Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Spotkało się trzech wieloletnich pracowników MSZ przy wyjściu i tak im jakoś przyszła ochota pogadać. A wniosek z tej rozmowy był dla ministra Sikorskiego mało sympatyczny – bo takiego bałaganu i bezhołowia, jakie mamy w MSZ, to oni nie pamiętają.
Oto trąbi się np. o tym, że Polska zabiega o stanowisko sekretarza generalnego Rady Europy dla Włodzimierza Cimoszewicza. No, słusznie, że zabiega. Tylko że to, po pierwsze, wygląda tak, że to sam Cimoszewicz głównie jeździ i przedstawia się. A MSZ? Dwa tygodnie temu rozmawiano o tym podczas posiedzenia kierownictwa MSZ. I wtedy ktoś przytomnie rzucił: zabiegamy o Cimoszewicza? A czy zapłaciliśmy składkę na Radę Europy? Otóż nie zapłaciliśmy. Do dzisiaj.
Więc jak to wygląda? Promujemy swojego człowieka na szefa organizacji, którą ewidentnie i jawnie lekceważymy, nie płacąc składek!
Minister Sikorski bardzo lubi mówić, że jest człowiekiem ceniącym profesjonalizm, odrzucającym takie tam różne kadrowe drogi na skróty. Czyżby? Otóż MSZ pod jego kierownictwem stało się miejscem inwazji ludzi z MON. Oni tu wchodzą szeroką falą, tak nie było nawet w stanie wojennym. Policzmy ich – szefem Zarządu Obsługi jest nieszczęsny płk Artur Szczepaniec, bohater korytarzowych szyderstw. W Biurze Infrastruktury mamy Andrzeja Niedźwieckiego. A w Biurze Dyrektora Generalnego jest Marek Michalewski jako pełnomocnik ministra ds. informatyzacji MSZ.
W Biurze Spraw Osobowych i Szkolenia pojawiła się zaś pani Ilona Węgłowska, która jest zastępcą dyrektora. Ale, jak się mówi, na chwilę, bo obecna dyrektor, pani Beata Brzywczy, wyjeżdża do Pekinu, i właśnie nowy transfer z MON ma ją zastąpić.
Za tą grupą idą kolejni, bo w Polsce jest tak, że każdy ciągnie za sobą grupę swoich zaufanych. A ta ekipa traktuje MSZ jak ziemię podbitą.
To całe MON-owskie towarzystwo pokrzykuje na podwładnych i używa jednego argumentu: zaraz cię zwolnię. No, faktycznie, doczekaliśmy finezyjnych czasów.
I rzeczywiście – podobno szykuje się w MSZ wielka fala zwolnień, ma odejść 100 osób. I to MON-owcy mają przyjąć rolę egzekutorów.
I tu dotykamy kolejnego paradoksu – z jednej strony bębni się po MSZ, że trzeba szukać oszczędności, a z drugiej szasta pieniędzmi. MON-owcy przejęli sprawę remontów, więc remontują. Z rozmachem. Wyremontowano gabinet ministra Borkowskiego (mimo że tego nie chciał), wyremontowano też salę 120 – tę, w której są zebrania. Po gmachu rozeszła się już wieść o sumie, jaką miano za to dzieło zapłacić – milion złotych. Panowie – za takie pieniądze to można postawić dwie wille!
Szaleństwo wydawania widzimy też w innej dziedzinie. Oto bowiem MSZ zostało zalane aparacikami blackburry. To taki bardziej zaawansowany telefon komórkowy, można za jego pomocą odbierać MSZ-etowską pocztę – to znaczy być np. w Pradze i mieć podgląd swego biurka w centrali w Warszawie.
Gadżet jak gadżet – ci z MON na jego tle dostali małpiego rozumu. Dla nich mniej ważne jest, co się przesyła, ważne, żeby przesyłać. Analiza, namysł – do kąta, ważny jest ostatni mejl. Więc trwa w MSZ wciskanie na siłę ludziom tych aparacików, organizowane są kursy ich obsługi, no cuda wianki…
A potem mamy kierownictwo – i panowie dyrektorzy, zamiast słuchać i argumentować, pod stołem sobie blackburry’ują.
Tak oto do MSZ – przez dziesiątki lat, mimo wszystko, oazy analitycznego myślenia i pewnej finezji – wkroczyło pokolenie sierżantów. Intelektualnych i emocjonalnych. A pan na ich czele, panie Sikorski.

Wydanie: 14/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy