Członek bez poręczycieli

Członek bez poręczycieli

Jak dziennikarze „Przeglądu” zapisywali się do różnych partii

Większość ugrupowań deklaruje, że liczba osób z partyjną legitymacją tak naprawdę jest sprawą drugorzędną. Liderzy podkreślają, że liczy się jakość, nie ilość. Owszem, dobrze jest pochwalić się przed innymi 100-tysięczną armią zrzeszonych pod jednym sztandarem, ale pożytek z nich bywa niewielki (zysk ze składek jest minimalny), zaś koszty spore, gdyż wiele osób zapisując się do partii, liczy na profity.
Postanowiliśmy sprawdzić, czy łatwo dziś zostać członkiem partii politycznej. A przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie, czy poza głosowaniem w wyborach obywatele są jeszcze partiom do czegoś potrzebni.

Liga Podejrzliwych Rodzin

Warszawska centrala Ligi Polskich Rodzin znajduje się przy ulicy Hożej. Jak na złość narodowcom sąsiaduje ona z miejscem, gdzie urodził się Witkacy – postać przez nich wyklęta. Przekraczamy próg centrali. Ze ściany wodzi za nami wzrokiem portret Dmowskiego otoczony różnymi odmianami miecza Chrobrego – symbolu przedwojennej endecji. W biurze uwija się grupa młodych ludzi. Kiedy mówimy, że chcielibyśmy dowiedzieć się czegoś więcej o ruchu rodziny Giertychów, bo myślimy o zapisaniu się do LPR, podchodzi do nas mężczyzna lat około trzydziestu. Nie przedstawia się, nie interesuje go też, kim my jesteśmy, za to z czekistowską pewnością zadaje nam pytanie: „Byliście już w jakimś stowarzyszeniu albo partii?”. „Nie”, odpowiadamy prawie równocześnie. Dwukrotnie jeszcze żąda potwierdzenia, po czym patrząc nam głęboko w oczy, zaczyna snuć polityczne rozważania. Spotkaniu towarzyszy atmosfera podejrzliwości. Reszta patrzy na nas trochę krzywo. Może dlatego, że nasz ubiór znacznie odbiega od stylu obowiązującego przy Hożej. Tu najwyraźniej panuje moda na krótko ścięte włosy, obcisłe dżinsy, koszule wpuszczone w spodnie i – w przypadku chłopców – wyraźnie uformowane mięśnie. Jeden ma na sobie koszulkę LONSDALE, ulubiony strój prawicowej ekstremy z Niemiec i Austrii. Dlaczego? Proszę zakryć dwie pierwsze i dwie ostatnie litery nazwy tej firmy, a powód stanie się jasny.
Pytamy o program dla ludzi młodych. Tymczasem nasz rozmówca mówi długo i monotonnie o budownictwie, drogach i podatku liniowym, a nawet ewentualnej współpracy z Samoobroną, ale „wiadomo, że oni zawsze głosują w Sejmie z SLD”. „Jak moglibyśmy się przydać?”, pytamy. No i tu nasz interlokutor traci pewność siebie. „Właściwie to nie jest teraz dobry czas, może dopiero przy okazji referendum europejskiego?”, słyszymy. Mamy wrażenie, że jego cierpliwość się wyczerpuje. Wreszcie na naszą prośbę daje nam statut i dorzuca telefon do radnego LPR, który ma nas dalej poprowadzić. „Przyjdziecie na kilka spotkań, zadadzą wam pytania i może, może…”.
Na miejscu nikt nie informuje nas o tym, że aby zostać członkiem LPR, potrzebujemy dwóch osób wprowadzających. Nasz rozmówca zapomina także powiedzieć, że kandydat musi wypełnić deklarację gwarantującą, iż zgadza się z programem partii, że podczas rozmowy kwalifikacyjnej pytany jest, co robił w przeszłości (np. podczas stanu wojennego), w jakiej organizacji działał do tej pory, jakiego jest wyznania. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że jeśli kandydat nie jest zagorzałym przeciwnikiem integracji z UE, nie ma większych szans na zostanie członkiem LPR. Decyzję o przyjęciu podejmuje zarząd krajowy partii.

Unia ludzi Wykształconych

Idziemy do Unii Wolności. Po chłodnym przyjęciu w LPR mamy nadzieję, że tu przyjmą nas z otwartymi rękami. W końcu UW powinno zależeć na odbudowaniu szeregów, po tym jak sporo działaczy odeszło do Platformy Obywatelskiej. Teoretycznie też nie trzeba wielu zabiegów, aby dostać się do UW – należy jedynie wypełnić deklarację członkowską.
Na szóstym piętrze jednego z budynków przy Marszałkowskiej witają nas plakaty odstające od kanonów liberalizmu. Jeden głosi: „Polak. Katolik. Europejczyk. Naturalne”.
W biurze partii zastajemy sympatyczną panią, która stara się wszystko nam objaśnić. Dowiadujemy się więc, jak często odbywają się spotkania kół partyjnych i że UW to „partia ludzi wykształconych”. Ale posiadanie wykształcenia i akces do UW mają swoją cenę, i to wyjątkowo wysoką jak na partyjne wymagania – 30 zł wpisowego, potem 10 zł miesięcznie. Legitymacja partyjna po miesiącu, z podpisem sekretarza gratis.
Pytamy o program partii, ale słyszymy tylko, „że właściwie to UW stoi na progu zmian w statucie i w programie, więc może lepiej poczekać z tą decyzją o wstąpieniu”.
Jedyne zadane nam pytanie to: czy mamy np. samochód. Byłby to nasz niewątpliwy plus, bo zawsze taki darmowy środek lokomocji się przydaje. Teraz z kolei my dociekamy, co jeszcze moglibyśmy zrobić dla organizacji. „No cóż, do wyborów jeszcze daleko”, rozkłada bezradnie ręce nasza rozmówczyni.

Kolego Kalinowski, mam problem…

Aby zostać członkiem PSL, trzeba zgłosić się do gminnego koła Stronnictwa. Kandydat musi wypełnić deklarację ideową oraz mieć dwie osoby wprowadzające. Działacza bierze się pod lupę, dopiero gdy jest kandydatem na objęcie jakiegoś eksponowanego stanowiska w samorządzie.
W jednym z punktów deklaracji członkowskiej trzeba wymienić partie, w których działało się do tej pory. Wcześniejsza aktywność nie jest jednak plusem, bowiem – jak dowiadujemy się w biurze prasowym – PSL ceni sobie wierność poglądów. Dlatego też kandydat musi szczegółowo wytłumaczyć powody przyjścia i odejścia z danej formacji.
Po rozmowie telefonicznej idziemy przekonać się na własnej skórze, jak ludowcy traktują sympatyków.
Ogromny gmach w samym centrum Warszawy, przy ulicy Grzybowskiej to siedziba tej najmniej popularnej partii w mieście. Kiedy mówimy, że chcemy zapisać się do Stronnictwa, przyjmuje nas około 50-letni pan ściągnięty z biura organizacyjnego. Z uśmiechem zaprasza do osobnego pokoju. Siadamy za stołem przykrytym – jak na partię chłopską przystało – zielonym suknem. Od razu pojawiają się szklaneczki i butelka wody mineralnej.
– PSL jest partią centrową, ale z przechyłem na lewo – wyjaśnia w pierwszych słowach. „Mamy 38 posłów (dziś 37 – przyp. red.) i kilku senatorów. W stolicy nie mamy największego poparcia, ale im dalej od Warszawy, tym lepiej”, dodaje, pokazując na mapie rozkład ludowych wpływów.
PSL-owiec z zapałem przekonuje nas, że dokonaliśmy słusznego wyboru, choć nie docieka przyczyn naszej sympatii do ludowców. „U nas panuje wspaniała atmosfera. Nie ma tak, jak w innych ugrupowaniach, że jak jesteś zwykłym członkiem, to nie masz kontaktu z liderami. Co jakiś czas odbywają się spotkania działaczy. Można wtedy przysiąść się do prezesa Kalinowskiego czy Marka Sawickiego, naszego barona mazowieckiego, i powiedzieć: Kolego, mam taki a taki problem”, mówi dyrektor.
PSL, jak wynika ze słów naszego rozmówcy, to raczej rodzaj wspólnoty: „Można opowiedzieć kolegom o kłopotach, także tych osobistych, zawsze coś się doradzi, pomoże. Ale organizujemy też spotkania z politykami, fachowcami, w ten sposób można poszerzać wiedzę, kształtować światopogląd”.
Pytam, czy jako dziewczyna nie będę osamotniona, w końcu PSL słynie z tego, że kobiet działaczek ma jak na lekarstwo. „Nie, na pewno nie będzie z tym problemu. Jest u nas parę dziewczyn, a Marek Sawicki to nawet zawsze się mnie pyta, jak to robię, że u mnie tyle ładnych kobiet w organizacji”, żartuje.
Jako jedyny z rozmawiających z nami działaczy zainteresował się, kim jesteśmy i co robimy. „Archeolog?”, nie kryje zdziwienia. „Takiego jeszcze u siebie nie miałem!”. Po ojcowsku zatroskał się na wieść, że – jak powiedzieliśmy – jesteśmy bezrobotni. „Teraz o pracę trudno, ale nic się nie martwcie, na pewno się uda coś znaleźć. Może w ubezpieczeniach?”, pyta.
Radzi nam również, do jakiego koła powinniśmy się zapisać: „Najlepiej, jak się zgłosicie do Józka na Mokotów. To bardzo fajny facet, a koło jest prężne. Spodoba wam się” – łapie za telefon komórkowy i zapowiada koledze nasze przyjście, przy okazji od razu wystawiając nam dobre referencje.
Nasz rozmówca nie spogląda nerwowo na zegarek, szukając pretekstu, aby nas odesłać dalej. Poświęca nam ponad pół godziny, nie zważając, że za drzwiami czekają na niego petenci. Na koniec dostajemy do poczytania statut i nasz rozmówca serdecznie ściska nam dłonie życząc: „Do szybkiego zobaczenia”.

SLD – pół roku na dystans

Dwie osoby wprowadzające, podpisanie deklaracji ideowej mówiącej, że zgadzamy się z programem SLD, oraz podanie najważniejszych informacji o sobie – oto główne wymogi stawiane kandydatom na członków SLD. Według nowego statutu kandydat będzie musiał poddać się wyjątkowej wśród organizacji politycznych, bo aż półrocznej karencji, czyli okresowi próbnemu.
Do SLD mało osób trafia z ulicy. Tak naprawdę większość polecają starzy działacze. Dominują koła rodzinne (do których np. ojciec wprowadza syna czy córkę) środowiskowe i branżowe.
Dzwonimy do głównej siedziby Sojuszu przy ulicy Rozbrat w Warszawie. Pani, która odbiera telefon, odsyła nas do lokalnego koła. Ale ostrzega, że będzie ciężko, jeśli nie mamy poparcia dwóch działaczy będących w SLD od co najmniej roku. „No, może wystarczy jedna osoba, jeśli wystawi nam naprawdę dobre referencje”, słyszymy.
Kiedy mówimy, że nie mamy nawet jednej znajomej duszy w Sojuszu, pani pociesza i radzi, żebyśmy poszli do lokalnego biura, pogadali z działaczami, popracowali, dali się poznać. Wtedy na pewno ktoś zechce nas rekomendować.
Pytamy, czy będą nas wypytywać o naszą wcześniejszą działalność polityczną. Okazuje się, że nie jest to przeszkodą, ale „lepiej jest nie skakać od Sasa do lasa”. Dlatego jeśli działaliśmy np. w AWS czy innej prawicowej organizacji, nie powinniśmy być zdziwieni, że nas odrzucą. „Chcemy oczyścić partię z ludzi, którym chodzi tylko o karierę, a nie działanie na rzecz społeczeństwa. Takie partyjne skakanie budzi podejrzenie o karierowiczostwo. No, chyba że chodzi o przejście z UP, PPS czy UW. Takich osób mamy więcej, bo zrozumiały, że tracą czas, angażując się w coś, co nie ma widoków na przyszłość”, przekonuje.

PiS – im lepsze notowania, tym trudniej

Wejście do głównej siedziby Prawa i Sprawiedliwości wiedzie przez mało estetyczny parking. Budynek – jak większość nowoczesnych budowli – ascetyczny i mało przytulny. Wchodzimy do długiego, pomalowanego na biało korytarza. W środku biegają młodzi ludzie. Obowiązują garnitury. Przez chwilę zaskoczeni obecnością obcych mierzą nas wzrokiem. Wreszcie jeden z chłopców uśmiecha się do nas i pyta, w czym może pomóc. Kiedy mówimy, że chcemy się zapisać do PiS, prowadzi nas do drobnej blondynki. „Tu nie ma z kim porozmawiać na temat warunków przyjęcia do PiS”, zastrzega siedząca za komputerem. Nie dajemy za wygraną i prosimy o statut i program partii. Dziewczyna z nieszczęśliwa miną znika na parę minut, wreszcie przynosi 64-stronicową książeczkę.
Na pytanie, co mamy dalej zrobić, dostajemy w końcu telefon do lidera bielańskiego koła i z wyraźną ulgą mówią nam do widzenia.
Nieoficjalnie dowiadujemy się, że nie jest łatwo zapisać się do PiS. Tym trudniej, im wyższe są notowania partii braci Kaczyńskich. Ugrupowanie stara się własnymi kanałami sprawdzić kandydata, zbadać jego przeszłość i teraźniejszość. Na decyzję o przyjęciu trzeba czekać nawet dwa tygodnie.
PiS – obok LPR – uchodzi za partię niezwykle hermetyczną. Przed wyborami 2001 r. kandydaci na członków partii musieli podać, czy byli karani (jeśli tak, to za co), czy należeli do oficjalnych organizacji PRL-owskich (m.in. chodziło o ORMO, MSW), przedstawić szczegółowo stan majątkowy i wymienić pełnione wcześniej funkcje (oraz to, czy zakończyły się sukcesem czy porażką).

PO – bieganie w kółko

W przypadku PO czuć powiew XXI w. Na internetowych stronach Platformy czytamy, że deklaracje przystąpienia do partii można wysłać pocztą elektroniczną bez konieczności fatygowania się osobiście. Dokument wysyłamy, ale przez kilka dni nic się nie dzieje. Postanawiamy więc wybrać drogę tradycyjną.
Idziemy do siedziby głównej partii. Wejście niczym do sekretnego klubu wtajemniczonych. Nie ma żadnej tablicy informacyjnej, nie ma emblematów partyjnych. W recepcji siedzi młody człowiek z długimi włosami związanymi w kucyk, z błyskiem w oku wpatrzony w ekran monitora. Od razu podoba się nam to zaangażowanie. „Chcecie się zapisać? Nie, to nie u nas. Musicie iść do zarządu mazowieckiego, tam was skierują do właściwego koła”, kręci głową. Poproszony o program wyciąga kolorową broszurkę. Na pierwszej stronie zdjęcie Macieja Płażyńskiego. „To stare broszury, w nowych już go nie będzie”, wyjaśnia z uśmiechem. Wychodząc, zerkamy na ekran monitora, sprawdzając, co tak bardzo wciągnęło młodego platformersa. Niestety, to tylko gra komputerowa.
Ponieważ na internetowych stronach PO przekonują, że swój akces można zgłosić w każdym biurze poselskim, idziemy do biura jednego z parlamentarzystów. W przestronnym mieszkaniu w pięknej starej kamienicy cisza i spokój. Nie ma posła, nie ma więc interesantów. Miła sekretarka (asystentka) stara się jednak nam pomóc. „Musicie iść do głównej siedziby. To nie jest najlepszy czas na zapisanie się. Największy ruch jest przed wyborami. Teraz nawet nie bardzo jest co robić”, wyjaśnia.
Pytam, czy fakt, że zapisałam się kiedyś do lewicowej młodzieżówki, nie przeszkodzi mi w zapisaniu się do PO. „Szczerze mówiąc, nadmiar szczerości nie zawsze jest dobry”, radzi życzliwie, zniżając głos.

Samoobrona

Samoobrona jest partią wyjątkową z co najmniej kilku powodów. Nas najbardziej zaintrygowało, że nie wymaga od osób chcących się do niej zapisać zbytniej wierności. Otóż możliwa jest nawet przynależność do innych partii, organizacji związkowych czy społecznych. Członkostwo w Samoobronie uzyskuje się przez złożenie deklaracji. Aspirując do Samoobrony – jak zapewniają nas w warszawskiej centrali, przyszłej partii władzy – musimy zagwarantować na piśmie, że „będziemy szanować znaki i barwy organizacyjne”, „upowszechniać program Partii”, „zjednywać nowych członków i sympatyków” oraz „strzec jedności organizacyjnej”. Podpisaną deklarację muszą zaakceptować przewodniczący powiatu i województwa oraz wyznaczona osoba z prezydium partii.
W kwestionariuszu musimy też podać znajomość języków obcych, wykształcenie i „kwalifikacje dodatkowe” – tu każdy chwali się, czym może. Musimy też przyznać się do naszej wcześniejszej aktywności politycznej, ale flirt z PZPR nie powinien nam zaszkodzić.
Zabieramy kwestionariusze i statut. Obiecujemy, że nad członkostwem w Samoobronie jeszcze się zastanowimy.
I w nieprzystępnej LPR, i w uśmiechniętej Unii Wolności towarzyszyło nam uczucie, że trochę zawadzamy i nie za bardzo wiadomo, co z nami zrobić. Aby zapisać się do PiS czy PO, trzeba mieć dużo samozaparcia, by nie dać się zbyć. A szeregowy działacz tak naprawdę zaczyna się liczyć dopiero przed wyborami, kiedy potrzebni są ludzie do rozlepiania plakatów, organizowania spotkań i przekonywania niezdecydowanych.


Kandydata na członka zazwyczaj nie sprawdza się zbyt wnikliwie. Zwłaszcza że ustawa o ochronie danych osobowych zabrania żądać od niego zaświadczenia o niekaralności. Większość partii wymaga jedynie znalezienia osób wprowadzających. Ale tak naprawdę wymóg ten jest fikcją. Często jeden z działaczy, nawet nie znając kandydata, zostaje osobą wprowadzającą. Kandydat zazwyczaj też powinien przyjść na kilka spotkań danego koła, zanim zostanie członkiem partii.

 

Wydanie: 46/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy