Jestem tylko tenorem

Jestem tylko tenorem

Piotr Beczała otworzy sezon w mediolańskiej La Scali

Dyrektor artystyczny Metropolitan Opera nazwał niedawno Piotra Beczałę pierwszym tenorem lirycznym świata.  Jego kariera osiągnęła szczytowy rozmach. To już niezaprzeczalnie marka światowa, czego dowodem jest choćby instrukcja dla anglojęzycznych miłośników opery, że jego nazwisko należy wymawiać: beh•TCHA•wa.
Ale od 7 grudnia Beczała przenosi się z Nowego Jorku do Mediolanu, gdzie na otwarcie sezonu na legendarnej scenie Teatro alla Scala wystąpi w „Traviacie” Giuseppe Verdiego. Ta wyjątkowa noc jest uznawana za najważniejsze wydarzenie kulturalne. Wcześniej nasz tenor otwierał sezon operowy w Nowym Jorku, występując w partii Leńskiego w „Eugeniuszu Onieginie” u boku Mariusza Kwietnia i Rosjanki Anny Netrebko.

Aria w garderobie

Teraz pojawi się w jaskini lwa, w świątyni włoskiej sztuki operowej, gdzie nie ma żadnej taryfy ulgowej, gdzie gwizdy i inne objawy niezadowolenia są na porządku dziennym, publiczność nie przepuści ani jednej fałszywie zaśpiewanej nuty, a pomidory rzucane z widowni trafiały już w największych i najsławniejszych. La Scala to szczególne miejsce, uświęcone prawie 300-letnią tradycją. W tym niezwykłym teatrze nawet garderobiane i charakteryzatorki znają na pamięć arie z oper klasycznych. „Traviata” jest nieśmiertelnym hitem, gdzie najdrobniejsza obsuwa nie może ujść bezkarnie. Zresztą ci, którzy przyjdą na galowe przedstawienie 7 grudnia, słono zapłacą za miejsca (najdroższe bilety po 3,5 tys. euro), będą więc wymagać najwyższej jakości.
Specjalnego znaczenia nabiera fakt, że właśnie Włosi, szalenie wrażliwi na punkcie swojej muzyki, zaprosili Polaka do głównej roli męskiej w „Traviacie”. Poprzednik Piotra Beczały, Wiesław Ochman, który w mediolańskiej La Scali i w nowojorskiej Metropolitan Opera występował w latach 70., żałował, że jako tenora z Polski zapraszano go najczęściej do ról w operach rosyjskich i czeskich, bo uważano, że tylko Słowianin poradzi sobie z trudnymi głoskami języków tej grupy. Beczała przeskoczył ową etniczną granicę. Jest oczywiście uważany za wybitnego specjalistę od muzyki słowiańskiej, czego dowodem występ w „Eugeniuszu Onieginie”, ale zyskał także akceptację słuchaczy z kręgu niemieckojęzycznego, jest zapraszany na najważniejsze gale operowe, a nagranie dla firmy Deutsche Grammophon z repertuarem słynnego niemieckiego tenora Richarda Taubera przypieczętowało tę specjalność. A teraz Włosi powierzyli mu swój największy skarb.
Przed premierą „Oniegina” w Nowym Jorku dziennikarze pytali Annę Netrebko, czy nie byłoby lepiej, gdyby jej partnerami byli zamiast Polaków Rosjanie, wśród których jest wiele znakomitych głosów. Netrebko jednak odpowiedziała, że na scenie Met muszą występować najlepsi śpiewacy, a lepszych od Beczały i Kwietnia na razie nie ma.
Do Mediolanu Anny Netrebko nie zaproszono. Jako Traviata, czyli paryska kurtyzana Violetta Valery, wystąpi niemiecki sopran Diana Damrau. Uważa się ją za najlepszą współczesną Violettę z uwagi nie tylko na głos, lecz także dramatyczną intuicję i doskonałą prezencję. Blogosfera jest pełna komentarzy na temat jej wcześniejszych kreacji w „Traviacie” w nowojorskiej Met. Jesteśmy jednak pewni, że zakochany w Violetcie Alfred (Piotr Beczała) nie da się oślepić blaskiem tej światowej gwiazdy.

Więcej seksu na scenie

Dokładnie rok temu, na jubileusz 20-lecia pracy artystycznej, Piotr Beczała przyjechał do Warszawy. Po czterech latach stołeczna publiczność znów usłyszała jego wspaniały głos, a publicystka muzyczna „Polityki” Dorota Szwarcman pisała na blogu: „Trudno było nam dziś go poznać, tak zmienił image. Wyszczuplał (podobno zrzucił 15 kg), wyprzystojniał, zapuścił wąsik i bródkę à la Johnny Depp”.
W Nowym Jorku na Manhattanie Piotr Beczała mieszka niedaleko Anny Netrebko. Często się spotykają, zapraszają na wspólne posiłki, razem gotują. Gdy śpiewają na scenie, mówi się, że to duet marzeń. Ale nie ma w tym żadnej dwuznaczności, bo i Piotr jest żonaty ze śpiewaczką, i Anna ma męża śpiewaka.
– Kiedy zostaliśmy małżeństwem – wspominał w wywiadzie dla kobiecego miesięcznika – Kasia zrezygnowała z kariery śpiewaczki. Dla wszystkich, łącznie ze mną, było to bardzo zaskakujące, bo zapowiadała się dużo lepiej niż ja.
W istocie, mezzosopran Katarzyna Bąk-Beczała po wygraniu międzynarodowego konkursu śpiewaczego została nagrodzona stażem w La Scali, a mimo to po powrocie z zagranicy potrafiła poświęcić się rodzinie, mężowi. Jest jego oczami i uszami, surowym krytykiem i prywatnym fotografem. Ale przede wszystkim jest podporą w trudnym życiu artysty. – Ustabilizowane życie w środowisku śpiewaków to luksus, dlatego doceniam, że je mam – mówił w jednym z wywiadów Piotr Beczała. – Ten zawód nie pomaga w utrzymaniu związku, i to nie tylko ze względu na ciągłe podróże – wiele osób sytuacje sceniczne przenosi do prawdziwego życia i czasem od flirtu w spektaklu do romansu w rzeczywistości jest niebezpiecznie blisko. Ja nie mam problemu z oddzieleniem pracy od życia, a żona ufa mi całkowicie. Gdy w Wiedniu śpiewałem w „Romeo i Julii”, moją partnerką była piękna, młoda Bułgarka. Po premierze Kasia radziła: „Pamiętaj, następnym razem trochę więcej seksu na scenie”. Powtórzyłem to swojej scenicznej Julii, która ze śmiechu omal nie wpadła pod stół, bo takie zachowanie żony śpiewaka operowego nie jest typowe. W tym świecie jest wiele zazdrości, podejrzeń, intryg.

Nowe terytoria

W wywiadzie dla „The Examiner” Piotr Beczała zdradził nieco planów na przyszłość. W 2016 r. nasz znakomity tenor wystąpi w operze Ryszarda Wagnera. Sześć lat temu zarzucił niemiecki repertuar, bo lepiej czuł się we włoskim, a dla tenora śpiewanie włoskich arii jest dużo bezpieczniejsze niż siłowanie się z wagnerowskimi maratonami. Teraz zaś ogłasza, że w Dreźnie wystąpi w tytułowej roli Lohengrina pod dyrekcją Christiana Thielemanna. Zamierza też rozszerzać repertuar włoski – będzie Manrikiem w „Trubadurze”. Może pojawi się jako Don José w „Carmen” lub Cavaradossi w „Tosce”. Myśli też o popularyzacji polskiego repertuaru za granicą. Razem z Mariuszem Kwietniem zaśpiewa w 2018 r. w Chicago w „Królu Rogerze”, ale myśli, że to samo mogłoby się udać i w Met w Nowym Jorku. – Jestem tylko tenorem – mówi autoironicznie – i nie wiem, czy udałoby mi się przekonać dyrektora artystycznego tej opery. A wymarzoną Roksaną w „Rogerze” byłaby Anna Netrebko.
Beczała marzy też o operach Moniuszki w Ameryce, o „Halce” i „Strasznym dworze”.
Zastanawia tylko, że swoich planów artystycznych nie wiąże z polską sopranistką Aleksandrą Kurzak, która także przebiła się do Met. Aleksandra jest młoda i ładna. Śpiewa zachwycająco, ale komentatorzy z przekąsem opisują jej próby zdobycia popularności w lżejszym repertuarze. O nagraniu kolęd z Sebastianem Karpielem-Bułecką nie pisze się zbyt pochlebnie. Krytycy brytyjscy chwalili jej występ w londyńskiej Covent Garden w „Napoju miłosnym”, polscy zaś zjechali występ z Edytą Górniak na gali TVN. A my chętnie posłuchalibyśmy „Traviaty”, choćby w Warszawie, z udziałem Aleksandry Kurzak, Piotra Beczały i Mariusza Kwietnia.


Gala za 31 złotych
W Polsce sieć placówek Multikino stworzyła możliwość uczestniczenia w muzycznym święcie 7 grudnia. Zobaczymy i usłyszymy na wielkim ekranie to samo, choć nie tak samo, za jedyne 31 zł. Transmisja odbywa się w jakości HD (High Definition, 5.1) z wykorzystaniem nowoczesnych technologii przekazu satelitarnego.

Wydanie: 48/2013

Kategorie: Kultura

Komentarze

  1. fanopery
    fanopery 13 grudnia, 2013, 09:59

    Przepraszam bardzo, ale skąd autor zaczerpnął tę wstrząsającą tezę, że „Diana Damrau uważana jest za najlepszą współczesną Traviatę” ?! Do repertuaru włączyła tę rolę dopiero w tym sezonie, w Mediolanie był to jej, po Zurichu i N. Jorku, dopiero trzeci występ w tej roli. Interpretacja dopiero się kształtuje. Choć by z tego powodu należy uznać, że o wiele bardziej doświadczone i kompletne są, w tej chwili, wykonania takich śpiewaczek jak Patrizia Ciofi, Elena Mosuc, Angela Gheorghiu, Anna Netrebko czy Renee Fleming.
    Moim osobistym zdaniem Damrau wypadła, podczas niedawnej premiery w La Scali, tak sobie pod względem wokalnym i scenicznym. Na pewno nie pomógł jej dyrygent, a tym bardziej reżyser.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy