Scjentolodzy nad Wisłą

Scjentolodzy nad Wisłą

Najdynamiczniej rozwijająca się religia na świecie właśnie zdobywa nowy przyczółek – Polskę

Centrum Warszawy. Na ruchliwej ulicy przed pasażem ze sklepami od kilku dni stoi dziwny samochód – żółty z ośmioramiennym krzyżem. W pobliżu, tuż obok przystanku, gdzie ciągle zbiera się tłum, uśmiechnięci ludzie w żółtych koszulkach rozdają ulotki: „Coś z tym można zrobić”. Na koszulkach napis: „Humanitarny Wolontariusz”. Scjenotologia – najdynamiczniej rozwijająca się religia na świecie – właśnie zdobywa nowy przyczółek – Polskę.

Tour altruizmu
Przyjechali do Warszawy nieść „prawdziwą pomoc”. Goodwill Tour, Europejskie Tournée Dobrej Woli, po Rydze, Wilnie, Kaliningradzie, dojechało z dobrą wolą nad Wisłę. Scjentologów odwiedziło już 2 tys. Polaków. Ilu z nich to już sympatycy?
W luksusowym hotelu Westin eleganccy ludzie nie przestają się uśmiechać, rozdając teczki ze słupkami statystyk – 65 tys. wolontariuszy pomogło już 6 mln zagubionych w codziennych problemach. Tylko w ciągu ostatnich miesięcy aż 46 tys. – pokazują słupki. Byli w Nowym Jorku 11 września, przy tsunami, huraganie Rita… Są wszędzie na czas. Z mottem: „Coś z tym można zrobić”.
Martin Weightman, reprezentujący Kościół, zaczyna: – Zajmujemy się głównie upadkiem moralności w społeczeństwach. W Polsce, gdzie religia jest istotna, wskaźnik przestępczości jest mniejszy i większe znaczenie ma rodzina, ale to nie oznacza, że w życiu codziennym ludzie w Polsce nie spotykają się z problemami. Są małżeństwa, które przechodzą kryzysy, studenci, którym się nie powodzi, chorzy, narkomani, jest upadek systemu edukacji. Nasz humanitarny wolontariusz pomaga w sposób bezinteresowny we wszystkich sytuacjach.
Wolontariusz używa podstawowych zasad odkrytych i opracowanych przez L. Rona Hubbarda. Celem tournée, które właśnie opanowało wschodnią Europę, jest dostarczenie ludziom jego „narzędzi”, jedynych skutecznych. – Każdy może się ich nauczyć po to, żeby być jeszcze szczęśliwszy i żyć z większym sukcesem – kończy pan Weightman.
Evelyne Bartczak od ponad 20 lat pracuje w New Era Publications, które wydaje tylko dzieła L. Rona Hubbarda. Opowiada z namaszczeniem, jak podróżował on po świecie, studiował różne religie, nauki i szukał odpowiedzi na pytanie, jak uczynić ludzi szczęśliwymi. Założyciel scjentologii, zmarły w 1986 r. pisarz sicence fiction, dla wyznawców jest po trosze prorokiem. Mówią o nim: „Świat nie ma lepszego przyjaciela”. Płodny. Przez 50 lat napisał ponad 500 książek i nagrał 3 tys. wykładów, razem – 40 mln słów. – Na zeszłorocznych targach książkowych we Frankfurcie Hubbardowi przyznano nagrodę dla najczęściej tłumaczonego obecnie autora na świecie – pani Evelyne ma nadzieję, że polski czytelnik też znajdzie w broszurkach odpowiedzi, jak życie uczynić szczęśliwszym.
Wszędzie cytaty z pana Hubbarda. Na ścianach, w gazetkach, książkach, ulotkach. Największe kościoły scjentologów utrzymują dla pana Hubbarda specjalny pokój, w pokoju biurko, biblioteczka i coś do pisania. Z szacunku, tak jakby miał zaraz wpaść…
Wstaje prof. Urbano Alonso Galan, teolog z Hiszpanii: – Zajmowałem się badaniem scjentologii i doszedłem do wniosku, że jest to prawdziwa religia. Odnajduję w jej wyznawcach osoby rzeczywiście szczęśliwe i towarzyskie.
Za kilka godzin rusza tour – masaże, pogadanki, pokazy technik poprawiania życia, można też nauczyć się pomagać przyjaciołom i krewnym. Uśmiechnięci ludzie zapraszali na ulicach, przystankach i w centrach handlowych do żółtych namiotów, które miały stanąć przy rondzie ONZ. Ale w ostatniej chwili urząd miasta wycofał zgodę. Gdy gazety opisały, że humanitarna akcja to przykrywka kontrowersyjnej religii, trochę się w urzędach przestraszyli. Media alarmowały, że przyjechała sekta, Kościół biznesu, że piorą mózgi sympatykom, doprowadzając ich do bankructw i samobójstw, w Lyonie młody mężczyzna nie mogąc zdobyć 30 tys. franków na kolejny kurs oczyszczenia, popełnił samobójstwo, a w Niemczech kilka lat śledziła ich specjalna policja.
Już mieli rozkładać namiot, gdy architekt zakomunikował, że potrzebne jest zezwolenie:
– Ale oczywiście naszym motto jest, że „Coś można z tym zrobić” – uśmiecha się pan Weightman.

Jacy mili, jacy uprzejmi
Choć namiot nie stanął, wszystko ma być na wesoło. Impreza w eleganckim hotelu właśnie się zaczęła. Ale nie ma tłoku. Kilka staruszek zwabionych w parku, gdzie samotne i schorowane chodzą na spacery z psami, jedynymi przyjaciółmi, przygląda się z rezerwą. A skoro „ze wszystkim coś można zrobić”, starsze panie najbardziej chciałyby się pozbyć tego bólu w kręgosłupie. Jak pani Wiesia mieszkająca w centrum.
Jeszcze nie może ochłonąć z wrażenia. Też szła z pieskiem, powłócząc lewą nogą, tak promieniuje pani Wiesi ból od kręgosłupa, gdy podszedł do niej uśmiechnięty wolontariusz w żółtej koszulce: – Bardzo mili, uprzejmi, nawet z pieskiem mogłam wejść do tego hotelu. Rwa kulszowa, jaki to ból okropny! Wzięli pieska, wyszli z nim przed hotel, a mnie zaprowadzili na górę. Tylko buty zdjęłam i położyłam się na łóżku – opowiada. Z pięć razy pani Wiesia na tym łóżku się przekręcała podczas zabiegu. – To nie klasyczny masaż, to takie niby-dotykanie ciała, ale przez ubranie. Przód i tył, nogi i ręce. Ze 20 minut trwał. Po pierwszym zabiegu jakbym ozdrowiała. Z cmentarza spokojnie wróciłam i nawet schylać się mogłam.
Potem dali pani Wiesi w ręce dwa metalowe walce podłączone do ekranu z pomiarami i prosili, żeby sobie pomyślała najgorszy moment w życiu oraz ten najprzyjemniejszy. Gdy pomyślała o turnusie rehabilitacyjnym pod Skierniewicami, tych dwóch najpiękniejszych w życiu tygodniach, o lesie, ciszy, masażach na kręgosłup, na ekranie jakby zmaterializowały się jej myśli: wskazówka szła w prawo, a tłumacz jej wyjaśniał, że zawsze jak jest miło, idzie w prawo: – Prawdę pokazał ten ekran, mówię pani. Że Kościół? Ja nic nie wiem – o żadnym Bogu pani Wiesi nie mówili. – To stowarzyszenie, które ma udzielać pomocy zagubionym. Ponoć jakaś fundacja z Kopenhagi – wyciąga ulotkę. – O, tu jest napisane: „Co nas motywuje, dowiedz się dla samego siebie”. Szkoda, że to nie jest nagłośnione.
W hotelu nie słyszy się, że wiara, religia. Słyszy się: kurs, technologia, skuteczne metody, szkolenie, humanitaryzm.
Na stojaku malutkie broszurki z receptą na wszystko: jak organizować życie, dom, firmę, jak się komunikować, leczyć choroby i urazy psychiczne, mieć sukcesy w nauce, wyjść z narkotyków, odzyskać wiarę w siebie… Precyzyjne jak w matematyce wzory na poprawienie życia zebrano po polsku w 19 broszurkach. W każdej mnóstwo świadectw, że scjentologia się sprawdza: w Wirginii pewni rodzice byli bardzo zmartwieni niepowodzeniami syna w szkole… Pewna matka z Londynu znalazła się na granicy załamania nerwowego z powodu dziecka… Programiście komputerowemu cierpiącemu na niewydolność nerek dano kilka godzin życia… Kobieta z Afryki cierpiąca na artretyzm co rano, żeby się ubrać, zanurzała ręce w gorącej wodzie, aby złagodzić ból… Po technikach z książeczek ich życie odmieniło się całkowicie.
Uśmiechnięci ludzie złoszczą się na określenie „sfery biznesowe”. – Dużo „komerszalnego” chcemy. 9 zł za tę książeczkę i 30 za kurs. Tyle bogactwa! My pieniędzy nie chcemy, chcemy naprawdę pomóc.
Broszurki to pierwszy, praktyczny, stopień wtajemniczenia. Głębsze tajniki można odkrywć w kościołach. Najbliżej z Polski na Węgry. Marsz ku oświeceniu trwa lata. Ale staruszek oświecenie nie interesuje. Je interesuje kurs na ból w kręgosłupie. Na razie…

U mnie ciągle honeymoon
Dużo czasu spędzają na bieganiu z prospektami i własnym świadectwem, że życie zmieniło się na lepsze. Zależy im na poprawieniu wizerunku, choć prawie nikt nie mówi po polsku. Do wolontariuszy dołącza czasem ktoś z Polonii, przyjeżdżając na swój koszt, by pomóc ludziom żyć szczęśliwiej. Jak Maria.
Maria Robb, po polsku Maryla. Wychowała się w Grajewie, po liceum, w 1980 r., wyjechała z bratem szukać w Anglii lepszego życia. Życie zmieniło się niemal od razu, gdy bratu wpadła w ręce „Dianetyka: Współczesna Nauka o Zdrowiu Umysłowym”, która „wyznaczyła początek nowej ery nadziei dla rodzaju ludzkiego”. Czytał cały dzień, noc i następny dzień. Napisany w 1950 r. przez L. Rona Hubbarda popularnonaukowy bestseller dla scjentologów jest jak biblia – to tu można znaleźć jedyne skuteczne metody, jak rozwijać inteligencję. Rocznie sprzedaje się milion egzemplarzy. Maria mówi, że ludzie sami tego szukają. – Brat zaczął robić kursy i „używać” metod – dziś, po 26 latach, szuka polskich słów, ale na początku bardzo Marii nie szło z obcym językiem. – Brat pokazał mi techniki studiowania i od razu zaczęło to dla mnie pracować – już po trzech tygodniach, zamiast zbierać owoce na farmie, mogła być kelnerką. Potem zrobiła dużo kursów. Przez 20 lat kilkadziesiąt: jak organizować firmę, realizować cele, uczynić szczęśliwym małżeństwo, chować dzieci. Potem dzieci zaczęły robić kursy. – I prowadzą „sukcesfulne życie” – wyciąga zdjęcie syna w amerykańskiej gazecie. Odniósł wielki sportowy sukces. Drugi niedawno się ożenił. A ona z mężem, choć to już 22 lata, dzięki technikom, dalej jest jak na honeymoon.
– Szczęśliwi bardzo jesteśmy, mamy sukcesfulny biznes, mąż pisze artykuły do komputerowych magazynów, a ja jestem jego research. To pracuje i dobrze pracuje. Jak się używa, pomoże.
Dlatego Maria przyjechała. Nie, żeby zakładać Kościół, ale żeby każdy mógł sobie zobaczyć, poczytać i używać: – Jak pomoże, to dobrze, tak? Jak nie pomoże, to co się stanie? Nic się nie stanie. Nikt nie zmusza, żeby wierzyć. Przecież ja sobie w Polsce żyłam, do kościoła chodziłam i nikt mi nie powiedział „teraz masz nie wierzyć” – otwiera wielką (1050 stron) księgę, gdzie na kredowym papierze błyszczą okazałe świątynie w Kopenhadze, Anglii, Szwajcarii. Piękne. Majątek Kościoła liczony jest w miliardach dolarów. Sympatycy nie szczędzą czasu ani pieniędzy. Maria za swoje przyjechała tu z mężem. Nawet z własnej kieszeni opłaciła tydzień za jeden z lokali, gdzie urzędują. 200 dol. to dla niej niewiele, żeby tylko ludziom pomogło. Bo Maria czuje, że musi coś oddać Polsce za dobrą edukację, którą tu dostała, za wspaniałych rodziców, koleżanki. Może ludzie się nauczą i będą mieli lepiej w życiu? Zarejestrowanie Kościoła to daleka przyszłość. Jeśli ludziom się to spodoba, może nawet przyjedzie, żeby założyć tu Kościół. Ale Maria musi jeszcze długo trenować, bo nie jest wytrenowana, tak jak by chciała. Może za dwa, trzy lata?
Maria nie uczy się już, jak rozwiązywać problemy codziennego życia. Trenuje kursy na wyższym poziomie – dla duszy. – To bardzo łatwe sprawdzić, że mamy ciało – tłumaczy. – Wszyscy mogą ciało zobaczyć i dotknąć. Z umysłem jest podobnie. Nagrywa życie jak na kamerze, można zamknąć oczy, pomyśleć o życiu, a wtedy umysł przewija je jak film. Niech pani zamknie oczy i wyobrazi sobie kotka. Widzi pani, jak wygląda? No właśnie, to jest umysł. A kto patrzy na tego kotka? No właśnie, to dusza patrzy. My nazywamy to thetan.
Thetan to coś, co na tego kotka patrzy, kontroluje umysł i ciało. Thetan może zmieniać rzeczy, jak jest mocny. Kiedy Maria skończy duży kurs, czyli przeczyta wszystko, co pan Hubbard napisał od 1950 r. na temat scjentologii, będzie mogła ludziom pokazywać spiritual life, sama, jeden na jeden i pomagać eliminować engramy – te niedobre zakodowane lęki, traumy, które doczepiają się do człowieka jak „wodorosty do statku” i są odpowiedzialne za wszystkie choroby psychosomatyczne. Maria będzie audytorem – tym, który słucha. Dostanie kierunki, jakie zadawać pytania, by zabierać engramy od pamięci.
Scjentolodzy nie lubią leków psychotropowych ani psychologii. – U nas to musi wypływać od człowieka – tłumaczy Maria. – Psychologia mówi, że człowiek jest tylko ciałem. W scjentologii wierzymy, że każdy jest spiritual being. Przecież na ciele nic się nie kończy – Maria pokazuje obrazki w kredowym albumie. To osiem dynamik istnienia. Ich symbolem jest ośmioramienny krzyż, który tak tajemniczo wygląda na żółtym aucie: – Doktryna nasza mówi, że człowiek chce przetrwać jako osoba (to pierwsza dynamika), ze swoją rodziną (druga), w otoczeniu, np. wygrać mecz w piłkę, mieć sukcesfulną firmę (trzecia), w świecie, żeby świat się nie skończył i był dla innych pokoleń (czwarta), w przyrodzie, bo daje nam jedzenie i powietrze (piąta), w materialnym świecie (szósta). I chce żyć jako thetan, nie być jak ta dziewczyna, której życie trwa, dopóki ma urodę (siódma). Ósma to nieskończoność. Niektórzy to nazywają Bogiem, inni absolutem. Jakiekolwiek imię temu damy, to jest coś, co zawsze będzie istniało. Ale nie można nikogo zmusić, żeby wierzył. To musi być od środka. My zajmujemy się pierwszymi siedmioma, czyli tym, żeby nauczyć ludzi żyć lepiej. Reszta to ich decyzja.
Gdy nie pada deszcz w Los Angeles, gdzie Maria mieszka od ponad 20 lat, w sobotę i niedzielę wychodzi z namiotem ze swojego Kościoła. Dużo ludzi nauczyła metod. Ale nie zaczepia na ulicy. Powie, gdy ktoś zapyta.

Wszystko jest fantastycznie
Julia Astafjewa, młoda kobieta o rosyjskich rysach, jest w tour public relations. Julia, pracownik Centrum Zarządzania Technologią Scjentologiczną w Moskwie, dziesięć lat szukała odpowiedzi, jak życie uczynić lepszym. Nie była, jak inni ludzie, zainteresowana materialnym światem, tym kupowaniem, gromadzeniem… Dużo czytała w rosyjskiej filozofii o tym, co się dzieje po śmierci. Julia czuła, że musi być coś jeszcze, nie tylko ta cielesna powłoka. Aż w scjentologii znalazła coś, czego szukała – konkret. Całe życie jej się zmieniło na lepsze, np. wcześniej nie mówiła po angielsku, teraz mówi fluent, albo to, że nie jest prawnikiem, a umie napisać kontrakt cywilny. Scjentologia uczyniła ją zdolną do poznania każdej dziedziny: fizyki, chemii, wszystkiego.
Wolontariusze Dobrej Woli mówią, że nigdzie nie jest tak fantastycznie jak w Polsce. Stoją na ulicy z mapą, a ludzie sami podchodzą i pytają, czy pomóc. W innych krajach trzeba samemu zapytać. Pojawiają się i znikają na różnych skrzyżowaniach, pod różnymi adresami. Gdy zmieniają siedzibę, w ekskluzywnych hotelach albo halach targowych, dzwonią do zainteresowanych.
W piwnicy przy Alejach Jerozolimskich kilka wyklejonych plakatami pomieszczeń. Na stojaku te same broszurki. Kręcący się ludzie nie przestają się uśmiechać. Jakby byli w jakimś psychotycznym zadowoleniu. Gdyby użyć Skali Tonów Emocjonalnych, od 0 do 4, jaką zawiesili na ścianie, są zawsze na najwyższym poziomie – 4 oznacza entuzjazm. Niżej są apatia, smutek, ukryta wrogość, gniew… Wszystkich stanów jest osiem – każdy szczęśliwszy o 0,5 punktu wyżej.
Beata już skończyła kurs „Skali tonów”. Bardzo pomogło. Teraz wie, komu ufać, a kogo unikać. Można powiedzieć, że Beata lepiej rozumie ludzi, to, jakim tonem z nimi rozmawiać, np. jak ktoś ma problem, rozumie, wie, że nie warczy na nią dlatego, że jej nie lubi, tylko w tym momencie jest nisko w skali. A gdy osoba jest na skali gniew, Beata nie będzie z nią rozmawiać, kiedy sama jest w entuzjazmie. W relacji można maksymalnie różnić się o jeden punkt. Teraz Beata robi kurs „Cele i zamiary”. Czyta broszurkę razem z superwizorem, robi ćwiczenia, a superwizor sprawdza, czy zrobiła dobrze, czy źle. To kurs doprowadzania swoich planów do urzeczywistnienia.
Wysoki mężczyzna skończył właśnie kurs na nieśmiałość.
– To Anglik mieszkający w Polsce, który miał problem z nawiązaniem kontaktu – mówi Maria Robb. – Najpierw się uczył z książeczki, potem wyszedł na miasto z superwizorem robić ćwiczenia. Z kilkunastoma osobami już rozmawiał na ulicy. Pomogło.
Szkocki mąż Marii Robb ma na ręku taką samą bransoletkę co żona – dwa nałożone na siebie trójkąty. Znak scjentologów. Rogi jednego z nich symbolizują: affinity (sympatia do czegoś), reality (rzeczywistość) i communication (porozumienie się). Aby człowiek rozumiał wszystko, co go otacza, te trzy rzeczy muszą pracować, np. żeby zrozumieć scjentologię, człowiek musi mieć trochę realności, czyli wiedzieć, co to jest, przychylnego podejścia do sprawy i rozmowy o tym.
Ale najpopularniejsze kursy to asysty. Leczą ze wszystkiego: artretyzmu, chorób psychosomatycznych, stanów lękowych. Pomagają thetanowi przywrócić zdrowie.
Kładę się na łóżku. Ważne, żebym nie miała butów. Najpierw na brzuchu. Pan Robb, który jest ponoć najlepszy w asystach, lekko przesuwa palcami wzdłuż kręgosłupa, potem rąk, nóg. Na dół i z powrotem do góry. Odwracam się na plecy. Znów na brzuch…
Angelo, Włoch o tym samym uśmiechu, podsuwa mi kartkę, żebym napisała, czy rzeczywiście mniej boli mnie głowa. Wieczorem czytają to jak świadectwa. Mówią, że kiedy widzą rezultaty, chce się pomagać więcej i więcej.

Szczęście w pakiecie
– Czuje się jak w domu – mówią ludzie w żółtych koszulkach, pokazując Dorotę. Szczęśliwi, że tak się zadomowiła. Nie bombardują ludzi żadną religią. Bombardują okazywaniem uwagi i ciepła. Biorą telefony od ludzi. Gdy ci nie przychodzą na kursy, dzwonią zatroskani i pytają o zdrowie. Pani Dorota nie może się nadziwić. Raz się nie zjawiła, bo zaniemogła na serce, a oni od razu telefon, czy w czymś pomóc, jak w domu? – Polak by powiedział: mam cię w nosie, nie przyszłaś, twoja strata. To mi w nich imponuje, że nieważny pieniądz, ale pomoc ludzka.
Gdy Dorota Sawicka szła tą samą co zwykle trasą, pchając wózek z 11-letnią dziewczynką z kucykiem, nawet się nie spodziewała, że życie może się odmienić, kiedy uśmiechnięty chłopak dał jej ulotkę o „skutecznych sposobach, by wieść szczęśliwe życie”. Od razu się zainteresowała. Nieszczęśliwego życia ma już dość. Chuda kobiecina o twarzy szarej od papierosów i zniszczonych rękach od dorabiania sprzątaniem, całe życie ma byle jakie. Wychowana w sierocińcu, absolwentka szkoły krawieckiej i matka trójki dzieci, które wychowała z opieki społecznej. 11 lat temu urodziła Alicję z porażeniem mózgowym. – Wszędzie z nią chodzę – płacze pani Dorota, którą tak zaopiekowali się ci przemili ludzie. – O, ten pan w koszuli bardzo dobrze robi asystę. Taki masaż przez dotyk. Ale to nie reiki – mówi ze znawstwem. Tylu metod czepiała się już jak nadziei. Aż dopiero tu, po asyście, Alicja poczuła się najpierw gorzej, potem lepiej. Po półgodzinie już bardzo dobrze. Przy drugim zabiegu zaczęły boleć ją nogi. To dobry znak.
Dorota od razu poszła na kurs. Jak kupisz broszurkę za 9 zł, za kurs płacisz 21 zł. – A ile oni czasu poświęcają człowiekowi za te grosze! Od godziny 15 do 21 siedziałam. Dotąd robią ćwiczenia, aż człowiek się nauczy. Niektórzy potrzebują 10 minut, inni kilku dni. Dla nich czas jest nieważny. Cel to pomóc, a żeby pomóc, trzeba nauczyć dobrze – już czwarty dzień Dorota się uczy. Pilnie. Za jeden masaż w Polsce płaci 70 zł. Tyle dostaje miesięcznie od państwa na rehabilitację. – Kurs jak kurs. Boga, świętej osoby, w tym nie ma – odpowiada zdziwiona. O religii też nikt z nią nie rozmawiał. Zresztą w jakim języku rozmawiać o religii, jak oni tylko w obcym, a ona tylko w naszym? Ale dzięki asyście Dorota będzie chciała bardziej poznać ich losy. Tę moc. Bo oni mówią, że każdy ją ma, tylko nie umiemy z niej korzystać.
Mili ludzie, wolontariusze dobrej woli, przyjechali z Węgier, Kazachstanu, Ukrainy, Włoch, Czech. Jest ich kilkunastu. Natalia Trusowa ubrana w ciemny uniform wygląda na więcej niż 23 lata. W lutym ubiegłego roku ruszyła w tour jako pracownik Kościoła. To ponad rok mieszkania w wynajętych kwaterach, na walizkach, z tym samym przesłaniem dzień po dniu, tymi samymi dialogami, przykładami. Ale dla Natalii to nie jest poświęcenie. Mówi o życiu, że życie ma pracować: – Gdy jest zamęt, człowiek nie ma się czego przytrzymać. Kiedy ma jedyną rzecz, która jest stabilna, wtedy już nie ma zamętu.
Trzy lata temu, gdy kończyła technikum na Ukrainie, „przytrzymała się” „Dianetyki”, która wpadła jej w ręce. Właśnie to dla Natalii jest stabilne – że te techniki pracują i pomagają nawet w tak małych sprawach jak wynajęcie mieszkania czy nogi dziadka, które po asystach przestały boleć… Natalia widzi te okropne rzeczy, które dzieją się na świecie. Ale nie trzeba szukać dużych katastrof, ludzie mają swoje małe katastrofy.

Dwa tygodnie w skali cztery
Tyle trwała Doroty Sawickiej droga do szczęścia. Gdy nie poszła na kolejny dzień kursu, bo do mieszkania weszła ekipa remontowa, zadzwonili. – Powiedz, że mnie nie ma – pokazała na migi starszej córce. Jeszcze raz zadzwonili, potem drugi. Po dwóch godzinach dziewczyna i chłopak w żółtej koszulce zapukali do drzwi. – Mówię, sorry, to znaczy, że nie mam czasu, a oni swoje, że jeszcze końcowy etap, jakieś obrysowanie dotyków. Pokazuję, że mam remont, a oni znowu „sorry, sorry”, że chcą pomóc. Nawet meble chcieli wynosić, żeby tylko zostać. Już nie dało rady, jeszcze gorsi niż Jehowi – pani Dorota zleciała po panią Basię, żeby w ich języku grzecznie przeprosiła. Dziewczyna i chłopak do pani Basi to samo – że to bardzo dobrze robi. W końcu obalili Dorotę na materac i przestraszonej kobiecinie zrobili asystę. Jeszcze wnuczkowi chcieli pomóc i córce. – Osoby o szczególnych cechach psychicznych. Nic się nie liczyło tylko misja – pani Basia, od lat w ezoteryce i kontakcie z uzdrowicielami wszelkiej maści, nigdy w życiu czegoś podobnego nie widziała. Wyszli dopiero po 22. Właściwie pani Basia wyprowadziła ich z mieszkania. Mówili, że jutro wrócą. – Z Alicją? Jest to samo, co było – macha ręką pani Dorota.
Polski tour już się kończy. Potem ruszą do Bułgarii, Mołdawii, Kirgistanu… A jak już zrobią koło, nie jest wykluczone, że wrócą.


Scjentologia (z grec. badanie prawdy) to religia założona w USA w 1950 r. przez pisarza L. Rona Hubbarda (1911-1986), autora westernów i powieści science fiction. Siedzibą Kościoła jest Los Angeles. Na Florydzie istnieje miasto, Clearwater, gdzie mieszka 8 tys. wiernych, mają własne przedsiębiorstwa i szkoły.
Scjentolodzy są obecni w 159 krajach, w wielu z nich, m.in. Anglii, Francji, Niemczech, Hiszpanii, Danii, są uznani jako religia. Mają ponad 6 tys. kościołów i misji.


Scjentolodzy krytykują leczenie psychiatryczne, stosowanie niektórych leków i terapię elektrowstrząsową. Twierdzą, że wypadki, choroby i zakażenia bakteryjne prawie zawsze uwarunkowane są niepokojami duchowymi.
W świecie jedyną prawdziwą siłą terapeutyczną jest dusza. Oceniają, że gdyby leczyć asystami, wydatki na opiekę lekarską zmniejszyłyby się o jedną trzecią.
Polskie Biuro Bezpieczeństwa Narodowego w swym raporcie o sektach uznało Kościół Scjentologiczny za jeden z najniebezpieczniejszych.


W 1954 r. Kościół liczył ledwie 200 tys. wyznawców, dziś 10 mln. Wśród nich są (lub były) hollywoodzkie gwiazdy: m.in. Tom Cruise, John Travolta, Sharon Stone, Leonard Cohen i Ricky Martin.

Wydanie: 27/2006

Kategorie: Reportaż
Tagi: Edyta Gietka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy