Jaskółka prawdy o PRL

Jaskółka prawdy o PRL

Kazimierz Koś nie wstydzi się awansu społecznego w Polsce Ludowej

Między setkami książek o ludziach wyklętych, walczących z powojenną ludową władzą, trudno znaleźć relacje tych, którzy nowemu ustrojowi wszystko zawdzięczają i nie wstydzą się o tym głośno mówić. A takim jest Kazimierz Koś, emerytowany dyplomata, który wydał książkę „Oczyma chłopskiego dziecka i konsula generalnego”.
Koś nie był pierwszoplanowym polskim dyplomatą w czasach PRL i opisy jego pracy na placówkach w Bukareszcie, Ostrawie, Berlinie czy Bonn nie są specjalnie ciekawe, miejscami mogą czytelnika zniechęcić do lektury. Mnie natomiast zainteresował sam początek tej książki, w której autor opowiada, jak wyszedł ze strasznej biedy i doszedł do stanowiska konsula generalnego. Nie znam wielu funkcjonariuszy dawnej czy obecnej władzy, którzy z taką szczerością chcieliby mówić o swoim awansie społecznym.

Bieda piszczy

Kazimierz Koś urodził się w 1931 r. we wsi Lubla na Podkarpaciu, 12 km od Jasła. Jego rodzice ukończyli zaledwie po dwie klasy szkoły podstawowej i dysponując hektarem ziemi, musieli wykarmić pięcioro dzieci. We wsi analfabetyzm był powszechny, gdy ktoś już miał ukończone dwie klasy, jedyną lekturą była książeczka do nabożeństwa. Dom jego rodziców był kryty słomą, pszenicę i żyto ścinano sierpem, zboże młócono cepami. Nie było talerzy, widelców ani noży. Posiłki jedzono aluminiowymi łyżkami z jednej miski. Żywiono się głównie ziemniakami i chlebem własnego wypieku. Zebrane plony wystarczały zaledwie na kilka miesięcy w roku. Najtrudniejszy był przednówek, kiedy w domu nie było nic do jedzenia, a picie mleka nie zaspokajało głodu. Matka chodziła pracować do zamożniejszych gospodarzy i za pracę dostawała koszyk ziemniaków. Mieli dwie krowy, rodziny nie było stać na konia. Za wynajęcie pary koni na jeden dzień trzeba było pracować u bogatszych właścicieli przez tydzień.
Na podkarpackich wsiach ludzie żyli średnio 50 lat, w razie choroby pomagali miejscowi znachorzy, do szpitala wieziono tylko w przypadkach nadzwyczajnych i mało kto stamtąd wracał. Jedynym oświetleniem była lampa naftowa i palono ją bardzo oszczędnie, bo nafta była droga.
Autor książki wspomina, jak mieszkańcy wsi pożyczali sobie chleb, sól, jak sąsiedzi przychodzili do ich domu po rozżarzony węgiel na podpałkę, bo nie stać ich było na zapałki. Przez Lublę przechodziły pielgrzymki do sanktuarium Matki Boskiej w Tarnowcu. Ludzie szli boso, buty niosąc na kijach. Tuż przez Tarnowcem myli nogi w rzece i wkładali buty. Na widok przejeżdżającego dziedzica lub księdza dzieci zdejmowały czapkę i padały na kolana.
Tak samo było w czasie okupacji. W 1942 r. u dziedzica Koś po raz pierwszy zobaczył pomidora i rzodkiewkę. Dwa lata później dzieci znalazły puste tubki po paście do zębów wyrzucone przez żołnierzy niemieckich i wtedy dowiedział się o sposobie czyszczenia zębów. Pierwszą pastę kupił sobie jako 20-latek.

Koledzy i koleżanki

W czasie wojny rodzina Kosia straciła cały niewielki majątek i po wojnie życie zaczynała od nowa. Gdy w 1945 r. trzeba było kontynuować naukę w szkole, okazało się, że Kaziu nie ma spodni. Dopiero po trzech tygodniach ojciec załatwił materiał i syn mógł się uczyć, Chciał zostać murarzem.
W 1947 r. autor książki napisał do Zarządu Wojewódzkiego Związku Walki Młodych w Rzeszowie list z prośbą o podanie możliwości przyjęcia do szkoły rzemiosł budowlanych. Na początku użył zwrotu „Jaśnie wielmożni państwo”, bo tak go w domu nauczono pisać. Po kilku tygodniach otrzymał wszystkie potrzebne informacje wraz z pouczeniem, że teraz nie ma już „wielmożnych państwa”, ma pisać do „kolegów i koleżanek”.
ZWM skierował Kosia do Hufca Budowlanego „Świt” w Piątkowcu koło Łodzi, gdzie uczył się zawodu murarza i równocześnie odbywał służbę wojskową. Po zdaniu egzaminu czeladniczego został skierowany na budowy w Płońsku i w Pyrzycach.
Wkrótce Koś poczuł, że stać go na więcej. Złożył podanie o przyjęcie do Studium Przygotowawczego do Szkół Wyższych na Uniwersytecie Jagiellońskim i zdał egzamin. W ciągu dwóch lat słuchacze tego studium musieli opanować materiał szkoły średniej, co oczywiście wzbudzało wielki sprzeciw doświadczonych pedagogów, ale wtedy władzy byli potrzebni ludzie wykształceni. Potem studia w Szkole Głównej Służby Zagranicznej w Warszawie i praca na zagranicznych placówkach. Nauczył się biegle pięciu języków.

Droga awansu

Streściłem początek książki nie tylko po to, by pokazać, jak chłopak z bardzo biednej rodziny, nauczony w domu paść krowy, padać na kolana, gdy przejeżdża dziedzic lub ksiądz, dochodzi do stanowiska konsula generalnego. Ludzi, którzy zrobili podobne kariery, było w tamtych czasach wielu. Kto jednak ma odwagę pisać o tym, kiedy pierwszy raz zobaczył pomidora, poszedł do dentysty czy kupił pastę do zębów, jak uczył się posługiwania nożem i widelcem? A pisze to funkcjonariusz państwowy, polski dyplomata. Nowy ustrój wydobył go z nieprawdopodobnie wielkiej biedy, dał mu szansę kształcenia. On tę szansę wykorzystał i nie wstydzi się o tym mówić, choć tyle osób brylujących na naszych salonach politycznych i towarzyskich nie chce wspominać o swoich korzeniach. No i oczywiście nikt nie kształcił się w czasach PRL…

Kazimierz Koś, Oczyma chłopskiego dziecka i konsula generalnego, Edytorial, Rzeszów-Warszawa 2016

Wydanie: 2016 25/2016

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy