Ja tu rządzę, czyli przemoc w blokowiskach

Ja tu rządzę, czyli przemoc w blokowiskach

Każde miasto ma takie osiedla, gdzie przyspieszamy kroku. Za strachu przed naszymi dziećmi

Kopsniemy się do kościoła pośmiać się z ludzi? Frajerzy, w Boga, k… wierzą – Dawid, niski chłopak w czarnym dresie Adidasa, rocznik ’89, nie jest frajerem. – Jakby Bóg dał ukraść więcej kapuchy, tobym uwierzył. „Cipą” też nie jest. – Kto cipa, ten dostanie. – Za co? – Za darmo rzadko. Za to, jak patrzy, za to, że chodzi jak kozaczek albo wygląda jak pedał. Ostatnią salówę (bójkę) miał wczoraj. – Gość się przypucował i pojechał po mojej matce. Możesz się przypluć do mnie, frajerze, ale nikt nie ma prawa jechać na moją rodzinę. Nikt – syczy. Ciepło, jakby innym językiem, mówi tylko o matce. Dawid jest liderem zgrai.
Powoli zbiera się na warszawskiej Pradze Północ. Zaczyna się szwendanie. Na odrapanym kwadracie sąsiedniego podwórka Dawid gwiżdże na Łysego. – Co ty, k… Łysy, taki jakiś? Łysy dopiero wstał. Większość ma lekko zapuchnięte oczy. Mówią, że od spania do południa. Są podobni do siebie. Plują też w ten sam sposób. Splunięcie jest jak kropka po każdym zdaniu.
Spieszą się, choć nie ma większego sensu to włóczenie. Mają umiejętność nakręcania się byle czym. Można na przykład dla jaj wytrzepać Toi Toi, do którego wszedł człowiek. Oblał się moczem, zirytował i było fajnie. Znają każdy zakamarek. Te kilka ulic to ich teren, który trzeba mieć pod kontrolą. Zbywają mnie półsłówkami, bo oprócz szpanerów, frajerów i słabych cip nie lubią psychologizowania i głupich pytań o życie. Za darmo nie chcą gadać. – Za darmo to można się powiesić – ucina Dawid. Za fajki i trochę płyt to tak.
– Mów normalnie o robocie: zaj… nie ukraść – poprawia Dawida małolat w przybrudzonym dresie. Szybko można się nauczyć ich języka. Mają niewielki zasób słów. – Normalnie, idzie babka, pytasz o godzinę i jeb… torebkę. Na wyrwę to dziś najlepszy zarób. Byle co się pier… i się sprzedaje. Na radia się już nie chodzi. Czasem się zaj… licznik rowerowy. A co psy zrobią? Do 13. roku jestem dzieckiem. Najwyżej powiedzą: popraw się i ch… – małolat syczy z satysfakcją.
Ale Dawid przybastował (uspokoił się), aż skończy gimnazjum. – Skończę i ch… Jeb… w dupę. Nie będę jeździł na składaku z koszykiem z przodu, kupię samochód i będę kradł. Pokradnę se trochę, zarobię, może pójdę do roboty?
Na razie z gimnazjum wyrzucili go za ściąganie haraczy od lamusów. – Po 30 zł hajsu brałem. Za co? Za oddychanie. Mało jest cip?
Ciągle przylepia się do nas jakaś zgraja kilkulatków wybiegających z zapadlisk podwórek. – Znów lezie łajza. Ruda jeb… w dupę społeczniczka, pół k… resztę drania – Dawid nienawidzi społeczników. Tylko siedzą w oknach, czają, czy coś się nie dzieje, i dzwonią na psy. – Trzeba k… złapać i skopać raz, a dobrze. Albo ta Wanda, kujon. Siedzi z tą książką i się buja. Gdyby jej matka była społecznikiem, tobym ją dawno wziął do piwnicy.
Dużo się dzieje na Pradze. Robimy zakręt z powrotem. Dalej nie chcą iść. Wiedzą, co się dzieje z obcymi w ich dzielnicy.

Cześć, Tomek

Na piaskownicy przy ul. Brudnowskiej leżą lalki. Karol zawsze zagląda lalkom pod spódnice. Już tak ma. Rocznik 90., ale wygląda na starszego. Głos też ma dorosły. Taki zdecydowany. I swoje sądy. Ojciec zmarł Karolowi rok temu. Wtedy był w kościele nie po to, by robić zlewkę z ludzi. Ale nie płakał. I tak byli z matką po rozwodzie. – Dla ciebie to przerażenie, te rudery, nie – patrzy w brudne okna. – Raz też miałem taką jazdę, jak wróciłem z wakacji. Faktycznie się przydołowałem, że taka kamienica jest. Ale jak się tu jest 24 ha, tego nie widać…
Gdy Tomek Szczepański, pedagog uliczny ze Stowarzyszenia Grupa Pedagogiki i Animacji Społecznej, przychodzi na kwadrat podwórka na Pradze, kuca. Ważne jest, żeby nie być od nich wyżej. Na początku funduje McDonalda albo basen. Czasem przeklnie. Jest w ich świecie i nie ma na nic wpływu. Jak etnograf. Sprawdzają, ile wytrzyma. Schowają telefon, kopną, ubliżą. Wraca na drugi dzień i znów rozmawia o tym, co przeżyli: kto z kim pił wódkę, kto kogo zaj… kto się z kim wyru… Po ośmiu latach już nie budzą przerażenia.
Oswajanie trwa kilka tygodni, zanim powiedzą: jesteś ziomek, a myśleliśmy, że pedofil albo sprzedajesz psom. Zaczyna wprowadzać swoje zasady. Podwórko, z którym pracuje, zmienia się po dwóch latach. – Żeby rozbić grupę – opowiada – trzeba się dogadać z liderem. Czasem wyjmuję lidera i jadę z nim w nowe miejsce. Dopiero tam się okazuje, że jest dupą, nikim. Niektórzy pierwszy raz są na lewym brzegu Wisły. Widzę, jak dostają natłoku emocji. Bo do tej pory uważali, że wszyscy ludzie spoza Pragi to debile, i nagle zaczynają mieć kompleksy. Gdy wjeżdżamy z powrotem w ich rewir, lider znów rośnie w siłę, zaczyna wszystkich ustawiać do pionu: ty załatw mi szluga, ty spier… a ty klęknij. Im więcej sobie nak… tym więcej znaczą, bo w domu nic nie znaczą już dawno. W tramwaju robią bydło, pierdzą, zapalają papierosa, zrzucają ludziom czapki z głów i ubliżają obcokrajowcom, bo ich rajcuje, że ci nic nie rozumieją.
Dziś razem z Tomkiem szukamy podwórka. Jest potrzebne na niedzielę. Mają robić pokaz, taka fizyczna magia, jak włożenie suchego lodu do szklanki z wodą. Ale Dawid nie będzie robić przypału i bawić się w fizykę na „badziewiarskim” pikniku. Po co kumple spod bramy mają widzieć? Najwyżej może pilnować terenu, żeby „żadne k… nie weszły na ten plac”.
Sprzątaczki, kasjerki, kucharki, najczęściej bezrobotne. To ich matki. „Frajerzy i nieudacznicy”, jak mówią, to ojcowie. – Oficjalnie izolują się od ojców- opowiada Tomek. – Nie chcą, żeby ktoś utożsamiał ich z grubasem, który ciągle siedzi pijany w fotelu. Ich rodzice nie mają już motywacji, postoją pod bramą, poklną na system, ale nauczyli się żyć w trudnych warunkach i dużo potrafią sobie załatwić. I to natychmiast. Bo tu u dzieci i dorosłych wszystko dzieje się bardzo szybko. Dziś są pieniądze, jutro nie. Znieczuleni całkowicie przez to życie w bagnie, na 30 m przedwojennych mieszkań, gdzie często śpią dziadkowie, pies i kilkoro dzieci. Pokój przedzielają dyktą z szafy, żeby rodzice mieli łóżko na uboczu i mogli pobaraszkować. Dla tych dzieciaków super jest podwórko, nie dom. Bo tam jest śmietnik, dziura w płocie, sklep w bramie. Czterolatki to pierwsza grupa uliczna, która zaznacza swoje terytorium i wypróbowuje siłę, popychając kogoś dla jaj albo zwijając cukier ze sklepu. Przynoszą ten cukier do domu, bo rodzina jest dla nich ważna, a matka chwali: „Kochany synek, z ciebie to będą ludzie”. I dzieciak rośnie. Potem rosną potrzeby, więc zaczynają szerzej kołować na fajki i alkohol. Już trzeba podchodzić do osób starszych i dobrze wiedzą, że muszą głośniej krzyknąć, popchnąć, zastawić ciałem. Nie ma granic. Jak się zarobi na skopaniu staruszki, to skopią.
Na chacie u Dawida wyciągnięta na łóżku kobieta patrzy apatycznie w telewizor. To matka. Jest trzecia po południu. Dziewczynka z bordowymi paznokciami u stóp pisze SMS-y. W odrapanym pokoju z wychodkiem na zewnątrz mieszka dziesięć osób i dwa psy. Matka nigdy nie pyta Dawida, skąd ma nowy dres. – Zresztą gdyby pytała, to co? – ucina.
To nawet nie naiwność. To obojętność.

Wylęgarnie złych dzieci

Złe dzieci ze starych kamienic są inne niż te z osiedli z betonu, na których mieszka 12 mln Polaków. W każdym mieście są takie miejsca, gdzie przyspiesza się kroku. Czasem pracownicy socjalni próbują złe dzieci zapraszać na różne kółka zainteresowań, bo boją się zaprosić ich do siłowni. Ale one wolą wycisk na boisku.
Jak w Sopocie. Już złym dzieciom z bloków nie puszcza się nudnych pogadanek o agresji. Nie skutkują. Poskutkował Śledziu i sport. O Śledziu, znanym w Trójmieście z zadym skinheadzie, dzieciaki mówią: megaoptymalny gościu. Zatrudniony przez miasto zbierał je i budował z nimi boisko. Małgorzata Pobłocka, pełnomocnik prezydenta Sopotu ds. uzależnień, bała się tego eksperymentu ze Śledziem: czy poprowadzi ich na dobre, czy złe? – Aktualnie siedzi za próbę przekroczenia granicy, ale projekt wypalił, wielu trafiło nawet do drużyn ligowych. Zrozumieliśmy, że do tych dzieciaków trzeba dotrzeć ich liderem, bo wiedzą, w którym momencie następuje przegięcie, a oni naiwność dorosłych umieją szybko wykorzystać.
Załęże. To czarny punkt Katowic, straszący familokami i marazmem pokolenia, które w latach 70. przyjechało na Śląsk do pracy i dostawało mieszkanie w bloku. Taki raj. Sławek Wichary, pedagog ze Stowarzyszenia Dom Aniołów Stróżów, widzi po przybrudzonych kasetonach na sufitach, że jakoś tam próbowali żyć. I żyli, ale po transformacji wypadli z systemu i skoncentrowali się na tym, jak przeżyć. Mają jedną odzywkę: jak ci się nudzi, idź na plac.
Sławek kilkanaście lat zgarnia z ulicy ich dzieci, które są z tyłu już na samym starcie. Zaczynał w centrum Katowic, ale agresja w bogatszych dzielnicach jest inna. – To tylko rozwydrzenie, bo za dużo im wolno. Na Załężu jest na poważnie. To dzieci złe na życie. Bez skrupułów nękają za to społeczeństwo.
Są dwa miejsca na Załężu, gdzie się snują: przy Cinema City i na giełdzie zwanej tu szaberplac, gdzie można wyżyć z dziesiony, żebrów, zgniłych owoców albo dla jaj zrobić z ludzi błaznów. – Jeszcze na początku lat 90. to były brudne dzieciaki z soplami przy nosie – opowiada Sławek. – Teraz fajnie wyglądają. Mają dwa komplety niezłych ciuchów, w których ciągle chodzą, żeby się nie wyróżniać obciachem. I większe marzenia. Bo wiedzą z filmów, jak wygląda Ameryka.
Ale nie da się ich zaprowadzić do świetlicy i powiedzieć: teraz masz być grzeczny, nie bluzgać i mówić do mnie pan, to nauczysz się szacunku. Mogą tam trafić, tylko czy wytrzymają? Dlatego w Domu Aniołów Stróżów na początku wiele im wolno. Sławek widzi potem, jak się zmagają: – Muszą przekalkulować: wybrać świetlicę czy swojego lidera. Boją się go, przynoszą różne fanty, ale na swój sposób to dobry opiekun, da pączka, jakiś grosz, a to wiąże. Czasem przychodzą do świetlicy z pręgą na twarzy. Mówią: należało się. Wciery od rodziców to dla nich dobry znak. Znaczy, że nie zobojętnieli.

Ludzie, nie róbcie paniki

– Wchodzę, patrzę, już ekipa siedzi. Trzy ławki, w środku piaskownica, obok trzepak. „Elo”, się woła z daleka. „Jaramy? No jaramy?”. Strzeli się po resztę domofonem i jest nawijka. O prostych tematach. A co innego robić? Dajcie nam coś do roboty, nie ma sprawy! Wychodzi człowiek z domu przetyrany, bierze browara i tyle – Gosia, ufarbowana na śliwkę dziewczyna w dresie, mówi szybko, śmiejąc się nerwowo, czasem cynicznie. Na swoim kwadracie na OCW (osiedle Olechów na łódzkich Bałutach) siedzi od dzieciaka. – Kwadrat to teren neutralny, czyli nikt się nie przypucuje, co tu robisz. Tak jest! To jest życie! Całe życie siedzę z blantem w ryju i z blantem chcę umrzeć. Czasem nudno, że masakra, ale zawsze przychodzi ten piątek, ta sobota – nakręca się. – W ogień bym za swoją ekipą poszła. I za JPII. Autentycznie. Dam sobie rękę uciąć, że już siedzi tam wysoko u Starego. Bo walczył o każdą istotkę. Nie do rozbicia grupka. Te same mordy się widzi tyle lat, już się wie, kto jest prawdziwy, kto tita (sprzedaje), kto wałki kręci. Bo ważne na starcie mieć tzw. wsparcie. Też na początku w gacie srałam. Myślisz, że co? Jak wyszli z samochodu Jurek i Rafał, wzięli mnie za ramię i mówią: „Widzisz tamte okna? Miłymi sąsiadami jesteśmy”. Gówniarz byłam. Myślisz, że się wtedy nie bałam? To są ludzkie uczucia, strach, ból. Ale tego nie można po sobie pokazać. Siedziałam ogólnie. W gimnazjum mi odbiło i włączył się nawigator. Zrobiłam cztery rozboje z przedłużeniem ręki, czyli cztery dziesiony z dwóją (z nożem i kastetem). Normalnie, szłam po parku, przede mną jakaś rozpieszczona gówniara. Ale tam nie było agresji, żebym podeszła i lufę waliła. Nie! Podeszło się, złapało za ramię, oddała, to się torbę wytrzepało i o… Z bogatego domu, to myśli, że jej wszystko wolno?
Czasem Gosia łapie zawias. Zawias to takie wyłączenie się, zamuła. – Bez kitu. O czym mówiłam? Powtaaarzam: blokersi to nie bandyci. Ludzie myślą pier… stereotypem, że to następcy proletariackich chuliganów. Wie pani, ilu ma ogolone głowy i indeksy? Żadne łebki po zasadzce. I co? Niby też bandyta? Są jakieś zadymy, ale sporadycznie. Ostatnio w maju zirytowała się ekipa, jak przyjechała Arka i wygrała z Widzewem. Chcieli wojnę, to mieli. Pół naszych sukami wyjechało. Ja nie. Umiem uciekać przed pałarzami. Bo jak już idziesz i wiesz, że trzeba będzie puszczać dida (uciekać), bierz ze sobą dobre buty. Tylko jak ktoś się postara, jest wojna. Na przykład na osiedlu Limanka wyjdzie typowy frajer i krzyczy: „Morda nie szklanka, ŁKS Limanka” to jak? Sam się doigrał, Żyd. Najczęściej się lejemy kulturalnie, nie na meczach. Jest ustawka, przyjeżdża zwarta ekipa, chłopaki zaufane, wiadomo, że jak idą w czerep, to z łokci, głowa w dół i koniec, nie ma innej opcji. Dają mi wtedy kamerę i kręcę. Wiele osób tego nie rozumie. Mnie to nie odrzuca. Zadyma jest ciekawsza niż nic. Ale nie róbmy paniki. Ludzie wyolbrzymiają to strasznie. Dajcie nam wszyscy spokój.
Gosia pisze słowa do hiphopowych kawałków. Ale nie jakieś ble, ble, tylko piosenki z przekazem. Że zabijać można wszystko: nudę, monotonię, matkę naturę. Tylko po co? Dużo w życiu przeżyła: – Niektórzy mają mamusię i tatusia, zabawki, ful wypas i kapuchy w banku zakiszone. Ja nie miałam. Matka pielęgniarka, całe życie orka i gówno, a starego nienawidzę. Nawet nie wie, do jakiej szkoły chodzę. Co chcę? Jak będę miała te dwadzieścia parę lat, wyjść za mąż, mieć dzieci, zdrowie i pracę. Proste, nie?
Gosia rapuje swój kawałek:
Wmalowane w pejzaż codzienności,
W której brak litości.
Za każdy błąd kara,
Nie było przypału, przyfarciłeś, gitara.
Przepełni się czara i co zrobisz wtedy?
Problemy? Za każdą ściemą kolejne ściemy?
Nie czujesz tremy przed tym, co cię czeka?
Zwlekasz, uciekasz, szukasz innej rady,
Nagle stajesz blady.
Znasz już tę konwencję,
Dopadły cię pier… konsekwencje.
– A co pani, k… myśli, że nie jestem człowiekiem?

Agresja zaspokaja godność

Marta, rocznik ’90, z osiedla w Wołominie: – Za to, że podejdę do ciebie i powiem: „Idź, bo cię zaj…”, można dostać trzy lata! Wyobrażasz sobie? – cedzi wolno, od niechcenia. Każdy jej to mówi, że rozmawia jak dorosła.
– Tak mówisz ludziom?
– Ja mówię dużo rzeczy.
– Za co przydusiłaś tej dziewczynie papierosa na klatce piersiowej?
– Szła przede mną i powiedziała, że nie będzie szła szybciej. Tak mnie to zdenerwowało, że powiedziałam: koniec. Nie należę do tych, co leją za całokształt albo za wygląd, bo każdy jest, jaki jest. Musi mi osoba dużo zawinić.
– Co to znaczy dużo?
– Jak ktoś nie pyskuje, nie chodzi i się nie boi, to praktycznie nie można dostać. Za darmo tylko wtedy, jak przyćpam. Zwykle w nocy na dworcach wyrywa się wtedy lamusów, takich przydupasów. Nie wiem, jak to wytłumaczyć… Co wracają z pracy z laptopami, przymuleni. Jak trzyma tego laptopa i nie puszcza, to wyciągam nóż. Jak leję, niech się człowiek nie odzywa i leży spokojnie. No tak mnie to denerwuje, jak on błaga: zostaw mnie.
– Skąd umiesz się bić?
– Jak miałam cztery lata i ojciec uczył mnie: nigdy nie skarż, jak ktoś cię uderzy, tylko oddaj. Szkoda mi tylko matki. Dmucha takie dzbanki w hucie szkła. Nieraz dała mi z liścia (otwartej ręki). Zawsze oddawałam. Bardzo szkoda. Ale co mogę powiedzieć?
W Zakładzie Poprawczym w Falenicy Marta jest od niedawna. Dopiero tu takie jak ona zaczynają czuć. Edward Jakubowicz, terapeuta, wie, jak zrobić, żeby czuły. Same wiążą sobie ręce i kładą się na podłodze. Czasem próbują się rozwiązać. Wtedy mówi: – Powoli, ty zrobiłaś więcej. Jak teraz się czujesz? – pyta. – Jak paczka. – Czy człowiek jest paczką? – Nie. – To jak się czujesz? – Bez godności.
– Nie ma innej szansy dotarcia do niej z poczuciem winy, jeśli sama nie poczuje przemocy – mówi Jakubowicz. – Bo nawet jeśli doznała jej wcześniej, koncentrowała się na tym, jak się zemścić, a nie co wtedy czuje.
Zabójstwa, rozboje na osiedlach, współuczestnictwo w gwałtach. Za to tu są. Złodziejek niewiele. Kilka okradło własne domy, żeby wkupić się w grupę, bo do grupy nie wchodzi się, siadając na ławeczce. Dziewczyny są bezwzględne. Muszą chłopakom udowodnić, że są silne. W latach 90. większość pochodziła z dużych miast. Dziś są z Piotrkowa, Iłży, spod Iłży. – Boją się powrotów do swoich blokowisk jak cholera – mówi.
Jak Anka, która siedzi za bójki na Zamłyniu, dzielnicy Radomia: – Jak już raz się weszło w ten świat, to się idzie po ulicy i nie widzi się normalnych ludzi, którzy śpieszą się do rodzin, żeby zrobić obiad po pracy, tylko się widzi kolegów w bramie. Nie ma możliwości się odizolować. Trzeba by mnie zamurować w piwnicy.
Edward Jakubowicz zrobił ostatnio ankietę. To samo pytanie zadał rodzicom i ich agresywnym córkom: „Czego, twoim zdaniem, rodzice nie wiedzą o swoich dzieciach, bo ich nie pytają, a powinni wiedzieć?”. Pierwsze cztery odpowiedzi były identyczne u jednych i drugich: o moich problemach, jacy są moi znajomi, co z nimi robię w wolnym czasie, o związkach z chłopcami i seksie. – To świadczy o tym, że obie strony mają świadomość, czego o sobie nie wiedzą. Rodzice wiedzą, że nie pytają, dzieci, że nie są pytane. To nie są patologiczne domy. Patologia polega tu na braku komunikacji. Dzieci najczęściej słyszą: ucz się, idź ze śmieciami, nie pyskuj, tego nie możesz, to musisz. Jest zasada: ty słuchasz, ja mówię, będziesz robił tak, jak ja będę chciał. Gdzie pokażą, że coś znaczą, jeśli w domu nie mogą znaczyć? Dzieciaki agresją próbują zaspokoić swoją naturalną potrzebę znaczenia. Agresja jest zaspokojeniem potrzeby godności. Bo godność jest dla nich ważna. Zdobywają ją przez to, że odbiorą ją innym. W tym kraju o wszystkim uczą na lekcjach wychowania do życia w rodzinie: o seksie, uzależnieniach, tylko nie o komunikacji, o przyjmowaniu krytycznych uwag, ocenach. Wie pani, ile te dzieciaki łapią dołów, bo nie umieją przyjąć krytycznej uwagi? A skoro czują się do dupy, idą na miasto, żeby poczuć się lepiej.
80% ofiar agresji nastolatków to przypadkowe ofiary. – Była u nas dziewczyna z Przemyśla – opowiada Jakubowicz. – Szła z chłopakiem między blokami i zobaczyli faceta, który rozmawiał przez fajną komórkę. Chłopakowi spodobał się telefon, to go uderzył, tamten padł i chłopak zabrał komórkę. „Chodź, mam już ten telefon”, ciągnął ją. Ale ona zakopała tego człowieka na śmierć. Mówiła mi potem, że tak się dziwnie wtedy czuje, jak ktoś, kto decyduje o życiu. Nie widziała istotnego powodu, dla którego miała tego nie zrobić.

*
Bez wyrzutów sumienia

Kasia, Tarchomin, rocznik ’90, filigranowa blondynka, pochlastała dziewczynie twarz, żeby już nikt jej nie chciał. Nie wie, dlaczego. Nie ma wyrzutów sumienia:
– Pierwsze, co się rzuca w oczy, to lęk ludzi. Pies też wyczuwa, czy człowiek się boi. Jak się boi, to tak posuwa na biegu. Wtedy mówisz: K… frajerze, dawaj telefon, bo cię dojadą. Dojadą znaczy namierzą po dokumentach, zawiozą do lasu i zakopią. Zazwyczaj ludzie dają. Rzadko się zdarza, że trzeba nożem grozić. Ale staruszków nie zaczepiam. Z tego względu, że mogą mieszkać sami i jak dostaliby się do domu? Zawsze w niedzielę idę przeprosić Boga. W dupie mi się poprzewracało, bo wszystko miałam, moim zdaniem. Ale nikomu nic nie żałuję. Gdyby mnie mieli zabić i zapytali, co chcę zrobić z majątkiem rodziców, powiedziałabym: dać na Fundację Polsat.

Adam, rocznik ’86, siedzi w Zakładzie Poprawczym w Mrozach za zadymy na osiedlu w Inowrocławiu:
– Na nikim się nie wzoruję. Czasem kogoś podziwiam, jak zrobi coś kozackiego, np. skoczy na bungee albo zrobi super imprę, jak DJ Kris w Kołobrzegu. Ale to chwilowe, było, minęło i trzeba żyć dalej. Na dłużej to może Mariusz Pudzianowski. Za wygląd. Co będę robił w życiu? Zależy, czy będę dobry, czy zły.

Marta, rocznik ’87, należy do jednej z trzech grup, które „rządzą” w mieście 40 km od Warszawy:
Blokersi są o tyle lepsi, że nie robią szkód. Mnie można nazwać dojrzałym blokersem bynajmniej. Non stop się chodzi i takie kółko się zatacza w swoim rejonie. Dziś tu i tu, bo wczoraj byliśmy tam i tam. Jedna grupa musi pokazać drugiej, że jest lepsza, to robimy ustawkę na wspólnym terenie. Normalnie rozmawiamy, czyli nie tak: ja jestem lepszy od ciebie, ale: ja dzisiaj ukradłem tyle i tyle. Jak ktoś jest gorszy, to normalne, że to ci daje do myślenia, że ma mniejszy zarób, zrobił przypał i nie uciekł przed policją, ma gorszego pasera. Bo na tej samej rzeczy można zarobić różnie. Jak ci potrzebne pieniądze na teraz, nie patrzysz za ile, byleby były. Wtedy właśnie stajesz się frajerem. Potem znowu się rozchodzimy, spotykamy i tak w kółko. Tata mechanik, mama krawcowa, niby niczego mi nie brakowało. W domu ładnie, czysto, komputer, takie tam rzeczy. Strasznie się burzyli, ale było za późno, bo już wydoroślałam. Ogólnie nie lubię agresji. Jak ojciec matkę bił, to aż mnie odrzucało. Nie czuję się złym człowiekiem. Zły człowiek nie ma serca.

*
Wyrypiaste marzenia, przegrane życie
Dr Jacek Kurzępa, socjolog z Uniwersytetu Zielonogórskiego, specjalizuje się w badaniach postaw młodzieży
– Czy agresji jest winne nicnierobienie?
– Media walą jak w bęben w wątek wszechogarniającej nudy i agresji jako środka jej kompensacji. I mimo że bywa to uproszczeniem, powodów dla takiego zachowania jest wiele. Jednym z nich jest brak koncepcji na młodość, drugim – wzorce skutecznego odnoszenia sukcesu we współczesnym świecie. Dzieci widzą, że można sukces osiągnąć szybko. Patrzą na chłopaków z hiphopowych kapel z ich blokowisk, którzy nie pokończyli szkół, ale odśpiewali kilka zajefajnych kawałków o smutku codziennym i wsiedli na cielca komercji, oraz na te pikantniejsze kariery cwaniaków z Wiejskiej, którzy obrzucają jedni drugich epitetami i też łoją kasę. Widzą w telewizji Davida Beckhama z nową fryzurą na nowym raucie, a nie w sali, gdzie wylewa pot, bo tego się od niego wymaga. Poznają efekt końcowy, nie wysiłek. Potem patrzą na swoją miernotę i żywot w bloku i kalkulują, jak w najprostszy sposób dojść do barwnego życia. A najprostszy to pięść. Do tego dochodzą „wyrypiaste” programy dla młodzieży w telewizji i Radio Eska, które dają luzacki przekaz totalnej maniany, byle jakiego bycia, szybkiego, względnego, niedookreślonego. A młode wilki z agencji reklamowych łapią ten styl, powtarzają go w swoich produkcjach, żeby do nich dotrzeć, i kula się toczy.
– Kto tę kulę ma zatrzymać? Rodzice, Owsiak?
– Rodzice odstąpili, bo sami mają kłopot, jak sobie radzić. Poza tym wielu nie rozumie współczesności, z Woodstockiem, z techno party. Nie, że ją odrzucają, ale to już nie jest ich świat. A ponieważ nie chcą przed dzieciakami wychodzić na zatwardziałych starców, którzy nie czują świata, odpuszczają sobie. Owsiak? Autorytety nieustannie na ich oczach się deprecjonują. Jedni krzyczą: „Juras”, drudzy: „Precz z Owsiakiem”, jedni: „Ojciec Góra”, drudzy: „Precz z Górą”. Pozostaje grupa rówieśnicza – niezmienna, niepodważalna, na dobre i na złe. W grupie pierwszy raz przybufali, złapali fazę, wyrwali panienę, czyli przeszli inicjację w dorosłość. Ten magnetyzm w nich zostaje: z kolesiem to pierwszy raz się tak spłukałem w rowie (wypiłem), to koleś zostaje w moich wspomnieniach na zawsze. I wysłucha, jak trzeba. Bo kiedy chłopakowi z Bałut ojciec znów wpieprzył, znów nie ma na wypad na Mazury, kto lepiej zrozumie, jak nie ziomal, który ma tak samo przesrane? Zostaje ławka, gdzie dzielą się prawdziwymi opowieściami o życiu. Tworzą swoje plemiona, takie kohorty bliskie wiekowo, które nam się wydają barbarzyńskie, ale im pozwalają przetrwać.
– Jak pan się wślizguje w taką grupę?
– Gdy wchodzę na kwadrat blokowisk we Wrocławiu, najpierw obwąchuję bramy przejściowe, słucham, jak gadają. Żeby ponieść najmniej strat, co mogę, zostawiam w domu, bo z obcego zawsze robią frajera, jak będzie można mnie sklepać, to sklepią, jak skroić, skroją. Idę raz, drugi, daję im się rozpoznać, zagajam, czy jest tu gdzieś pub, albo wykorzystuję sytuację i pomagam kobiecinie ponieść siaty, żeby mieć pretekst do wejścia na ich teren. Staram się nie być niepokojącym obcym. Bo są czujni. Powoli z obcego robię się przydatny. Mówię: słuchajcie, zamiast wybijania szyb proponuję basen. Tworzy się układ komercyjny: będziemy grzeczni, jak dostaniemy to i to. Kiedy już mogę się do czegoś przydać, siadam z nimi na „grzędzie” (oparciu ławki) i nawijamy. Oni zwykle rozmawiają ze sobą na tej grzędzie, patrząc w przestrzeń. Łamię ten układ i staję twarzą w twarz. Żeby poczuli, że rozmawiam o sprawach osoby, która staje się dla mnie najważniejsza.
– Czy agresję da się spacyfikować rozmową?
– Nie. Ich nie ekscytuje byle co. Ale można wysiłkiem, który da im kopa, np. wyprawą poza miasto, gdzie snują się, robiąc swoje kilometry, wspinaczką w górach, spływem. Trzeba dać im to, co obudzi te same uczucia, które mają podczas tych wszystkich demolek.

EG

*
W roku 2004 dzieci (do 13. roku życia) popełniły: 1 zabójstwo, 363 pobicia, 3 gwałty, 219 rozbojów, 621 kradzieży; nieletni (13-17 lat): 11 zabójstw, 5435 pobić, 95 gwałtów, 9558 rozbojów, 10.989 kradzieży.
To prawie 5% wszystkich przestępstw. 80% jest popełnianych w mieście. Najwięcej w Warszawie, Wrocławiu i Katowicach.
(Źródło: Komenda Główna Policji i GUS)

 

Wydanie: 35/2005

Kategorie: Kraj
Tagi: Edyta Gietka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy