Król kebabów

Król kebabów

Dzisiaj każdy w Polsce może mieć kebaba. Ale mieć kebaba a zjeść kebaba to dwie zupełnie różne sprawy

5 lat temu, w małym tureckim mieście nad Morzem Czarnym w rodzinie Kazkondu urodził się syn. Dziadek chciał, żeby miał na imię Ahmet. Ojciec wolał Muhammet, czyli inaczej Mahomet, w skrócie Maho. Matka być może chciała jeszcze inaczej, ale jej zdanie nie było już brane pod uwagę. Rozstrzygnął więc kompromis rodzaju męskiego: w dokumentach syn będzie miał wpisane Ahmet, ale wszyscy i tak będą w skrócie wołać na niego Maho, czyli Mahomet, inaczej Muhammet. Ahmet i Muhammet po arabsku znaczy właściwie to samo – wysławiony. Ale żeby tak rzeczywiście mogło się stać, Ahmet Maho Kazkondu będzie musiał przyjechać do Polski.

W MAŁYM TURECKIM MIEŚCIE nad Morzem Czarnym większość mieszkańców żyła z kopalni, ale Maho wolał być kucharzem. Miał swoją skromną knajpkę z kebabem. Pewnego dnia na początku lat 90. do knajpki przyszedł znajomy z żoną Polką. I opowiadają, że ten sam kebab, który kręci się tu u Maho w knajpce, w Niemczech robi właś­nie oszałamiającą karierę, a w Polsce nie znają go jeszcze wcale. Europejskie rynki są teraz otwarte i chłonne. Nic, tylko kręcić kebaba, czyli interes. 22-letni wtedy Maho, właściciel knajpki, młody mąż i ojciec już trójki dzieci, zapamiętał tę radę i gdy obroty jego kebaba znacznie spowolniły, z polską wizą wsiadł w samolot do Warszawy. W razie czego z Polski będzie przecież mógł na piechotę przejść do Niemiec. Tak opowiadał znajomy, potwierdzała jego żona Polka.

Powietrze w Warszawie, rocznik ‘93, pachniało wytartymi od przechodzenia z rąk do rąk banknotami. Maho czuł, że na Polsce da się nieźle zarobić. Rozglądał się po ulicach zastawionych łóżkami polowymi, po wąsatych mężczyznach w skórzanych kamizelkach przed kantorami z walutą. Faktycznie, żadnego kebaba nie było. Polecony miejscowy Turek radził, żeby jak najszybciej, oczywiście z jego opłaconą pomocą, przedostał się do Niemiec. Ale Maho chciał zostać już tylko tutaj. Znalazł przy­zwoity lokal i, nie mówiąc wcale po polsku, dogadał się jakoś z pośrednikami. Dwóch Polaków przywiozło umowy, Maho podpisał, zapłacił. I tyle. Nieźle zarobili na nim Polacy. Przez następne 20 lat Maho będzie ich szukał, ale nie odszuka.

Rok pobytu w Polsce. Bez pieniędzy i bez ważnych dokumentów, ale za to Maho zamieszkał w samym centrum Warszawy. Między dworcami Centralnym a Śródmieście, pod ziemią, za torami. Akurat przyszła zima. Minus 10 na zewnątrz, ale tam, na dole, było nawet ciepło. Nie pachniało już gotówką ani dobrym interesem. Raczej niesubtelną mieszanką taniego wina z moczem. To wtedy Maho zaczął trochę lepiej poznawać Polskę. Na przykład codziennie o 16 poznawał polską kuchnię. Grochówkę na tłustej wieprzowinie, kapuśniak albo inną zupę, którą zakonnice przywoziły pod dworzec w wielkich garach. Albo jesz, albo giniesz. Maho, mimo że muzułmanin, wybrał wieprzowinę. Halal-haram, mówił sobie, to znaczy grzech-nie grzech.

Razem z Maho po zupę stali Polacy, Rosjanie, Ukraińcy. A może to byli Białorusini? Jego, śniadego, mieli za Cygana. Jak Cygan na dworcu dostał od kogoś pieniądze, to często od współlokatorów dostawał potem w mordę. W ciągu dnia jeździł autobusem, wte i wewte, od pętli do pętli. Pewnego dnia w tym autobusie spotkał dziewczynę. I Maho nie wie, jak to się stało – czy on miał w sobie jakąś siłę, czy ona coś w nim zobaczyła pod tą warstwą brudu pokrytego wstydem? Zaczęli koślawo, ale rozmawiać ze sobą. A potem ona, pracownica sklepu spożywczego, przyniosła mu jedzenie. Nowe buty też mu przyniosła. I w końcu zabrała go spod tego dworca, a kilka lat później zostanie jego drugą żoną. Maho spędził na dworcu 35 dni. Każdy dokładnie liczył.

TU MAHO UPADŁ, więc tu musiał się odbić. W jeden z tych 35 dni na dworcu poznał Araba. W przejściu podziemnym koło peronów Arab miał swój bar. Maho, w końcu kiedyś kucharz, zatrudnił się u Araba i przez następne pół roku pracował u niego za jedzenie. A po kolejnym pół roku za 11 tys. zdenominowanych już złotych Arab odstąpił Maho swój bar. Z poziomu torów Maho odbił się na poziom peronu. Rok ‘95. Po dwóch latach od przyjazdu mógł wznowić swój plan zapoznawania kebaba z Polakami.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 49/2015

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy