Sześciolatek chce do szkoły

Nie róbcie niezguł z naszych dzieci!

Nadchodzi godzina prawdy. Rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy oświatowej oraz ustawy Karta nauczyciela i skierował je do Sejmu. Najważniejszą zmianą w nich zawartą jest obniżenie wieku szkolnego. Od września 2009 r. do szkół, do pierwszych klas, mają iść sześciolatki. Ale nie wszystkie, tylko te urodzone w pierwszych czterech miesiącach roku 2003. Reforma bowiem rozłożona jest na trzy lata. Potem, od września 2010, do pierwszej klasy pójdą dzieci urodzone w okresie maj 2003-sierpień 2004, a od września 2011 r. dzieci z ostatnich czterech miesięcy roku 2004 oraz z rocznika 2005. Poza tym ustawa daje wolną rękę rodzicom sześciolatków – jeśli uznają, że ich dzieci są jeszcze za małe, by posyłać je do szkoły, albo że szkoła nie jest przygotowana do przyjęcia maluchów – mogą posłać dziecko do pierwszej klasy w wieku siedmiu lat.
Mamy więc pełen komfort – o tym, że sześciolatki trzeba wysłać do szkół, mówi się od lat, jest to zapisane w programach wszystkich partii, więc o zaskoczeniu nie ma mowy. Reforma rozłożona jest na trzy lata, wejście nowego rocznika będzie więc płynne, niemal niezauważalne. No i jeszcze reforma pozostawia rodzicom prawo wyboru.
Wielka zmiana, którą serwuje nam minister Katarzyna Hall, jest prowadzona rozważnie, rozbita na etapy. Posłom, wydawałoby się, nie pozostaje nic innego niż przedłożenia rządowe zaakceptować. Tymczasem ruch przeciwko zmianom tężeje.
Protestuje grupa rodziców, którym przewodzą państwo Elbanowscy z podwarszawskiego Legionowa. Mają już 31 tys. podpisów przeciwko zmianie, wysyłają do Ministerstwa Edukacji mejle i faksy z odbitymi rączkami dzieci.
Swoje zwietrzyli też politycy. Sępy naszych czasów. „Jesteśmy parlamentarzystami PiS, ale przede wszystkim jesteśmy rodzicami. Z niepokojem obserwujemy te niebezpieczne dla naszych pociech rozwiązania”, mówią posłowie PiS. I możemy łatwo się spodziewać, jak będą się zachowywać w Sejmie podczas prac nad projektami ustaw. Czy, wspólnie z prezydentem Lechem Kaczyńskim, który już zapowiada weto, je zablokują?
To byłoby fatalne. Argumenty za szkołą od szóstego roku życia są bardzo poważne. Obecne sześciolatki są zdecydowanie bardziej dojrzałe niż ich rówieśnicy sprzed 30 lat. Wie to w zasadzie cała Europa, w której standardem jest szkoła od szóstego roku życia, dodajmy, że w Wielkiej Brytanii i Holandii opieką szkolną objęte są już pięciolatki.
Co ważne, a potwierdzają to badania, im wcześniej dzieci pójdą do przedszkola i do szkoły, tym będą miały większe szanse na uzyskanie dobrych wyników w późniejszych latach szkolnych. Przy czym, co podkreślają badacze, dobrodziejstwo wczesnej edukacji najmocniej odczuwają dzieci z rodzin nieuprzywilejowanych, stojących niżej w hierarchii społecznej. Innymi słowy – dziecko z rodziny zasobnej w dobra materialne i edukacyjne może rozpocząć później naukę, specjalnie mu to nie przeszkodzi. Ale dla dzieci z rodzin biedniejszych rok więcej na wyrównywanie szans jest często na wagę skończonych w przyszłości studiów i lepszych szans życiowych.
Dlaczego więc rodzice protestują? Czy to przejaw polskiej mentalności, tego, że zawsze jesteśmy przeciw? Że zawsze boimy się nowego?
Sytuacja jest pewnie bardziej złożona. Najczęściej powodem jest strach przed posłaniem małego dziecka do wielkiej szkoły, obawa, że sobie nie poradzi. Odpowiedź na te obawy może być jedna – szkoły muszą przystosować się do młodszych uczniów, to jest kwestia przebudowania klas, szatni, stołówek, a przede wszystkim – zwłaszcza w miastach – świetlic. I wydłużenia ich czasu pracy. Nie są to jakieś wielkie przedsięwzięcia, zwłaszcza w czasach niżu demograficznego, szkoły powinny sobie z tym poradzić. Jak nie do września 2009 r., to w roku następnym. Warto w tych sprawach naciskać na dyrekcję, na władze samorządowe.
Z drugiej strony, trzeba mieć świadomość, że ileś argumentów przeciwko szkołom dla sześciolatków jest albo wyciągniętych z kapelusza, albo są one przejawem najzwyklejszego egoizmu. Pani Elbanowska, jedna z inicjatorek protestów, argumentuje, że jej dziecko w przedszkolu ma angielski, basen, wyjazdy na koncerty, do teatru i tego w szkole podstawowej mieć nie będzie. Więc dla jej dziecka szkoła to będzie cywilizacyjna degradacja. Ale przecież dla setek tysięcy innych dzieci będzie dokładnie odwrotnie – one albo w ogóle nie chodzą do przedszkola, albo mają je na podstawowym poziomie. Dla tych dzieci szkoła podstawowa to cywilizacyjny awans, szansa na angielski, pracownię komputerową i gimnastykę korekcyjną.
Innym argumentem jest gra na litość, że sześciolatek to maluszek, że zostanie przez 12-letnich dryblasów niemal rozdeptany. Czyli co, siedmiolatek w takim starciu da sobie radę? Mówi się też, że dla sześciolatka szkoła będzie szokiem. Być może tak, ale czy nie będzie w tym winy przede wszystkim rodziców? Bo czy wychodzi dziecku na zdrowie, gdy jest trzymane pod kloszem? Pod maminą sukienką?
Aha, przeciwnicy wcześniejszych szkół sięgają też do takiego argumentu, że oni są rodzicami, więc wiedzą lepiej. Otóż ja też jestem rodzicem i tak się składa, że sześcioletniego chłopca. Wiosną długo z żoną zastanawialiśmy się, czy posłać go do zerówki do szkoły, czy też zostawić w przedszkolu, gdzie miał znakomitą opiekę. Wybraliśmy szkołę. Przeważyła opinia, że lepiej będzie dla niego, jak ze szkołą się oswoi, pozna panie, pozna korytarze, nowych kolegów. Tak by za rok, gdy pójdzie do pierwszej klasy, nic go nie stresowało, by nie tracił miesięcy na adaptowanie się w nowej grupie. W ten sposób oswajaliśmy go z przedszkolem, jeszcze jako dwulatek chodził tam, bawił się na huśtawkach i wyszło to świetnie. Zdecydowaliśmy się więc na powtórkę.
Ale, trzeba przyznać, z pewną dozą niepokoju zajechałem na pierwszą wywiadówkę. A gdy podjeżdżałem pod szkołę, nagle wiuuu, piłka kopnięta ze szkolnego boiska wylądowała na drzwiach mego samochodu. No tak, łobuzy szkolne szaleją… Wyskoczyłem z samochodu, patrzę, po boisku biega gromadka siedmio-, ośmiolatków. A wśród nich mój szczerbaty synek. Spocony i dumny, że gra ze starszymi. I to on kopnął piłką w samochód tatusia.
Kilka dni temu, mały piłkarz lekko się przeziębił, więc zdecydowałem rano, że dziś do szkoły nie idzie, że ma dzień przerwy. Wysłuchał tych słów. Po chwili zniknął. Po dziesięciu minutach stał już przy drzwiach, ubrany, z zawiązanymi butami, szalikiem i czapką na głowie. I zameldował, że jest zdrowy, a w szkole czeka na niego pani i koledzy.
Więc gdy przeciwnicy szkoły dla sześciolatków, wspierani przez PiS i inne partie polskiej prawicy, wołają: „Ratujmy nasze maluchy!”, to ja wołam: „Dajmy szansę naszym dzieciom!” i nie róbmy z nich niezguł.

 

Wydanie: 45/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy