Iga Świątek, czyli sukces po polsku

Iga Świątek, czyli sukces po polsku

Team Świątek – ładnie to brzmi. Ale miejmy świadomość, że ten team to rodzinna firma

Może zacznę od fragmentu relacji z finałowego meczu na kortach Rolanda Garrosa. „Tuż po ostatniej piłce finału Świątek wbiegła na trybuny, by podziękować swojemu sztabowi oraz rodzinie, która przyleciała do Paryża specjalnie na mecz finałowy. Mocno spotkanie z udziałem swojej córki przeżył Tomasz Świątek, były wioślarz. – Tata nauczył mnie być profesjonalistką, wychował mnie, by być pewną siebie na korcie. Kocham cię. Dziękuję najbliższym, że towarzyszyli mi w tej chwili – powiedziała wzruszona Świątek”.

Dorzucę do tego parę zdań z wypowiedzi mamy naszej mistrzyni. Otóż powiedziała, że nie jest specjalnie zaskoczona sukcesem córki, bo trenuje ona od 15 lat, więc kiedyś czas zbiorów musiał nadejść.

15 lat treningów! Od czwartego, piątego roku życia! Bohaterska dziewczyna! Ale na oklaski zasłużył też jej ojciec, wioślarz (wspaniała dyscyplina, kształtująca charakter i wytrzymałość), olimpijczyk, na igrzyskach w roku 1988 w Seulu zajął w finale siódme miejsce.

A za co oklaski? Odpowiedź jest prosta. Iga trenuje od piątego roku życia, zanim poświęciła się tenisowi całkowicie, trenowała jeszcze pływanie. Ktoś musiał Igę na zajęcia zapisać, ktoś musiał ją tam wozić. Z małym dzieckiem nie ma kłopotu, bo trenuje dwa-trzy razy w tygodniu, więc to bardziej zabawa. Ale z większym, gdy obciążenia treningowe rosną, zaczynają się kłopoty. Kłopoty logistyczne, a później – finansowe.

Jeżeli Iga zostałaby przy pływaniu, to – powiedzmy – w wieku 12 lat musiałaby trenować 11 razy w tygodniu. Czyli dwa razy dziennie plus sobota. Niedziela to albo czas wolny, albo zawody.

To zaś oznacza, że byłaby codziennie wożona na godz. 6 na basen, potem zawożona do szkoły (śniadanie w samochodzie). Pewnie rodzicielska pomoc byłaby jej potrzebna także po południu, żeby zaoszczędzić chociażby pół godziny na odrabianie lekcji.

To nie jest abstrakcja, tak funkcjonują dziesiątki dzieci i ich rodzin. Ile takich układów to związki niemalże patologiczne, w których rodzic żądny sukcesu zmusza dziecko do ciężkiej pracy? Tego nie wiemy. Ale zdecydowana większość takich sytuacji rodzi się niejako mimo woli. Najpierw wozi się dziecko na trzy treningi, potem na pięć, trener chwali, więc obciążenia są zwiększane… I tak w sposób niemal niezauważalny życie rodziny zaczyna krążyć wokół młodego sportowca.

Iga wybrała tenis. Tam obciążenia treningowe są mniejsze niż w pływaniu, ale są. Więcej za to jest zawodów, turniejów, więc młodzi tenisiści (i ich rodzice) mają zapełnione weekendy.

Na jednym z portali wyczytałem, co mówi o niej szkolna wychowawczyni: „Niesamowite dla mnie było to, że Iga, choć wiele podróżowała na turnieje i często była nieobecna w szkole, nie miała żadnych zaległości. Jeszcze podczas wyjazdu kontaktowała się z koleżankami, pytała, co było na lekcji, i już tam nadrabiała braki. Kiedy wracała z zawodów, trzeba było ją dopytywać, jak poszło, bo sama z siebie o tym nie opowiadała. Nie chciała tym epatować. Bardzo skromna, normalna dziewczyna, pomagająca innym, gdy tylko była w stanie. Skupiona na nauce, ale jeszcze bardziej na tenisie. Wykorzystywała każdą wolną chwilę. Kiedy było jakieś zastępstwo, jej tata czasami pojawiał się, zabierał Igę na trening i po niecałych dwóch godzinach przywoził ją z powrotem do szkoły”.

Ta opowieść wiele mówi. Po pierwsze, o Idze. Rzeczywiście tak jest, że dzieci mocno trenujące, i pilnowane przez rodziców, są przyzwyczajone do dyscypliny i nauczone, że każdy kwadrans jest ważny. Znam rodzinę, w której jedna córka trenowała pływanie, i to na wysokim poziomie, 11 razy w tygodniu, a druga nie. Ta pierwsza wyrosła na osobę zdyscyplinowaną, poukładaną, wytrwale dążącą do wyznaczonego celu. Ta druga… Wciąż mówiła, że na nic nie ma czasu, i z niczym nie mogła zdążyć.

Ale opowieść wychowawczyni wiele mówi też o Tomaszu Świątku. Jak widać, pilnował każdej okazji, by córka mogła się rozwijać. Tenisowo. Trzymał ją więc w sportowej bańce. Mało który rodzic byłby przecież gotów przyjechać w połowie dnia do szkoły, żeby zabrać dziecko na trening, a potem odwieźć. To jest również kwestia miejsca pracy.

W ten sposób doszliśmy do pieniędzy. Bo gdy mówimy o tenisie dzieci, nie wolno nam zapomnieć o finansach. Tenis jest sportem bardzo drogim. Owszem, gdy trenuje 10-latek, dwa-trzy razy w tygodniu, wiele zachodu z tym nie ma. Ale później koszty rosną.

Tata Świątek musiał zatem nie tylko wozić córkę, a raczej córki, bo trenowała także starsza, Anna, ale i płacić. Za trenera i wynajęcie kortu. Ile? Przyjmijmy niską warszawską cenę – 50 zł za godzinę (choć stawka może być i dwukrotnie większa). Dwugodzinny trening to 200 zł, co daje sumę 1000 zł tygodniowo. Do tego sprzęt, plus wyjazdy na turnieje.

To pokazuje, jak wielkiego poświęcenia ze strony rodziny wymagają treningi. I jaka wielka bariera zatrzymuje te dzieci, które pochodzą z niezamożnych rodzin. Trenerzy opowiadają, że pojawia się ona mniej więcej na przełomie szkoły podstawowej i średniej. I jeżeli w turniejach 12-latków mamy tłok, to już 14-latków startuje niewiele.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 43/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Olszanka/East News

Wydanie: 43/2020

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 20 października, 2020, 16:52

    Bardzo dobry tekst, ale starsza siostra Igi nie ma na imię Anna(patrz wydanie papierowe!) tylko AGATA. Wiem dobrze bo 3 lata temu (bardzo dobrze) zdała maturę w moim Staszicu (W-wa) …;-)

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Anonim
      Anonim 20 października, 2020, 20:59

      Jako autor tej wypowiedzi chcę się przestawić, bo to uciekło – fb nie przedstawia … 😉 Włodzimierz Zielicz

      Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy