Żadnej książki nie wymyśliłbym przy biurku

Żadnej książki nie wymyśliłbym przy biurku

Na koniec dnia i tak zobaczycie faceta, który bębni w klawiaturę i robi sobie garba


Jakub Żulczyk – pisarz, scenarzysta i dziennikarz, autor m.in. „Ślepnąc od świateł”, „Instytutu” i „Wzgórza psów”


„Informacja zwrotna”, twoja najnowsza powieść, rozpoczyna się od cytatu ze „Straconego weekendu” Charlesa R. Jacksona. Marcin Kania, główny bohater, jest takim polskim Donem Birnamem, idącym ku przepaści. Nałóg pozbawił go samokontroli. Napisałeś bardzo filmową opowieść – bardziej czerpałeś z pierwowzoru literackiego czy z ekranizacji Billy’ego Wildera?
– Na pewno ta książka bardzo mnie zainspirowała, czytałem ją rok temu, to zresztą jedna z lepszych powieści o alkoholizmie. Tak, jest też ekranizacja z 1945 r., jednak mam wrażenie, że to powieść ma w sobie większą dawkę mroku, tragizmu i to ona mogła być dla mnie realną inspiracją. Wspominasz o tej filmowości; myślę, że praktycznie każda moja książka taka jest, przy każdej premierze dochodzą do mnie podobne głosy, więc to już jest swego rodzaju truizm. Warto się zastanowić, dlaczego czytelnicy w ogóle posługują się takim terminem. Ja piszę bardzo obrazowo, skupiam się na aspektach fabularnych, na historii, która umiejętnie się konkluduje, to nie są aż tak oczywiste rzeczy we współczesnej literaturze w Polsce. Właśnie to znaczy ta „filmowość”, taką dynamiczną literaturę pochłaniającą czytelnika, która narzuca pewną akcję, miejsce i przede wszystkim moją własną wizję.

Chyba nie przepadasz za tym określeniem.
– Ponieważ uważam, że to nie wynika wyłącznie z moich predyspozycji związanych stricte z prozą. Świetnie odnalazłem się też w scenariopisarstwie, obecnie jest ono moim drugim, równoległym zawodem, bo okazało się, że umiem wymyślić fabułę, rozpisać intrygę, napisać przekonujących bohaterów i jeszcze to wszystko połączyć w zgrabną całość. Mój sposób storytellingu sprawdza się w obu wspomnianych źródłach, myślę więc, że nie trzeba tego w ten sposób szufladkować. Dotarłem do momentu, w którym moje dwa aktualne zajęcia, bycie pisarzem i scenarzystą, zaczęły się przeplatać.

Jaka jest geneza tej powieści? Ile jest w niej ciebie i twoich doświadczeń, a na ile to fikcja, mająca wykreować ciekawy świat?
– Żadnej mojej książki nie wymyśliłbym przy biurku. One za każdym razem, mniej lub bardziej, wyrastają z moich doświadczeń. Kilka lat temu napisałem „Wzgórze psów”, które de facto jest o miejscu, z którego pochodzę. Sytuacje opisywane w tej powieści nigdy mi się nie przytrafiły, bohater też nie jest mną, ale lęki i strachy na pewno są scalone z moją osobą, z jej wszelakimi doświadczeniami.

Nie robię tajemnicy z tego, że sam byłem na terapii i wychodziłem z uzależnień. Co więcej, prowadzę podcast na ten temat („Co ćpać po odwyku”), w którym mówię wprost o trudnych momentach mojego życia. Gdyby nie te doświadczenia, nie mógłbym napisać takiej książki jak „Informacja zwrotna”. Prawdopodobnie nawet nie przyszedłby mi na nią pomysł! Bo przecież ona od środka opisuje cały proces terapeutyczny, ja sam tego typu rzeczy przeżyłem. Z drugiej strony nie zapominajmy, że to wciąż tylko powieść z autorskim pomysłem, który w żadnym wypadku nie opiera się na mojej biografii. To raczej odpowiedź na pytanie, co by się ze mną stało (Kania w powieści jest nieco starszy ode mnie), gdybym dalej zmagał się z tym wszystkim, przez co przechodziłem w trakcie terapii.

Rozważasz różne scenariusze, ale jeszcze wiele może się wydarzyć.
– Oczywiście, nie ma gwarancji, że ja za te kilkanaście lat nie zacznę znowu pić lub brać narkotyków. Nikt nie daje mi takiego zapewnienia, że wszystko będzie już dobrze. I pod żadnym pozorem osoba uzależniona nie powinna dawać go sobie, bo to jest pierwszy krok do klęski. Chciałem napisać taką przestrogę dla samego siebie. Przy okazji zafascynował mnie literacko bohater, który ma 50 lat

i część życia już przeżył. Dotychczas byli to moi równolatkowie, ludzie, którzy wciąż mogą bardzo dużo zmienić, choć w powieściach przytrafiają im się rzeczy tragiczne. Owszem, Kania nadal ma szansę doświadczyć sporo dobrego, ale nad tym bohaterem wisi już ciężar straconych szans. A tymi „straconymi szansami” są realne, fizyczne cierpienia ludzi, którzy go otaczają.

Jak dotarłeś do momentu, w którym wiedziałeś już, że obcujesz z finalną wersją „Informacji zwrotnej”? Tą tuż przed wysłaniem do korekty.
– Zastanawia mnie, dlaczego czytelników interesuje ten proces „powstawania”. Sam w życiu nie zapytałbym pisarza o tego typu technikalia (śmiech). Mogę ci to opisać kwiecistymi metaforami, kiedy siadam przy biurku i zaczynam kombinować przed komputerem. Ale na końcu dnia i tak zobaczyłbyś faceta, który bębni w klawiaturę i robi sobie garba. Tutaj powrócę do scenariuszy – w tym medium, zanim siądziesz do pisania, musisz mieć już wszystko wymyślone. Wówczas siadasz przed laptopem i po prostu robisz swoje: opisy, dialogi, przelewasz na papier uporządkowane wcześniej pomysły. To właśnie jest „filmowe”, bo uwzględniasz tam wiele wskazówek, z których następnie korzysta cała ekipa filmowa. Gdybym w taki sposób miał pracować przy każdej powieści, to prawdopodobnie bym oszalał!

Kiedy siadam do powieści, pragnę się w jakiś sposób zaskoczyć, to ma być chwila oddechu od tej drobiazgowej pracy filmowej. Nie mam jeszcze każdego elementu tej pisarskiej układanki. Stawiam na stole kawałek marmuru, a następnie odłupuję wszystko, co nie jest Dawidem. To jest bardziej tego typu praca. Stephen King idealnie opisał ten schemat. Przyrównał to pisanie do odkopywania dinozaura. Trzeba wyobrazić sobie, że jest się archeologiem, kimś w rodzaju Indiany Jonesa. Idziesz gdzieś na pustyni, znajdujesz kawałek kości i zaczynasz kopać, kopać i jeszcze raz kopać. W pewnym momencie rozumiesz, że te znalezione kawałki kości, które po kolei odnajdywałeś, tworzą całość w postaci szkieletu dinozaura. Dobra historia to właśnie odkopywanie tego szkieletu.

Kiedy fakty mieszają się z imaginacją, chwilami przypomina to „Pod wulkanem” Malcolma Lowry’ego. Zależało ci na stworzeniu książkowej fantasmagorii?
– Czytałem Lowry’ego dawno temu, ale pamiętam z tej książki samo wrażenie. Chodzi mianowicie o stworzenie uczucia, że mamy do czynienia z realizmem na poziomie procesu myślowego pijaka. Przyjęcie tego typu niecodziennej perspektywy jest w „Pod wulkanem” cholernie wiarygodne, więc na pewno nawiązywanie do takiego zabiegu było wyzwaniem przynajmniej trudnym.

Inspiracja Lowrym, a kim jeszcze?
– Jeśli mam być szczery, to nie przeprowadzam procesów myślowych, które miałyby mi wytłumaczyć, kim się inspiruję, skąd podświadomie biorę pomysły czy z czego mogłem (możliwie) czerpać. To moja książka, zagłębianie się w formalności raczej nie ma sensu. „Informacja zwrotna” jest moją dziewiątą powieścią, ja już nie mam metody pracy, że patrzę na półkę/wchodzę na Kindle’a i zastanawiam się, od kogo tym razem „podkradać” pomysły itp. Mnie w dużej mierze inspirują historie opowiedziane przez innych, te przeżyte, gdzieś zasłyszane, godne nagłośnienia. To kluczowe aspekty, które wpływają na końcową strukturę moich książek.

Nazywasz swoją książkę antykryminałem. Skąd człon „anty”?
– Kiedy napisałem „Wzgórze psów”, promowaliśmy je jako tradycyjny kryminał, którym do końca ta książka nie była. Ludzie oczekiwali tradycyjnej powieści z konkretnym tempem narracji, otrzymali coś zupełnie innego i czytelnik zachęcony opisem czuł się nieco oszukany. Nie chciałem go po raz kolejny rozczarować. Dlatego tłumaczę, że jest w „Informacji” jakaś zagadka, mamy tam intrygę, ale to w żadnym wypadku nie jest standardowy kryminał. W pewien sposób z wydawcą przypomnieliśmy ludziom, że książka Żulczyka jest napisana przez Żulczyka! Tutaj mieszają się konwencje, te powieści są zróżnicowane, z tym trzeba się liczyć na starcie. To „anty” nie jest na wyrost, bo fabularnie moja książka jest śledztwem na opak. Marcin Kania prowadzi swoje śledztwo, ale w tym samym momencie dotyczy ono jego samego. Pozostaje pytanie, czy on zdaje sobie z tego sprawę.

Oprócz głównego wątku zaginięcia syna protagonisty skupiasz się na problemie warszawskiej dzikiej reprywatyzacji. Dlaczego postanowiłeś w ogóle rozwinąć ten motyw w powieści o zbrodni i uzależnieniach?
– Na początku przeczytałem dwie książki, które pozwoliły mi zrozumieć ten temat: „Ukradzione miasto” Jana Śpiewaka i „Święte prawo” Iwony Szpali i Małgorzaty Zubik. Jestem człowiekiem, który ma w sobie taką wrażliwość społeczną. Może nie jest ogromna, jednak jest rozwinięta, dlatego poruszam ten temat w powieści. Sprawiedliwość jest dla mnie ważna, zarówno jako dla człowieka, jak i dla artysty, często poruszałem ten wątek w poprzednich książkach. Kiedy zapoznałem się ze sprawą reprywatyzacji, wydała mi się jakimś urzeczywistnieniem koszmaru. To historia rodem z „Chinatown” Romana Polańskiego, to kryminał noir, w którym widzimy zdegenerowaną, zniszczoną sprawiedliwość społeczną. Sektor publiczny w tym wypadku jest tak zdemoralizowany, że jeśli ktoś stara się stanąć   przeciw niemu, to prędko zobaczy, że jest sam jeden przeciw wszystkim. Wydało mi się to niebywale literackie, a do tego jest w tym jakaś prawda o Polsce ostatnich 30 lat.

Jaka jest ta Polska ostatnich 30 lat?
– To Polska, w której od minionych czasów nie zbudowano żadnego społeczeństwa wspólnotowego, odpowiedzialnego… obywatelskiego wręcz! Zakorzeniła się w nas pewna mentalność. Przez historię (najnowszą oraz tę z XX w.), polaryzację, brak integralności społeczeństwa mamy poczucie ciągłego zagrożenia w postaci wroga zewnętrznego. Nic nie jest dla nas stałe, a co za tym idzie, dochodzi do bezprawia i prawdziwych ludzkich dramatów. Główną wartością dla człowieka jest zrobienie „dobrego interesu”. Ta reprywatyzacja (i wartości, jakie za nią stoją) zrymowała mi się z historią Marcina Kani. Uzależnienie od pieniędzy też jest chorobą. W dzisiejszych czasach potrafimy stawiać tylko i wyłącznie na zysk. Staliśmy się chciwi. I moja powieść ukazuje ten problem na różne, mniej lub bardziej drastyczne sposoby.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 31/2021

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy