Jeśli znajdę się nago na Marszałkowskiej…

Jeśli znajdę się nago na Marszałkowskiej…

…bez niczego i skazany tylko na siebie, to sobie poradzę i po dwóch tygodniach będę pożyczał innym kasę na procent

Mariusz Szczygieł – dziennikarz, ikona reportażu. Ostatnio ukazała się jego książka „Nie ma”

„Nie ma” jest swoistym wyznaniem wiary: w ludzi i potęgę opowieści. Zarazem kończysz książkę słowem: „Dziękuję”. Czy to jakaś forma twojego testamentu?
– Testament to za dużo powiedziane, raczej to forma autorefleksji i podkreślenia pewnego etapu w życiu, który zdarza się facetom po czterdziestce. To czas, gdy mężczyźni zaczynają zauważać swoje „nie ma”. Nie ma porannego wzwodu, nie ma tej siły i witalności, tej pewności siebie. Jedni zaczynają się rozglądać za młodszymi kobietami, drudzy kupują większe i dłuższe samochody, wsiadają na harleya i wyjeżdżają w Bieszczady. Tłumaczą sobie, że przecież się nie starzeją, to tylko organizm szwankuje, że to chwilowe, uciekają od tego. Ja postanowiłem zmierzyć się z moimi „nie ma” i napisać książkę.

Pisanie jest dla ciebie formą radzenia sobie z przemijaniem?
– Uważam, że pisanie wyzwala. Kiedyś Hanna Krall opisywała historię swojej koleżanki, która zadzwoniła do niej w nocy z Tel Awiwu. Ogłoszono alarm bombowy, wszyscy zeszli do schronu, windy stanęły, a ona została sama na wysokim piętrze wieżowca. Ma chore nogi – efekt tego, że jako dziewczynka podczas okupacji ukrywała się w grobie na cmentarzu – nie może więc zejść. Co ma robić, spytała Hannę Krall. Weź kartkę, doradziła pisarka, i pisz. Jak nic już nie można zrobić, można to zapisać. Ze mną jest podobnie: kiedy potrzebuję się uspokoić, piszę.

(W tym momencie do kawiarni, w której rozmawiamy, wchodzi Janusz Rudnicki i Mariusz wyjaśnia, że udziela wywiadu o książce, na co autor „Śmierci czeskiego psa” pyta, po co pisać książki. – Jak to po co? To jak z erekcją. To się dzieje samo – mówi Mariusz. – To jest jak polucja. Nawet o tym nie wiesz i dzieje się samo – dopowiada Rudnicki).

Jak długo pracowałeś nad tą książką?
– Pierwszą opowieść podrzucił mi Wojtek Tochman już w 2009 r. Była to historia profesora prawa, który całe życie walczył o prawo do eutanazji. Ostatecznie nie udało mu się wywalczyć zmiany prawa, ale kiedy po dziewięćdziesiątce sam zachorował, popełnił samobójstwo, skacząc z okna. To był jego bunt.

Tej historii nie ma w książce. Dlaczego?
– Do książki wybrałem inną historię samobójczą. Jednej historii bardzo żałuję, ale bohaterka nie zareagowała na mój list do niej. Była amerykańska gwiazda filmów porno miała wypadek samochodowy i na wózku wróciła do ojczyzny, czyli do Czech. Skończyła studia medyczne, jest w Pilźnie psychiatrą o dużej renomie. Ileż w tym „nie ma”… Szkoda, że nie mogłem o niej napisać.

Chciałem, żeby w „Nie ma” były również bardziej pogodne opowieści, mówiące o innych przykładach „nie ma” niż śmierć. Potrzebne były też opowieści bliższe żyjącym. Wiesz, książka musi być dobrze skomponowana, nie może być tam za dużo smutku i dramatu. Trzeba wiedzieć, kiedy odpuścić.

Ważnym wątkiem książki jest także wiara. Deklarujesz się jako ateista, więc skoro nie w Boga, to w co lub kogo wierzysz?
– Przede wszystkim wierzę w siebie. Był taki czeski filozof Ladislav Klíma, który twierdził, że Bóg musi być wskrzeszony z człowieka, bo innego Boga nie ma. Jestem podobnego zdania i wskrzeszam Boga w sobie. Wierzę w siebie z wszystkimi swoimi zaletami i wadami. Wiem, że mogę na siebie liczyć. Ta wiara jest tak silna, że gdybym nawet siebie zawiódł, to nie miałbym do siebie pretensji, bo przecież wierzę w siebie.

Bardzo mocna deklaracja! Trochę w tym Nietzscheańskiego nadczłowieka, trochę zwykłego narcyzmu.
– Uważam, że jeśli kiedyś znajdę się nago na środku Marszałkowskiej, bez niczego i skazany tylko na siebie, to sobie poradzę i po dwóch tygodniach będę pożyczał innym kasę na procent. Wierzący w Boga przerzucają odpowiedzialność na Niego, zapominają o sobie. Potem, gdy przychodzi kryzys, nie potrafią działać. Ja jestem przygotowany na wszystko. Wiesz, że od lat nie mam żadnego ubezpieczenia emerytalnego? Sam sobie odkładam pieniądze na specjalnym koncie i tej kasy w ogóle nie ruszam. Nie ma sytuacji, żebym wziął chociaż grosz z tych pieniędzy! No chyba że coś się stanie z moimi rodzicami, którymi się opiekuję.

Na pewno wierzysz też w ludzi. To cecha dobrych reporterów.
– Wierzę w dobre relacje z ludźmi. Ufam, że ludzie dadzą mi to, czego potrzebuję, że okażą się dobrzy. Inna sprawa, że ja nie mam poczucia obciachu i nie przepuszczam! Zagaduję obcych ludzi, jakby byli moją rodziną. Kiedyś, idąc ulicą, zauważyłem pewną panią pod parasolem, chociaż deszcz przestał już padać. Większość ludzi mijała ją i nie zwracała uwagi, ale ja do niej podszedłem i szeroko się uśmiechając, mówię: mam dla pani dobrą wiadomość. Może pani złożyć parasol, już nie pada.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 2/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 2/2019

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy