychologiem terapeutą. Choć to sobota, znajduję go w ośrodku, bo terapeuta jest tu zawsze. Soboty są trochę luźniejsze, pacjenci wstają godzinę później, o ósmej, a pracują tylko do trzynastej. Codzienny rytuał to spotkanie społeczności: albo społeczność główna planowa, albo kontraktowa, odczucia, rozliczeniowa i – w wyjątkowych momentach – interwencyjna. Rozliczeniowa chyba najbardziej przykra, bo wtedy trzeba się przyznać do nieuczciwości czy złamania zasad. Jak na spowiedzi. Tyle że zamiast pokuty dostaje się od grupy informacje zwrotne, pomocne w zrozumieniu swoich błędów i w zmianie. W sytuacjach szczególnych zdarzają się zadania korekcyjne, np. napisanie tekstu na dany temat.
Te spotkania są bardzo ważne, bo – jak mówi Siatkowski – wyjście z uzależnienia oznacza nie tylko trzeźwość, ale i odbudowę tego, co człowiek stracił z powodu brania: uczuć, emocji, kontaktów z ludźmi.
Marihuany nie można przedawkować. Ale czy to oznacza, że nie ma niebezpieczeństwa? – Wiadomo, że po jakimś czasie palenia marihuany traci się motywację – twierdzi terapeuta. – Nie ma się wtedy ochoty nic robić, a rzeczywistość próbuje się dostosować tylko do siebie, by obronić to, co niby nie szkodzi. Ludzie mówią: „To moja sprawa, że biorę”. Ale to nieprawda. Bo przecież styl życia niesie konsekwencje zdrowotne i społeczne. Nic nie jest wyłącznie naszą sprawą, jeśli dotyka innych – rodziców, dzieci, partnerów życiowych, przyjaciół. Niestety, działające wtedy mechanizmy utrudniają realną ocenę i nie pozwalają zrozumieć, że porażki życiowe są związane z używaniem narkotyków. Trudno przewidzieć, jak organizm zareaguje na marihuanę. Ludzie mówią: „Palę 20 lat i nic mi się nie stało”. Ale niebezpieczeństwo jest. Trafił do nas chłopak, z którym nie można się porozumieć. Wypisy ze szpitali mówią, że nie stwierdzono u niego psychozy, że to stan po zażyciu narkotyków. Wiemy, że Tomek palił marihuanę.
Tomek skończył 20 lat. W ośrodku jest prawie rok. Zbliża się moment, kiedy będzie musiał go opuścić. Nie bierze narkotyków, dwa miesiące temu rzucił też papierosy, bo kolega powiedział: „A może byś tak przestał palić?”. Jest pogodny, podaje rękę na powitanie. Zgadza się na rozmowę. Jednak na pytania odpowiada tylko twierdzącym lub przeczącym ruchem głowy, sporadycznie słychać „tak” lub „nie”. Ale jeśli ponownie zadać to samo pytanie i zasugerować odpowiedź zupełnie odmienną, Tomek też się zgodzi. – Każdy może go zmanipulować, wykorzystać… On nie może żyć samodzielnie – martwi się Artur Siatkowski. – Staramy się go umieścić w zakładzie opiekuńczym. Tam będzie żył godniej niż w domu rodzinnym.

Adam: Poprzednio nie wytrwałem

Niemal w ostatniej chwili zgłosił się do ośrodka w Wyszkowie, bo górna granica wieku pacjentów to 35 lat, a on miał 33. Pochodzi z Białegostoku. Miał 12 lat i starszych kolegów, z którymi chodził do parku grać na gitarach i pić tanie wino. To od nich dostał pierwszego skręta. Zapalił. Poczuł się fajnie. Był rok 1992, woreczek marihuany kosztował na nowe pieniądze jakieś 10-15 zł. Niemało, skoro musieli się składać we dwóch albo trzech. Rodzicom mówił, że potrzebuje kasy na pomoce szkolne. – Czy można się nie uzależnić? – zastanawia się. – To jak z alkoholem: jeden człowiek pije okazjonalnie, a drugi wpada w nałóg. Ja potrzebowałem zapalić codziennie. Potem doszły jeszcze inne narkotyki. Musiałem ciągle się starać o pieniądze. Podporządkowałem temu wszystko. To było wycieńczające fizycznie i psychicznie.
Nauczyciele twierdzili, że jest bardzo zdolny. Ukończył technikum budowlane, zaczął studia. Mówi, że jednocześnie studiował na trzech wydziałach: na informatyce z ekonometrią, budownictwie i resocjalizacji. Pierwszy rok zaliczył. W następnym rzucił wszystkie studia. – Dlaczego? Używałem dużo marihuany i amfetaminy. Marihuana do niczego nie jest potrzebna, kiedy człowiek się uczy. No, może żeby się wyluzować. Ale nie można się skupić, powiązać faktów. Amfetamina pozwala wejść na wyższe obroty. I tak kółko się zamyka. Ale po jakimś czasie maska dobrego ucznia, dobrego męża i ojca spada.
A on już 12 lat temu został ojcem. Z pierwszą żoną rozstał się dziewięć lat temu. Ponownie się ożenił. Z tego drugiego małżeństwa ma jedno dziecko i wspólnie z żoną wychowywał trójkę jej dzieci z pierwszego małżeństwa. A właściwie więcej ćpał, niż wychowywał. To żona zmusiła go do leczenia. Ale kiedy wrócił do domu, znów sięgnął po marihuanę i amfetaminę. Tego nie wytrzymała. Rozwiodła się. – Kiedy wyjdę z ośrodka, zamieszkam w hostelu – planuje Adam. – Nie wrócę do Białegostoku, postanowiłem wytrwać w trzeźwości, ale nie chcę robić nadziei ani żonie, ani dzieciom. Wierzę, że po roku, może po dwóch latach oni przyjadą do mnie.

Rafał: Dzień zaczynałem od jointa

– Moje życie jest bardziej skomplikowane – opowiada Rafał. – Podobnie jak u Adama to mój drugi okres trzeźwości. Pierwszy, który trwał niecały rok, był z powodu pobytu w więzieniu. Potem uznano, że zostałem zamknięty niesłusznie…
Chłopak z warszawskiej Białołęki. Pierwszy raz zapalił jointa, kiedy miał 14 lat. – Poczęstował mnie starszy o pięć lat brat. To mi się spodobało. Czułem się radosny, wesoły. Codziennie musiałem mieć 2 g marihuany na następny dzień. Jak budziłem się rano, od razu musiałem wyjść na klatkę, żeby zapalić. To był 2001 r. i nie było problemu z kupieniem w Warszawie marihuany. Jechałem na Pragę albo na Bródno. Nie trzeba było mieć telefonu, ustawiać się z dilerem. Szło się, pukało, kupowało. Gram kosztował 15 zł, a teraz chyba 50.
Miał dziewczynę. Mówi o Gośce: – Była normalna, nie ćpała, nie piła. Choć ją kochał, wyłudzał od niej pieniądze. Oszukiwał, że potrzebuje na to czy na tamto. – Kazałem jej brać od rodziców, dziadków, ciotek, pożyczać od sąsiadek, a w końcu okradać rodziców – wspomina. – Sam też ich okradałem, kiedy przychodziłem do nich z wizytą. Po roku poczucie winy się włączyło i musiałem jej się przyznać, że kupowałem narkotyki. Obraziła się, odwróciła na pięcie i poszła. Z domu zadzwoniła i powiedziała, że mnie kocha i dziękuje, że się przyznałem. Ale rodzice kazali jej zerwać ze mną. Czy słusznie? Słusznie, bo przecież ich okradałem.
Kiedy dziewczyna go rzuciła, uciekł z domu. Wcześniej okradł matkę z biżuterii, bratu zabrał konsolę, wszystko spieniężył na narkotyki. Związał się z Dagmarą, został ojcem Krystiana. Przed jego narodzinami przypadkowo spotkał pierwszą miłość – Gośkę. Uczucie odżyło. – Byłem z Dagmarą i jeździłem do Gośki. Kochałem się z jedną, a dwie godziny później z drugą. Co ja wyprawiałem, to przechodziło ludzkie pojęcie. Żeby nie myśleć o tym, nabijałem fifkę i paliłem…
Potem znalazł się w więzieniu. Uniewinniono go, więc dostał odszkodowanie za odsiadkę. Oddał długi, ubrał się, kupił sprzęt elektroniczny, gry komputerowe. Pojawiła się kolejna dziewczyna, kolejne dziecko, teraz dwumiesięczne. I znów zaczął brać. Zamieszkał z matką – znikał na tydzień, ćpał, wracał, znów znikał… Matka kilka razy go wyrzucała, ale on jakby nigdy nic znów przychodził. W końcu postanowił, że zacznie nowe życie. Na trzeźwo.
– Szkoła? Skończyłem drugą klasę gimnazjum, do trzeciej nie poszedłem, bo stwierdziłem, że nauka nie jest mi potrzebna – mówi Rafał. – Potem uczyłem się na kucharza. Ale jak Gośka mnie rzuciła, to i ja rzuciłem praktyki w gastronomii. No i jestem bez zawodu. Zazdroszczę Adamowi, że skończył technikum budowlane, bo na pewno znajdzie pracę. I zazdroszczę Andrzejowi, że też skończył technikum. A ja? Mam 27 lat i jestem w czarnej dupie.

Andrzej: Najtrudniej było przeprosić

Jest na ostatnim etapie terapii. Po dziewięciu miesiącach pobytu w Wyszkowie z „domownika” stał się „monarowcem”. W tej chwili oprócz obowiązków wynikających z funkcjonowania ośrodka ma nowe – przecież musi się przygotować, by zapewnić sobie warunki do życia, kiedy opuści to miejsce. Te ostatnie miesiące to czas, kiedy trzeba uporządkować swoje sprawy, podsumować efekty leczenia, chodzić na indywidualne zajęcia z terapeutą. Można wychodzić bez ograniczeń z ośrodka, spotykać się z ludźmi z zewnątrz, szukać pracy, uczestniczyć w mityngach AN, odwiedzać rodzinę.
Andrzej administruje stroną internetową ośrodka. Mówi, że bardzo lubi pisać informacje i robić zdjęcia. Te pasje odkrył w swoim nowym życiu. Znalazł też kolejną fascynację – książki. W ośrodku mają dużą bibliotekę, 5 tys. tytułów, z darów, od ludzi, którym żal było wyrzucać książki. Andrzej od czasu do czasu je odkurza, często czyta. Latem, kiedy trawa tak cudownie pachnie, lubi położyć się na ziemi z książką. Może czytać godzinami. I uwielbia spacerować po ogrodzie ośrodka, który spływa ze wzgórza aż do samego Bugu.
Zachwyca się również końmi. Jest ich w monarowskiej stajni 18, w tym cztery kucyki. Większość trafiła tu z transportów do rzeźni. Andrzej chętnie obserwuje, jak z gracją kroczą po padoku. Nie jeździ. Mówi, że to go nie wciągnęło, choć nawet nie próbował. Za to lubi opiekować się zwierzętami, karmić je, czesać, czyścić kopyta. I coraz lepiej je rozumie. Dzięki czemu coraz lepiej rozumie też ludzi. Bo obcowanie z końmi to wielka nauka człowieczeństwa. A narkotyki sprawiają, że zapomina się, co to znaczy być człowiekiem. Zamrażają uczucia.
Jak się uzależnił? Przez ciekawość. Mieszkał z rodzicami w Chełmie, chodził do gimnazjum. Miał 14 lat i poprosił kolegę, by mu załatwił skręta. Potem okradał rodzinę, żeby mieć pieniądze na marihuanę. Jako 17-latek wyprowadził się z domu. Mówi, że chciał mieć „swobodę brania”. Najpierw wynajmował mieszkanie, ale doszło do tego, że pieniądze na wynajem przeznaczał na jointy. – Wolałem się upalić – przyznaje.
Jakiś czas mimo nałogu udawało mu się funkcjonować w szkole. Skończył gimnazjum, dostał się do technikum o kierunku agrobiznes. Zdał nawet maturę, ale do egzaminu zawodowego już nie miał głowy. – Na ten egzamin poszedłem naćpany, bo było mi głupio iść na trzeźwo. Sądzę, że nie zdałem, bo z powodu narkotyków nie myślałem logicznie, miałem też zaburzoną motorykę, a egzamin był pisemny. Początkowo sam przed sobą nie chciałem się przyznać, że jestem uzależniony. Codziennie musiałem być upalony, każdy dzień zaczynałem od blanta. Najpierw wystarczał mi 1 g dziennie, potem potrzebowałem pięciu. W moim mieście to było jakieś 100 zł na dzień.
Jeszcze podjął kolejny wysiłek – zaczął studia w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Chełmie. Na początku na filologii angielskiej, potem na pedagogice. Ale wkrótce machnął ręką na oba kierunki. Nauka nie szła w parze z narkotykami. Teraz mówi: – Zawaliłem sobie wtedy przyszłość.
Ma nadzieję, że jeszcze w tym roku z Monarem pojedzie na narty. W zeszłym roku był w Zakopanem razem z młodzieżą z ośrodka Monaru w Gdańsku. Po raz pierwszy w życiu szusował na stokach. I zakochał się w tym sporcie. Wierzy, że nadal będzie go uprawiał. A skąd ten ośrodek w Gdańsku? Dwa lata temu Andrzej chodził na zajęcia ambulatoryjne z terapeutą w rodzinnym Chełmie. Przez osiem miesięcy nic nie brał. A potem pomyślał, że raz nie zaszkodzi. Wziął i wylądował na ulicy. Był w ciągu przez dwa miesiące. Z nałogu nie wyszedł. Postanowił wyjechać do Londynu, bo tam będzie trudniej zdobyć narkotyki. Było łatwiej. – Sądziłem, że przez ten wyjazd się uratuję, ale wpadłem z deszczu pod rynnę. Mieszkałem w krzakach, nie miałem pieniędzy. Konsulat pomógł mi wrócić do kraju. Odbiłem się od dna.
Wtedy podjął decyzję o wyjeździe do ośrodka Monaru w Gdańsku. Przyjęto go. A po ośmiu miesiącach z powodu złamania regulaminu przeniesiono do Wyszkowa. O powodach przeniesienia nie chce rozmawiać. Mógł się obrazić i pójść własną drogą, ale właściwie nie miał dokąd wracać, bo rodzice już dawno go skreślili i przelali miłość na kilkuletnią siostrę. Wiedział, że jeśli się zgłosi do starych znajomych, ktoś go przygarnie. Ale to oznaczało jedno – powrót do marihuany. Żal mu było tych kilku miesięcy pracy nad sobą, nie chciał przerywać abstynencji. Przyjechał do Wyszkowa. Tu dostał drugą szansę, ale musiał zaczynać staż od początku.
Mówi, że kiedy wspomina okres ćpania, oprócz chwil strasznych z pamięci wyłaniają się także te fajne. I wie, że po tej rozmowie będzie mu przez chwilę trudno. – Mam wiele skojarzeń… Ale na pewno sobie poradzę – przekonuje. – Zdarza się, że jestem w sytuacji, która przypomina mi branie narkotyków. I nagle czuję się, jakbym brał. Pojawia się chęć wzięcia. Ale codziennie rano, kiedy się obudzę, mam poczucie, że dziś będę trzeźwy.
Andrzej odbudował relacje z mamą. Mówi, że wiele go kosztowało przyznanie się przed sobą i przed nią, że był narkomanem. I żeby ją przeprosić za to, że tyle razy ją okradł, zawiódł. – Te przeprosiny były najtrudniejsze – zdradza. – Nie będę nikogo oszukiwał, że marihuana nie jest fajna, nie jest zajebista. Jest! Ale jakie są konsekwencje brania? Doszedłem do tego, że bałem się ludzi, nie chciałem z nikim rozmawiać, nie obchodziło mnie, jak wyglądam, jak żyję. Najważniejszą rzeczą były narkotyki. Jeśli ich nie było, musiałem mieć cokolwiek, żeby tylko być nieprzytomnym: leki, alkohol, klej. Kiedy zaczynałem brać marihuanę, święcie wierzyłem, że się nie uzależnię. Dałbym nawet rękę sobie uciąć, gdyby było inaczej. I co? Teraz bym bez ręki chodził…

*Blant – papieros skręcany zwykle z marihuany lub tytoniu; joint, skręt.


Zielone światło dla blanta

Stany Zjednoczone
W stanie Kolorado marihuanę w celach rekreacyjnych można legalnie kupić w ponad 100 sklepach. Są jednak pewne ograniczenia: kupujący musi mieć 21 lat i jednorazowo może nabyć jedną uncję, czyli 28 g. W przypadku przyjezdnych ta ilość jest czterokrotnie mniejsza. Narkotyku nie wolno wywozić poza granice stanu.
Również mieszkańcy stanu Waszyngton zdecydowali w referendum, że marihuana będzie dostępna także do celów rekreacyjnych. Tam sprzedaż rozpocznie się prawdopodobnie na wiosnę. Władze stanu Nowy Jork zastanawiają się nad zezwoleniem na ograniczone zażywanie marihuany przez osoby poważnie chore. Byłaby dostępna w 20 szpitalach, dla chorych m.in. na raka. Na stosowanie marihuany w celach leczniczych pozwolono w 19 stanach oraz w Dystrykcie Kolumbii. Nadal jednak amerykańskie prawo federalne traktuje marihuanę jako nielegalną substancję narkotyczną.

Holandia i Belgia
Rajem dla palaczy marihuany w Europie jest Holandia. Co ciekawe, posiadanie i sprzedaż narkotyku w coffee shopach są tolerowane, ale z punktu widzenia prawa nielegalne. Jednorazowo można kupić 5 g marihuany. Tyle też można posiadać przy sobie i nie narazić się na karę. Oficjalnie nie można sprzedawać w coffee shopach marihuany młodzieży poniżej 18. roku życia. Na własny użytek można uprawiać do pięciu roślin konopi indyjskich. W Belgii prawo dopuszcza tylko jedną roślinkę. Można też posiadać do 3 g narkotyku.

Czechy
W Czechach od czterech lat polityka narkotykowa jest zliberalizowana. Wprawdzie hodowanie i posiadanie marihuany nie jest legalne, ale uprawa do pięciu roślin na własny użytek i posiadanie do 15 g narkotyku są traktowane jako wykroczenie, a nie przestępstwo, czyli karane najwyżej grzywną. I jest to najbardziej liberalne podejście w Europie. Od kwietnia zeszłego roku marihuana jest dostępna w aptekach na receptę, dla ciężko chorych, m.in. na stwardnienie rozsiane.

Urugwaj
Miniony rok zostanie zapewne uznany za rewolucyjny w historii marihuany nie z powodu Kolorado czy choćby Czech. 11 grudnia 2013 r. po raz pierwszy jeden z krajów całkowicie zalegalizował marihuanę. Tym krajem jest Urugwaj. Izba wyższa parlamentu przegłosowała ustawę, na mocy której zalegalizowano tam uprawę, handel i zażywanie marihuany. Zwolennicy tych regulacji wiwatowali pod parlamentem, paląc jointy i trzymając zielone balony z napisem: „Uprawiając wolność, Urugwaj rośnie”.
Legalny zakup marihuany będzie możliwy dopiero od 1 kwietnia. Zgodę na sprzedaż otrzymają jedynie licencjonowane apteki. Jeden konsument będzie mógł kupić 40 g marihuany miesięcznie. Nabywca będzie musiał mieć co najmniej 18 lat. Zostanie zarejestrowany w państwowej bazie danych, dzięki czemu będzie można monitorować jego zakupy. Również od kwietnia każdy pełnoletni Urugwajczyk będzie mógł hodować w domu do sześciu krzaków konopi indyjskich rocznie i produkować do 480 g marihuany rocznie. Ale kluby palaczy, liczące od 15 do 45 osób, będą mogły hodować 99 krzewów rocznie. Wszystkie te prawa przysługują wyłącznie obywatelom Urugwaju. Nie dotyczą obcokrajowców i turystów, żeby nie dopuścić do turystyki narkotykowej.


Polska restrykcyjna
Posiadanie nawet śladowej ilości marihuany jest w Polsce przestępstwem. Prokurator albo sąd mogą wprawdzie umorzyć postępowanie, jeśli podejrzany ma przy sobie nieznaczną ilość narkotyków, ale nie zawsze z tej możliwości korzystają. A mimo że nowelizacja ustawy obowiązuje od ponad dwóch lat, nadal nie zostało określone, jaką ilość poszczególnych narkotyków uważa się za nieznaczną. Za samo posiadanie marihuany grozi kara do trzech lat pozbawienia wolności.
W Polsce marihuany nie można używać w terapii medycznej. O zmiany prawne, które pozwolą wykorzystywać ten narkotyk w leczeniu, stara się m.in. Polska Sieć Polityki Narkotykowej. Członkiem rady programowej tej organizacji jest Marek Balicki, kierownik Wolskiego Centrum Zdrowia Psychicznego przy Szpitalu Wolskim w Warszawie, były minister zdrowia. W poprzedniej kadencji Sejmu jako poseł zgłosił poprawkę do ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Dzięki niej marihuana zostałaby wykreślona z listy środków, których nie można stosować do celów leczniczych. Jednak mimo poparcia wielu środowisk społecznych i politycznych dla tej poprawki Sejm ją odrzucił.
– Chodzi o to, żeby polityka państwa w sprawie marihuany była rozsądna – mówi dr Balicki. – Marihuana, która znajduje się na liście zakazanych środków psychoaktywnych, jest mniej szkodliwa niż legalny alkohol czy nikotyna. Posiadanie i używanie tego środka jest karane. To nie ma jednak wpływu na konsumpcję, bo Polska zalicza się do krajów o największym spożyciu marihuany w Europie. Z powodu marihuany nikt nie umarł, za to od środków przeciwbólowych rocznie umiera 2-3 tys. osób. Dzisiaj podstawowym postulatem jest odejście od karania za posiadanie marihuany na własny użytek oraz dopuszczenie do jej stosowania w celach medycznych, np. przy leczeniu raka i stwardnienia rozsianego. Art. 68 konstytucji mówi wszak, że każdy ma prawo do ochrony zdrowia.

Wydanie: 7/2014

Kategorie: Reportaż

Komentarze

  1. wieszkto
    wieszkto 19 marca, 2014, 18:11

    Legalizacja narkotyków sprawi że osoby niepełnoletnie,najbardziej narażone na uzależnienie, nie będą miały dostepu do narkotyków a jeżeli juz to sie zdarzy to będzie można do nich łatwiej dotrzeć z pomocą. Niestety politycy którzy kryminalizują narkotyki działają w interesie mafii która ma interes w uzależnianiu(padł argument że kiedyś narkotyk kosztował 15PLN a teraz 50PLN). Przez prohibcję gdzie wiekszość ludzi odbiera edukacje więzienną za posiadanie nawet drobnych ilości mamy w Polsce maczety gangów narkotykowych na ulicach. Artykuł stronniczy a opieranie swoich argumentów że zaczęli od marihuany jest bzdurą gdyż w Polsce w 99% inicjacja z narkotykami zaczyna się od papierosów i/będź od alkoholu.Każdy kto jest przeciw legalizacji narkotyków działa w interesie mafii najprawdopodobniej świadomie a jeżeli czyni to nieświadomie to jest zindoktrynowany przez przedstawicieli mafii. Chcesz chronić dzieci bądź za legalizacją mafia nie ma skrupułów w uzależnianiu naszych dzieci dopóki ma zysk. STOP KRYMINALISTOM GANGOM I MAFIOZOM .Pamietaj polityk występujący za delegalizacją narkotyków jest na usługach mafii jak już nadmnieniłem świadomie(najczęściej) lub nieświadomie.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy