Trzęsienie ziemi/posad

Trzęsienie ziemi/posad

Kto zyskał, kto stracił, a kto rozczarował w 2007 roku

Tu zaszła zmiana. Rok temu Jarosław Kaczyński trzymał w ręku wszystko, żaden polityk po roku 1989 nie miał takiej władzy jak on. Mało kto myślał, że prędko ją odda, najwcześniejszych wyborów spodziewano się w roku 2009. A co poniektórzy wieszczyli, że skończą się one triumfem PiS. I nagle, szast-prast, Kaczyński strzelił sobie w głowę. Mniej więcej rok temu, w styczniu 2007 r., dyskutowaliśmy w redakcji „Przeglądu” o możliwych politycznych scenariuszach. Dominowały dwa punkty widzenia. Pierwszy – że Jarosław Kaczyński będzie rządził przynajmniej do końca kadencji Sejmu, bo zbudował stabilny układ. Przystawki są bezwolne i boją się wyborów, służby specjalne są mu wierne i zbudowane na jego podobieństwo, media – w większości uległe, ma więc pełnię władzy, powiększając ją każdego dnia. Jest na ścieżce Putina. Drugi punkt widzenia był zupełnie inny. Owszem, Kaczyński ma pełnię władzy, trzęsie tym wszystkim, jak chce, ale jest nieobliczalny, nie panuje nad emocjami, każdego dnia powiększa się armia jego wrogów. Tylko więc kwestią czasu jest, kiedy się potknie o własne nogi, zwłaszcza że układ jednowładztwa, który zbudował, we współczesnym państwie nie może funkcjonować. I wcześniej czy później musi się zawalić. Zwolennicy tej teorii podawali nawet moment tego zawalenia – w przybliżeniu miało to nastąpić w połowie 2007 r. Trudno się więc dziwić, że byli w mniejszości, że ich analizę oceniano jako pobożne życzenia. I proszę, okazało się, że to oni mieli rację. 7 lipca wybuchła afera gruntowa, Lepper wyleciał z rządu, PiS nie udało się przejąć Samoobrony, więc straciło większość, i tak skończyło się imperium Kaczyńskiego. Teraz weszło ono w drugą fazę, PiS-owcy nie walczą już z agentami, układami, komuną, kolejnymi wrogami, to wszystko jest poza ich zasięgiem, więc teraz gryzą się między sobą. Wraz z upadkiem rządu PiS zawaliła się (a w zasadzie zaczęła się walić) piramida władzy zbudowana przez tę ekipę. Następują zmiany w prokuraturze, gdzie dyspozycyjni, ziobrowscy prokuratorzy są odsuwani na bok. Mamy zmiany w służbach specjalnych. Dziennikarze, którzy jeszcze kilka miesięcy temu entuzjastycznie pisali o Kaczyńskim, dziś zmienili front. PiS trzyma się mocno w Kancelarii Prezydenta (to rząd PiS na uchodźstwie). No i jeszcze w mediach publicznych. Lada moment ruszą też komisje śledcze. Czy efektem ich pracy będą wnioski do Trybunału Stanu? To bardzo prawdopodobne. Rok 2007 był więc politycznym trzęsieniem ziemi, pytanie więc, co na ruinach państwa PiS nam wyrośnie? Co więc słychać w obozie zwycięzców, w Platformie? To rodzaj majstersztyku, ale i o samej PO, i o premierze Tusku wciąż niewiele można powiedzieć. Platforma stosuje technikę uników, milczy w najważniejszych sprawach i wciąż nie wiadomo, czy to milczenie to efekt starannie zaplanowanej operacji marketingowej, czy raczej oznaka bezradności. W ciągu najbliższych miesięcy to się wyjaśni. Bo w końcu PO będzie musiała się określić – czy chce być PiS-bis, czy też szukać swego miejsca bardziej po lewej stronie sceny politycznej. A na lewej stronie wciąż remont, choć wydaje się on powoli dobiegać końca. Już czas, by lewica organizacyjnie się pozbierała, żeby nastąpiło zjednoczenie SLD, SdPl i UP, żeby ta machina wreszcie zaskoczyła. Bo zardzewieje. Rok 2008, rok bez wyborów (w tej sprawie jesteśmy w redakcji zgodni), okaże się w życiu politycznym o tyle ważny, że będzie to czas przeznaczony na „pozycjonowanie” głównych sił politycznych. Ten rok jest jak biała kartka – wszystko zaczyna się od nowa. A co zostanie na niej zapisane? A czy w roku 1997, po zwycięstwie AWS, ktoś przewidywał, że to po czterech latach się rozsypie? A w roku 2001, gdy SLD dostał 41%, czy ktoś się spodziewał, że taka potęga za chwilę spadnie do II ligi? A dwa lata temu, gdy PiS szło jak burza, ktoś przewidywał, że samo podstawi sobie nogę? Rok 2008 będzie więc równie ważny jak lata wyborcze – określi miejsce Platformy, w tym czasie zadecyduje się też przyszłość PiS – czy będzie to prawicowa opozycja, czy też trwale zmarginalizowana grupa zwolenników Jarosława Kaczyńskiego. Będzie też decydujący dla lewicy – pokaże, czy ma ona szansę wrócić do wielkiej gry. Spokojnie zatem nie będzie. Takie czasy.


W GÓRĘ

Donald Tusk
– poda w lewo, czy poda w prawo? Już go grzebano, taki Giertych mówił o nim ciamciaramcia, a tu proszę – wywinął się spod kosy i wygrał wybory.
Teraz jest premierem, więc jeździ po świecie. I opowiada, że będzie dobrze. Szokuje tym świat i Polaków, bo jego poprzednik groził i demaskował. A tu taka odmiana. Więc ma 50% poparcia. Dobrze, żeby pamiętał, że po pierwsze, to efekt kozy, bo po Kaczyńskim każdy normalny by błyszczał. A po drugie, że te 50% szybko się skończy. Teraz stoi na rozdrożu, kluczy, nie chce nikomu się narazić. Ani PiS, ani Kościołowi, ani lewicy. Tak długo się nie da. W ciągu dwóch-trzech miesięcy coś z tą Platformą i z tym rządem będzie musiał zrobić. Bo sam PR, który mu suflują – naśladowanie Marcinkiewicza, tu potańczyć, tam pograć w piłkę… – to strzał w nogę.

Waldemar Pawlak
– polityk doświadczony
Kilkanaście lat temu, gdy był premierem, krążyły o nim dziesiątki dowcipów. Mnie najbardziej podobał się ten, że chcieli go kupić Japończycy. Bo myśleli, że jest sztuczny. Dzisiejszy Pawlak jest inny od tamtego. Żwawiej mówi, lepiej negocjuje, nosi okulary. Na razie to starcza, to robi wrażenie. Ale na jak długo?

Bronisław Komorowski
– marszałek
Marszałek Sejmu. Obiecał na nowy rok, że nie będzie się wdawał w polityczne awantury. Chce więc być nudny i dostojny. Raczej mu się uda. Ma ku temu naturalne skłonności. Komentatorzy widzą w tym postanowieniu głębszy zamysł – gdy Tuskowi zacznie spadać, to on będzie naturalnym kandydatem PO na prezydenta. Choćby metodą kontrastu. Dziś to political fiction, ale za dwa lata?

Grzegorz Schetyna
– motor napędowy PO
Szef MSWiA. Ma wesoły uśmiech, mruga oczami, ale niech to nikogo nie myli. Schetyna trzęsie całym platformianym interesem, trzyma w ręku partyjną forsę i struktury. Zna ich wszystkie tajemnice. Polowali na niego PiS-owcy, próbowali go jakoś ugryźć poprzez posłankę Sawicką, ale nie ugryźli. Buntował się przeciwko niemu Rokita i też nic nie zwojował. Pierwszy przyboczny Tuska, to z nim premier omawia wszystkie najważniejsze sprawy. I to nie tak jak Kaczyński z Gosiem, w stylu rozkaz-wykonać, ale na innych zasadach.

Mirosław Drzewiecki
– dziecko szczęścia
Minister sportu. Będzie nam budował stadiony na Euro. Jeden z najbogatszych posłów, zrobił wielką kasę na szyciu dżinsów, a teraz jest politykiem. Bliski współpracownik Tuska, zawsze w telewizji stał za jego plecami, siwe włosy, wąsik – to właśnie on. W roku 2005, jeszcze przed tamtymi wyborami, opowiadano anegdotę, jak to Drzewiecki kłócił się ze Schetyną o posady w przyszłym rządzie (wtedy – Rokity). Drzewiecki mówił, że chce być ministrem sportu, a jak nie wyjdzie, to może być ministrem skarbu. Schetyna mówił, że też chce być ministrem sportu, a jak nie wyjdzie, to ostatecznie niech będzie MSW. Ta opowieść pokazuje, co najbardziej kręci ludzi z PO. A także to, jak bardzo dla partii poświęcił się Schetyna i jakiego farta ma Drzewiecki.

Jerzy Szmajdziński
– języczek u wagi
Polityk, który nie wadzi nikomu. A bez którego trudno coś rozegrać. Weźmy taki SLD, w którym wciąż się buzuje, bo paru towarzyszy nie dostało się do Sejmu. To ich buntowanie nie ma znaczenia, bo Szmajdziński stoi za Olejniczakiem, więc oni mogą co najwyżej poskarżyć się „Dziennikowi” albo „Rzeczpospolitej”. A LiD? Te blizny między SLD a SdPl powoli zasychają, ale samo przecież to się nie dzieje, ktoś zawsze musi miarkować wojowników. A spójrzmy na Sejm – tu układ jest taki, że bez poparcia LiD Platformie nie uda się przełamać ewentualnego weta Kaczyńskiego. Więc z każdą ważniejszą, a kontrowersyjną ustawą, będzie musiała uderzać do Olejniczaka i Szmajdzińskiego. Choćby z tych powodów jego rola w roku 2008 będzie rosła. Tak na lewicy, jak i w Sejmie.


W DÓŁ

Jarosław Kaczyński
miałeś złoty róg
Niesamowicie rozdygotany człowiek. Już chce rozliczać Tuska z wyborczych obietnic. Tego samego, któremu oddał na tacy władzę. Bo najpierw wyrzucił z rządu koalicjantów, a potem, podczas debaty w TVP nie potrafił z sensem powiedzieć paru zdań.
Bubel roku 2007. Tak nazywają go dziś prawicowi dziennikarze, największe lizusy, ci sami, którzy jeszcze nie tak dawno sławili jego mądrość (służę linkami). A naczelny PiS-owskiego (ale już nie dziś) „Dziennika”, Robert Krasowski, mówi o nim, że to Don Kichot walczący z wiatrakami, znaczy się – dżentelmen niespełna rozumu. Smutny jest los przegranego.

Zbigniew Ziobro
jeszcze świadek
Lech Kaczyński mówił o nim, że ma mentalność 20-latka. Pokrzyczeć, rzucić kamieniem, a co z tego wyniknie, mniejsza o to. Raczej gówniarz niż polityk.
Przez cały rok 2007 faszerował nas konferencjami prasowymi, na których opowiadał o swoich sukcesach i wrogach, których tropi. Prostym ludziom to się podobało.
Wisi nad nim sprawa Blidy, śmierć niewinnej kobiety, on już z tego nie się wybroni do końca życia. Zawsze będą mówić o nim jako tym, który nasłał na nią prokuratorów, ABW i kamery telewizyjne, bo chciał sobie urządzić konferencję prasową. Trzęsie więc portkami przed komisją śledczą, to widać na kilometr. Jeszcze pokrzykuje, ale to raczej piski, bo przecież dobrze wie, że za to wszystko, co robił, może iść do więzienia.

Andrzej Lepper
pogorzelec
Pogorzelec polskiej polityki. Stracił wszystko – poparcie wyborców, zaufanie, partia mu spłonęła. To wszystko zresztą przewidzieliśmy, już rok temu wróżyliśmy mu ten los. Ale w tych niedolach Lepper miał trochę szczęścia, bo ocalił głowę, przecież niewiele brakowało, a siedziałby w więzieniu. Do dziś.

Kazimierz Michał Ujazdowski
buntownik IV RP
Wielkie nic.
Przez dwa lata był ministrem kultury, którą skutecznie zaorywał. Trochę bardziej cywilizowany od Giertycha. Tak samo endekizował Polskę, tylko po cichu i z większym umiarem. Prawicowi publicyści opowiadali o nim, że kontestuje brutalność Kaczyńskiego, że wiele rzeczy w PiS jemu, wiceprzewodniczącemu partii, się nie podoba. To kontestowanie polegało na tym, że milczał. I nie chwalił głośno wodza, tak jak Putra czy Cymański. Faktycznie, wielka to odwaga. Gdy PiS przerżnęło wybory, zaczął kąsać. I krytykować wodza, że nie ma w partii demokracji. No, rychło się zorientował, czym kierował i komu służył… Kaczyński wykopał go więc natychmiast, teraz Ujazdowski robi za wolny sejmowy elektron. A dokładniej – powolny.

Roman Giertych
Roman, nie wracaj!
Chciał nam dzieci poprzerabiać na endeków. Szalał jako minister oświaty: a to Gombrowicz, a to mundurki, a to jakieś inne pomysły. Ładu i składu w tym nie było. Aż wreszcie widowiskowo przerżnął wybory.
Wybrał zawód adwokata. Bardzo go w tym popieramy.

Antoni Macierewicz
teczkolot
Jedyny Polak, który nie uznał wyników październikowych wyborów. Już po wyborczej porażce premier awansował go na sekretarza stanu w MON. Żeby był trochę dłużej przy teczkach WSI. Już po powołaniu rządu Tuska wybierał się do Afganistanu, by wizytować polskie oddziały. Siłą go odwoływano, dymisję dostał na lotnisku, parę minut przed odlotem samolotu. Tym sposobem minister Klich popełnił niewyobrażalny błąd. Bo dymisję trzeba było wręczyć Macierewiczowi w Kabulu. Jak wysiada z samolotu. Dziękujemy, do widzenia, teraz radź sobie pan sam.

Marek Jurek
zasady zobowiązują
Był człowiek – nie ma człowieka. Marek Jurek był marszałkiem Sejmu, kiepskim i dyspozycyjnym wobec Kaczyńskiego, ale był. Postawił się wodzowi, bo chciał zaostrzenia prawa antyaborcyjnego, a Kaczyński nie. Jak się postawił, to usłyszał od wodza, że jest albo głupi, albo agent. I tym podobne PiS-owskie grzeczności. To się obraził i sobie poszedł.
Wybrał zasady zamiast ciepłego fotela. W sumie – fanatyk, ale swój honor ma.


NA ZERO

Wojciech Olejniczak
– Wojtek sam w domu
Ma wyczyszczone pole. Do tej pory był jak kierowca autobusu, za którego plecami stoi gromada mistrzów kierownicy, każdy patrzy mu na ręce i pokrzykuje: w lewo, w prawo, hamuj, gazu! To się skończyło, wielcy SLD-owscy liderzy odpadli po serii widowiskowych harakiri i nagle Wojciech Olejniczak został na placu sam. Czy to mu wyjdzie na zdrowie? Odwagę ma, skakał przecież po balkonach, by uratować z płomieni staruszkę. Ale nie o ratowanie staruszek w tej robocie chodzi…

Radosław Sikorski
– nieustraszony pogromca watahy
Spadł na cztery łapy. Najpierw służył Kaczyńskim, był u nich ministrem obrony, ale ci go wyrzucili. Do dziś nie wiadomo dlaczego, krążą różne wersje na ten temat – ostatnia głosi, że był wiele lat za granicą, więc jest podejrzany. O, to poważny zarzut – 55 lat temu za takie coś rozstrzeliwano. Więc poszedł do PO. Tam występował na wiecach i krzyczał przeciwko PiS. Dorżnijmy tę watahę! – wołał w uniesieniu o swych niedawnych kolegach. W nagrodę dostał Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Przykład Sikorskiego dowodzi, że umiejętny PR i szybki manewr w dzisiejszej polityce to podstawa. Reszta liczy się mniej.

Tadeusz Rydzyk –
cztery w jednym
Krzyczy na całą Polskę, że jest prześladowany, że stalinizm się odradza, bo Platforma chciała sprawdzić, na jakich podstawach państwo wydzierżawiło mu (na 30 lat, za jedną piątą rynkowej ceny) działkę i na jakiej podstawie pompuje w jego szkołę miliony złotych. Czy PiS Rydzykowi państwowym majątkiem się opłacało, czy też dawało mu – nie swoje – z bezinteresownej sympatii? I tym krzykiem przestraszył PO, oni już nic od niego nie chcą. Ale warto było tej awantury posłuchać, popatrzeć, jaki Polska Kaczyńskich miała gest i jaką Rydzyk ma głowę do interesów. I jaka to była sztama. Ksiądz, dziennikarz, polityk, biznesmen. Cztery w jednym. Oto ten tajemniczy stolik IV RP.

Anna Fotyga
– klep, klep
Kobieta o wiecznie zdziwionej minie. Przez półtora roku kierowała polską dyplomacją, choć cała jej mądrość polegała na klepaniu pustych formułek o wrogach i zagrożeniu. Nudna jak flaki z olejem. I, jak mówią zorientowani, nie jest to nudziarstwo profesora erudyty, ale nudziarstwo pani, która myśli trochę wolniej niż inni.Gdy pożegnała się z MSZ, Lech Kaczyński zrobił ją szefową Kancelarii Prezydenta, czyli szefową kilkuset prezydenckich urzędników. Z pewnego punktu widzenia to dobry wybór, bo nikogo nie wpędza w kompleksy.

Ryszard Krauze
– wśród serdecznych przyjaciół
To był ulubiony biznesmen pana prezydenta Kaczyńskiego, panowie się spotykali, biesiadowali, wymienili numery swych najbardziej zastrzeżonych komórek. Rąsia, buzia, goździk. Ale przyszły wybory i PiS musiało pokazać tego złego. Oligarchę. Padło na Krauzego. Tym łatwiej, że bezpieka zrobiła z niego centralną postać Wielkiego Przecieku. Więc Krauze dał nogę za granicę. Teraz się waha, trochę wraca, trochę znika. Widać, że sumuje, kto z nim był w tych trudnych czasach. A to lista krótka, krótsza niż lista wypłat…

Janusz Kaczmarek
– skruszony polityk
Był szefem prokuratorów, potem szefem MSW, a potem Januszem K. Takie kariery jak jego zdarzały się tylko w Rosji. I to tej przedwojennej, z lat 30. Najpierw okrzyknięto go cudownym dzieckiem PiS, a potem został wrogiem ludu, szpiegiem obcych mocarstw. Cud, że go nie rozstrzelali. Na szczęście przyszły wybory. Teraz Kaczmarek ma swój czas rewanżu – już opowiedział o naradach u Kaczyńskiego, jak omawiano zamknięcie Blidy. I o paru innych sprawach. Przy okrzykach Ziobry, że to nieprawda. Co ty, Zbyszek, masz coś przeciwko świadkowi koronnemu?


ROZCZAROWANIA

Jan Rokita
– Jan bez Partii
Co do Rokity, to zawsze byłem w mniejszości. Otóż uważałem, że człowiek o manierach aroganta, bezustannie wszystkich pouczający, na dodatek o pomysłach kompletnie nieżyciowych, nie ma szans odgrywać jakiejś znaczącej roli w życiu partyjnym. Że on nadaje się do pogadanek z panią Olejnik, ale nie do prawdziwej polityki. Ale armia dziennikarzy codziennie opowiadała, że to głowa męża stanu. Już rok 2006 miał kiepski, a teraz pogubił się zupełnie, załatwiła go pani w czerwonym kapeluszu, Nelly Rokita, która poszła na służbę do Kaczyńskich. A dobiły wyniki wyborów, bo pokazały, że nikt na Jana Rokitę nie czeka. Podobno ma mieć show w TVN, gdzie będzie rozśmieszał, razem z Szymonem Majewskim, publikę. Znaczy się, wychodzi na moje.

Aleksander Kwaśniewski
– wrócił, żeby odejść
Wrócił, żeby odejść na zawsze. To miała być cudowna broń lewicy, miał wrócić na białym koniu i pociągnąć LiD do 20% poparcia. Pociągnął do 13. Był kiedyś film pokazujący bohaterską klęskę polskich żołnierzy w Holandii, zatytułowany „O jeden most za daleko”. Nie wiadomo, czy ktoś nakręci film o szarży byłego prezydenta w roku 2007, ale – jakby co – to tytuł jest gotowy: „O jeden kieliszek za dużo”. Oczywiście, będzie niesprawiedliwy, bo Kwaśniewski to wciąż format światowy. Ale czy ktoś powiedział, że polityka jest sprawiedliwa?

Lech Kaczyński
– jeszcze trzy lata dla brata
Nie lubi, nie chce, źle się czuje. Na kilometr widać, że ta prezydentura go uwiera, że nie lubi tej roboty i tego pałacu. Nie tylko dlatego, że gdy sięga do klamek przy drzwiach, musi stawać na palcach. Nie szanują go najbliżsi. Jarosław Kaczyński przed negocjacjami w Brukseli ogłosił, że jak będzie trudno, to pojedzie on sam, a jak będzie łatwo, pojedzie Lech. Znaczy się – pokazał, kto decyduje w tym duecie, kto jest mądry, a kto głuptasek, wysyłany tylko do łatwych spraw. Teraz brat wyznaczył mu nową rolę, ma walczyć z rządem Tuska. Na ambasadorów, generałów, przemówienia i wizyty. Więc będzie walczył. A stać go na jakiś wybór?

Ludwik Dorn
– Stańczyk PiS
Niesamowicie zblazowany facet. Jak został marszałkiem Sejmu, to spacerował po parlamencie ze swoim psem. Potem z psem spacerowała straż marszałkowska. Skąd mu się wzięły te maniery? Przecież nie jest synem lorda angielskiego. Człowiek z ciągłymi pretensjami i muchami w nosie. Na dziennikarzy woła „ścierwojady”, słodki był mu tylko Jarosław K. i partia PiS, dla interesów której naginał regulamin Sejmu. A po wyborach, gdy PiS dostało w kuper, nagle zhardział. Zaczął wodza krytykować, pisać listy, udzielać wywiadów. Mówi w nich, że kocha Kaczyńskiego polityczną miłością i to z troski o jego karierę go krytykuje. Znaczy się – Stańczyk. Królewski błazen.

Kazimierz Marcinkiewicz
– fordanser
Upadł nisko, ale miękko. Ma posadę w Londynie. Wicedyrektora w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju. Nie przemęcza się tam zbytnio, współpracownicy go unikają, z banalnego powodu – były premier rządu RP mówi po angielsku gorzej niż większość pracujących w Anglii emigrantów. To znaczy – potrafi zamówić piwo, ale przy negocjacjach bankowych robi się nerwowy. Więc po cóż tracić czas na rozmowy z niemową? Udziela się więc w Polsce, w Krakowie ma zakładać szkołę polityków, przytula się do PO. Szans wielkich mu nie dajemy – naród już nie taki naiwny jak kiedyś, poza tym dziś na studniówkach tańczy Tusk.

Mariusz Kamiński
– PiStolet
Swoisty Dzierżyński PiS. Oczywiście, CBA to nie CzeKa, nie rozwala ludzi pod płotem, ale zamysł jest z tej samej logiki – oto powołujemy tajną służbę, która będzie stać na straży rewolucji. Tam – bolszewickiej, tu – moralnej. Autor sukcesu wyborczego Tuska, bo pakując posłankę Sawicką za kratki, jednych przestraszył, a drugich obrzydził, więc poszli głosować na PO. Teraz Kamiński się trzęsie, bo do CBA weszli mu kontrolerzy, i sprawdzają, jak ta jego firma działała. Co było z prawem, a co przeciw prawu. A za chwilę wejdzie mu komisja śledcza. Panie Kamiński, głowa do góry! Jak mawia pański szef – uczciwi nie mają się czego obawiać!

Beata Kempa
– mięso armatnie
Proste, PiS-owskie mięso armatnie. Baba z magla. Ma zawrzeszczeć komisję badającą okoliczności śmierci Barbary Blidy. A co z nią będzie później, to nikogo nie obchodzi. Wcześniej była zastępcą Ziobry w Ministerstwie Sprawiedliwości. No to już wiemy, jak tam pracowano… Kaczyński na nią stawia, bo ona mówi i robi takie rzeczy, których by się wstydził nawet Jacek Kurski. On był bulterierem Kaczyńskich, a ona?


NADZIEJE

Jan Widacki
– poseł wagi ciężkiej
Postrach PiS. Profesor. Adwokat. Obywatel. Lider listy LiD w Krakowie. Mówi z precyzją lasera. Co tydzień pisuje do „Przeglądu”, co nas cieszy przeogromnie. Po kolei wygrywa wszystkie sprawy z PiS, oni po kolei go przepraszają i odwołują pomyje, którymi go oblewali. A to dopiero rozgrzewka, panowie!

Kazimierz Kutz
– PiStroyer
Wy sobie panią Barbarą Blidową swych gęb nie wycierajcie – powiedział w Sejmie PiS-owcom, a ci aż zatrzęśli się z oburzenia. Och, jak im dokuczył! Więc w PiS nienawidzą go serdecznie, bo mówi im prawdę w oczy, i to nie tak jak warszawski wykształciuch, na okrągło, ale ich brutalnym językiem. Swoją drogą, to bardzo zabawne patrzeć, jak partia, która z agresji, z opluwania przeciwników uczyniła swój znak firmowy, jest wrażliwa jak 16-letnia panienka.

Jerzy Stępień
– sędzia
Lech Kaczyński skierował go do Trybunału Konstytucyjnego, bo Stępień był kiedyś w AWS i ma prawicowe poglądy. On miał być tym prezesem, który będzie zatwierdzał PiS-owskie ustawy. Ale się zbiesił. Więc „Gazeta Polska”, ulubione pismo Jarosława K., natychmiast napisała, że w młodości był hipisem i lubił jazz. No faktycznie, to go zniszczyli…

Abp Kazimierz Nycz
– otwarciel
Metropolita Warszawski. Wziął to stanowisko jako rezerwowy, bo numer pierwszy, Stanisława Wielgusa, okrzyknięto agentem wywiadu. Nycza nazywają postępowcem, nową twarzą polskiego Kościoła, prasę ma znakomitą. Niedawno mogliśmy zobaczyć go w telewizji, gdy był pytany o refundowanie in vitro. To było po tym, jak biskupi powiedzieli, że to wyrafinowana aborcja i najgorsze zło. Nycz się nie egzaltował, tylko spokojnie ogłosił dobrą nowinę. Że nie będzie wojny państwo-Kościół o in vitro. A potem dodał, że Kościół nie ustąpi ze swego stanowiska. Więc dzień później minister Ewa Kopacz powiedziała, że jest za refundacją in vitro, ale nie ma na to pieniędzy. Koniec, kropka. Głupi uwierzy, mądry zrozumie. Oto więc różnica między biskupem „otwartym” a konserwatywnym. Jeden mówi spokojnie, drugi krzyczy i grozi. Ale efekt jest ten sam.

Lis, Żakowski, Michnik,
Paradowska, Najsztub…
…i jeszcze kilkunastu innych dziennikarzy. Dziś pomnik buduje im Jarosław Kaczyński, bo chodzi i opowiada, że w Polsce za PiS było znakomicie, ale media źle to pokazywały i w ten sposób obaliły tę świetną partię. Mój Boże, to Wildstein, Ziemkiewicz, Karnowski, Janecki, Semka to frajerzy? Bo nie obronili Jarosława? A tak się starali! Cała telewizja publiczna, która pokazywała PiS przez 24 godziny na dobę, przerywała mecze, żeby pokazać, jak wódz PiS przemawia, i radio, i Rydzyk, i „Rzeczpospolita”, i „Dziennik”, i „Fakt”, i „Wprost”, i „Gazeta Polska”, ta armia ludzi padła, bo Michnik był przeciw? Te pretensje Kaczyńskiego pokazują kilka rzeczy równocześnie. Że, po pierwsze, on sam nie zna umiaru i nawet gdyby go miodem smarowano, jak Ceausescu w Rumunii, to i tak byłoby mu mało. Po drugie, że nawet jak ma się trzy czwarte mediów za sobą, to nie wystarczy, gdy się szaleje, zamiast rządzić. I po trzecie, że wprawdzie wolne media są często agresywne, niesprawiedliwe i niedouczone, ale jak do tej pory nic lepszego nie wymyślono.

Janusz Palikot
– oryginał
Filozof. Zarobił grube miliony na tanich winach owocowych, znaczy się, na rozpijaniu Polaków. Parę lat temu założył tygodnik „Ozon”, prawicowy i katolicki, w Imię Ojca i Syna. Tygodnik zbankrutował. Teraz Palikot robi za platformerskiego liberała – gryzł się z Giertychem, sobaczy na Rydzyka, takie różne gesty. Niektórych ta odwaga zachwyca. Kiedyś Stanisław Dobrzański, PSL-owski minister obrony, stwierdził, że chce spróbować się w biznesie. Więc zrobiono go prezesem Polskich Sieci Energetycznych. Z Palikotem jest na odwrót, swoje zarobił, więc próbuje się w polityce. Na razie z takim sobie skutkiem.

Nelly Rokita
– gwiazda IV RP
To miała być wunderwaffe Kaczyńskich. Oni dali jej posadę w Kancelarii Prezydenta, a w zamian odstrzelili Jana Rokitę. Więc myśleli, że zrobili transakcję epoki. Tymczasem okazało się, że odejście Rokity wyszło Tuskowi na dobre. I Platformie wzrosło. W tym czasie Nelly zdążyła pokazać się Polakom, poopowiadać różne rzeczy. W ciągu paru tygodni awansowała do roli ikony szołbiznesu. Dziś jest kimś między Dodą a Violettą Villas, każda kolorowa gazeta bije się o jej zdjęcie w czerwonym kapeluszu, a każda stacja radiowa – o dźwięk z jej komentarzem. Bezustannie fascynuje. I, szczerze mówiąc, nie jest to komplement.

Wydanie: 2/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy