Lody turbiną kręcone

Lody turbiną kręcone

Przy budowie Elektrowni Ostrołęka C przekop Mierzei Wiślanej to pikuś

Historia budzącej największe emocje, choć nieistniejącej Elektrowni Ostrołęka C to mieszanka chciejstwa, nieliczenia się z rachunkiem ekonomicznym oraz drobnych kombinacji lokalnych bonzów, podlana sosem fałszywych prezydenckich obietnic. I pieniędzy, wielkich pieniędzy…

Na temat tej inwestycji wypowiadali się wszyscy: prezydent Andrzej Duda, byli i urzędujący premierzy, ministrowie, ekonomiści, obrońcy środowiska, samorządowcy, dziennikarze, a nawet Kurpie.

Miała to być ostatnia w Polsce duża elektrownia węglowa o mocy 1000 MW. Zakładano, że zostanie uruchomiona w roku 2024 i posłuży co najmniej 40 lat.

Zaczęło się banalnie. W roku 2008 w Grupie Energa zastanawiano się nad budową kolejnej – obok istniejących Elektrociepłowni Ostrołęka A i Elektrowni Ostrołęka B – instalacji o nazwie Elektrownia Ostrołęka C. Najważniejszą częścią prac studyjnych było ustalenie, czy inwestycja będzie opłacalna w ciągu kolejnych dziesięcioleci. W zależności od tego, jakie dane wprowadzano, raz był to świetny biznes, a innym razem niezupełnie.

Co decyduje dziś w Europie o opłacalności budowy elektrowni? Cena nośnika energii (węgla, gazu ziemnego, uranu itp. wraz z kosztami transportu), następnie cena hurtowa prądu oraz cena uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Do tego trzeba doliczyć koszt budowy samej elektrowni, turbin, kotłów, dróg dojazdowych, magazynów, składów itd.

W 2012 r. ówczesne szefostwo Energi doszło do wniosku, że opalana czarnym złotem nowa Ostrołęka to kiepski pomysł, i odstąpiło od przetargu, zawieszając temat ad Kalendas Graecas. Za co potem ciągane było po różnych organach. Ostatecznie Najwyższa Izba Kontroli uznała, że decyzja była racjonalna i nie zagrażała bezpieczeństwu energetycznemu kraju.

W roku 2011, po katastrofie w japońskiej siłowni atomowej Fukushima Daiichi, w Europie gwałtownie zmieniły się koncepcje dotyczące przyszłości energetyki. Do węgla, który od dawna był passé, dołączył atom. Uznano, że przyszłością energetyki są gaz ziemny i odnawialne źródła energii (OZE), a także wodór i energia termonuklearna. Europejska gospodarka miała do połowy XXI w. stać się ekologicznie czysta. Polska ze swoją energetyką opartą na węglu kamiennym i brunatnym – ponad 70% energii elektrycznej produkowanej w naszym kraju pochodzi z tych źródeł – była postrzegana jako wyrodek, który truje sąsiadów. Bruksela pracowała nad wielkim planem transformacji europejskiego przemysłu i energetyki zakrojonym na biliony euro. Okrągła sumka, która miała przypaść Polsce, miała nas zmusić, byśmy w końcu zaorali Kozienice, Turowy, Skawiny, Bełchatowy i Jaworzna. Rozpoczynanie w takich okolicznościach budowy opalanego węglem kopciucha w samym sercu ziemi kurpiowskiej było szaleństwem. Tylko politycy Prawa i Sprawiedliwości o tym nie wiedzieli.

Przedwyborcze obietnice

W lutym 2015 r. Andrzej Duda, kandydat PiS w nadchodzących wyborach prezydenckich, zjechał do Ostrołęki na spotkanie z elektoratem. Nazwał rezygnację z inwestycji w tutejszą elektrownię zbrodnią. Ostrzegł też, że „oni” chcą likwidować polskie kopalnie i mówią, że węgiel się nie sprzedaje. „To jest antypaństwowa polityka!”, grzmiał do tłumu. Dowodził, że potrzebujemy nowoczesnych elektrowni węglowych.

Wiosną Ostrołękę nawiedził prezes Jarosław Kaczyński i, jak wspominał były senator PiS Krzysztof Majkowski, „stał na łące i zapewniał, że w tym miejscu powstanie nowoczesna, wielka elektrownia”. Kilka dni przed wyborami do Sejmu w październiku 2015 r. prezes, w towarzystwie posłanki Krystyny Pawłowicz, ponownie stanął na ściernisku przed porzuconą budową Ostrołęki C i powtórzył złożone wiosną obietnice. Słuchający go elektorat uwierzył, że będzie lepiej.

Temat mocno pompowało też dwóch lokalnych bonzów – poseł Arkadiusz Czartoryski, który rozdawał karty w Ostrołęce, i przyszły minister energii Krzysztof Tchórzewski, mający swój matecznik w Siedlcach. Po zwycięstwie PiS w wyborach z 2015 r. pożegnał się z posadami stary zarząd Zespołu Elektrowni Ostrołęka. Sięgnięto po nowe twarze. Było oczywiste, że temat budowy elektrowni wróci w wielkim stylu.

1 lipca 2016 r. na ostrołęckie ściernisko z gospodarską wizytą przyjechał minister Tchórzewski, który oświadczył, że koszt budowy bloku C nie przekroczy 6 mld zł. Dla porównania – słynny przekop Mierzei Wiślanej to wydatek rzędu 1,8 mld zł. Inwestycję miały realizować spółki Energa SA i Enea SA. Zorganizowano przetarg, w którym zwyciężyło konsorcjum dwóch spółek GE Power sp. z o.o. oraz Alstom Power System SAS. W lipcu 2018 r. podpisano umowę. Miała powstać opalana węglem kamiennym elektrownia z blokiem o mocy 1000 MW. Premier Mateusz Morawiecki pochwalił projekt i oświadczył: „Przeciwstawiamy Polskę mocy Polsce niemocy”. 18 października 2018 r. na teren budowy wjechał ciężki sprzęt. Widocznym elementem krajobrazu Ostrołęki stały się przeszło 100-metrowe betonowe pylony, które miejscowi nazwali wieżami Kaczyńskiego.

Rok 2019 minął spokojnie, lecz w połowie lutego 2020 r. Enea SA i Energa SA podjęły wspólną decyzję o zawieszeniu finansowania inwestycji. Jako powód podano „istotne okoliczności znacząco wpływające na decyzję”. Wyszło na jaw, że w Ostrołęce utopiono 1 mld zł. Opozycja żądała wyjaśnień. Na budowie pojawili się inspektorzy Najwyższej Izby Kontroli. Sprawą zajęły się prokuratura i CBA.

Na jednym z posiedzeń sejmowej Komisji ds. Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych poseł Paweł Poncyljusz z Platformy Obywatelskiej suponował, że inwestycja z góry skazana była na porażkę, gdyż w grupie Energa zatrudnienie znaleźli „katecheci, pocztowcy, pracownicy urzędów pracy, ludzie sportu i kultury oraz kolejarze”. Podkreślił, że były prezes zarządu spółki Energa Elektrownie Ostrołęka SA Edward S. został zatrzymany przez funkcjonariuszy CBA i przedstawiono mu zarzuty popełnienia przestępstw z art. 296a par. 1 k.k. (korupcja gospodarcza). Przedstawiciele kompetentnych organów odwiedzili też dom posła PiS Arkadiusza Czartoryskiego i zażądali wydania dokumentów. Obeszło się bez awantur.

Postronni mogli odnieść wrażenie, że w Ostrołęce działała ośmiornica z logo PiS, która turbiną kręci lody. Czyżby miliardowe inwestycje w elektrownię miały być pretekstem, by lokalni bonzowie mogli wyprowadzać miliony publicznych złotych na rachunki prywatnych firm?

Poszły konie po betonie

Skoro mariaż Energi z Eneą nie wypalił, przyszedł czas na drugą szansę. W kwietniu 2020 r. Grupa Energa została przejęta przez PKN Orlen. A miejsce Enei, której kierownictwo doszło do wniosku, że lepiej i bezpieczniej jest inwestować w OZE oraz własne elektrownie, Połaniec i Kozienice, zajęło Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Pojawił się nowy pomysł. Zamiast elektrowni węglowej w Ostrołęce miała powstać elektrownia gazowa! No i się zaczęło.

Pierwsi pretensje zgłosili górnicy, związkowcy z Solidarności, którzy zaproponowali, by nowy blok Ostrołęki w połowie był węglowy, a w połowie gazowy. Takie rozwiązanie na pewno byłoby bardzo kosztowne. Dodatkowe wydatki i tak należy ponieść, gdyż w przypadku rezygnacji z węgla kamiennego przyszłoby zamówić nowy kocioł, dostosowany do opalania gazem. I zbudować gazociąg, który połączyłby nowo wybudowany obiekt albo z istniejącym gazociągiem jamalskim, albo z dopiero powstającym gazociągiem Polska-Litwa, zwanym w skrócie GIPL (Gas Interconnection Poland-Lithuania). W pierwszym przypadku przyszłoby negocjować wysokość dostaw i cenę surowca z Gazpromem. W drugim zaakceptować wyższy koszt dostaw norweskiego gazu z Baltic Pipe oraz katarskiego z gazoportu w Świnoujściu. Przewidywane roczne zapotrzebowanie Ostrołęki C – 1 mln m sześc. Ale pomysł zamiany węgla na gaz zmobilizował lobby wspierające spółki handlujące importowanym węglem.

Nowa Elektrownia Ostrołęka C potrzebowałaby rocznie ok. 3 mln ton węgla. Cena tego surowca z RPA oscyluje dziś wokół 85 dol. za tonę. Cena węgla rosyjskiego jest zbliżona. Przy czym nasi wschodni sąsiedzi oferują czasem wyjątkowo korzystne „promocje”. Można też zaryzykować sprowadzenie znakomitego węgla z Donbasu. Po niezwykle atrakcyjnej cenie. W tych warunkach nowa elektrownia musiałaby wydawać rocznie na zakup węgla ok. 230-270 mln dol. w zależności od koniunktury rynkowej. Przez 40 lat. Co po dodaniu opłat klimatycznych czyni inwestycję kompletnie nieopłacalną. A jeśli byłby to surowiec z polskich kopalń, cena wzrosłaby nawet o 100 mln dol. rocznie. I bardziej opłacałoby się nie produkować energii elektrycznej, niż ją produkować.

Oczywiście PGNiG odpowiada wariant budowy elektrowni gazowej, gdyż jako współudziałowiec spółka miałaby decydujący głos w kwestii dostaw surowca. Dlatego będzie broniła swojej pozycji. Zapowiada się ostra rywalizacja.

Spółki handlujące węglem nie są bez szans. Stoi za nimi nieświadome niczego lobby związkowe oraz niektórzy politycy PiS. Dlatego prędzej czy później w ruch pójdą kwity, kompromitujące nagrania i kasa pod stołem. Dowiemy się, że zdrajcy znów chcą nas sprzedać Ruskim. Albo co gorsza arabskim terrorystom.

Politycznie budowa Elektrowni Ostrołęka C to katastrofa. Zmarnowano 1 mld zł. Kolejne miliardy są zagrożone. Inwestycja wymieniana jest jednym tchem obok przekopu Mierzei Wiślanej i Centralnego Portu Komunikacyjnego. Skompromitowała lokalnych bonzów partyjnych i naraziła na potencjalne straty właścicieli spółek handlujących czarnym złotem. A nie są to mili ludzie.

Prezydent Andrzej Duda Ostrołękę omija szerokim łukiem, nie chcąc się narazić na pytanie, co z obiecaną w 2015 r. elektrownią. Sprawa stała się przedmiotem dociekań prokuratury, CBA i mediów. Moi rozmówcy, pragnący ze zrozumiałych względów zachować anonimowość, są pewni: jest tylko kwestią czasu, gdy szambo wybije.

m.czarkowski@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Andrzej Iwańczuk/REPORTER

Wydanie: 9/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy