Joanna, nowotwór i Oscar

Joanna, nowotwór i Oscar

Film został doceniony przez krytyków na całym świecie, otrzymał ok. 30 nagród, w tym wiele nagród publiczności. Zawsze jest przyjmowany niezwykle emocjonalnie. Na festiwalu w Lipsku ktoś podszedł do Anety: „Wiesz co, otworzyłaś mi oczy, byłem na festiwalu dwa dni, ale teraz wracam do rodziny, bo zdałem sobie sprawę, jak bardzo ich zaniedbywałem ostatnio”. Innym razem, w Polsce, podbiegła dziewczyna: „Dziękuję ci za ten film. Ja chcę mieć dziecko, i to natychmiast!”. A w Stanach: „Nie znajduję słów na to, co chciałbym wyrazić. Może dlatego, że film jest o tym, co z natury rzeczy jest ulotne i niemierzalne, niedefiniowalne, dlatego cokolwiek bym powiedział, będzie kalekie. Ale skoro jest niemierzalne, niedefiniowalne, to albo to poczujesz, albo nie. Ja poczułem”.

– Szkoda, że nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że proste czynności, które wykonujemy codziennie, i to, że mamy na nie siłę, że nasze dziecko jest zdrowe, to jest najważniejsze – mówi Aneta Kopacz. – A cała reszta to tylko dodatki. Irytuje mnie nieznośne narzekanie, że czegoś brakuje, że dobrze byłoby, gdyby… A moja bohaterka mimo wielu ograniczeń cieszyła się życiem. Joannę zaatakował nowotwór, ale przecież wystarczy inny rodzaj słabości. Dlaczego dopiero wtedy potrafimy tęsknić za codziennością? Za tą prostą, dobrą codziennością. Czy musimy dostać obuchem w łeb, czy koniecznie los musi nam wyznaczyć ramy, żebyśmy wreszcie zaczęli po prostu żyć i doceniać to, co mamy?

Aneta to osoba o niezwykłej wrażliwości. – Jestem emocjonalna, płaczę, kiedy mi ciężko, a gdy się cieszę, skaczę jak dziecko. Niektórzy mogą to postrzegać jako irracjonalne. Pamiętam, jak sześć lat temu w Stanach, na planie polsko-amerykańskiego filmu, coś mnie rozbawiło i śmiałam się kilka minut. Ekipa zaś długo patrzyła na mnie, nie rozumiejąc, o co chodzi. Później pękali ze śmiechu razem ze mną. Do dzisiaj dzwonią, mejlują i mówią, że tęsknią za takim szczerym wyrażaniem emocji. Przeważnie myślimy, że czegoś nie wypada, że trzeba zachować umiar. Umiar jest ważny, ale czy zawsze i we wszystkim? Myślę, że ludziom przydałoby się więcej spontaniczności.

– Zawsze byłam nadwrażliwa – dodaje Aneta. – Źle się odnajdywałam w dużych grupach, nie pasowałam i niespecjalnie znajdowałam kontakt z rówieśnikami. Rodzice podkreślali, że moją wielką zaletą jest to, że jestem bardzo dojrzała na swój wiek. A ja nie czułam się z tym dobrze. Bo dziecko ma być tyle dojrzałe, ile ma lat. Na imprezach domowych w liceum zawsze grała głośna muzyka, wszyscy krzyczeli, obok w dodatku ryczał jakiś film sensacyjny. Nie potrafiłam przez to się przebić. Nie umiem krzykiem rozmawiać. Do kontaktu z drugim człowiekiem potrzebuję ciszy i spokoju. To poczucie wyobcowania wcale nie sprawiało, że czułam się indywidualistką. Myślałam: „Nie pasuję, bo jestem gorsza, bo ja nie umiem tak jak oni”.

– Jechałam kiedyś podmiejskim pociągiem do Warszawy – wspomina reżyserka. – W jakiejś wiosce dosiadły się dwie dziewczyny. Całą drogę, przez półtorej godziny, opowiadały o zabawie na wsi: „Zenek wpierdolił tamtemu, tamta panienka się najebała, a ta się teraz prowadza z tym”. Wszystko dosadnym językiem. Strasznie się ekscytowały, a ja miałam łzy w oczach. Czemu nie jestem taka? Być na takiej zabawie, cieszyć się takimi rzeczami, wejść w takie relacje, po prostu. I nie mieć 50 refleksji na godzinę… Nie wiem naprawdę, skąd ja się wzięłam?

– Kiedyś spotkałam się z kolegą po latach – opowiada Aneta. – On, człowiek znakomicie sytuowany finansowo, przeżywał akurat kryzys w małżeństwie. Pogubił się, stracił sens, był przytłoczony. Spytał, co mnie cieszy. A ja z wielkim entuzjazmem opowiadałam mu o pierdołach. O tym, że lubię moment, kiedy siedzę sobie w domu, nikt nie dzwoni – wtedy jeszcze nie miałam rodziny – zapalam kadzidło, zaparzam ulubioną herbatę, włączam jazz… „I co ty wtedy robisz?”, on pyta. Nic! Łażę po domu, podejdę do okna, zdjęcie zrobię, potem usiądę. Coś przeczytam. Czasami dwa dni tak łażę! Popatrzył na mnie i powiedział: „Zobaczymy, czy to kręcenie się z kubkiem herbaty przy jazzie będzie cię tak podniecać za 10 lat”. Akurat mija te 10 lat. I co? Dzisiaj żałuję, że mój tzw. wielki sukces odebrał mi to wszystko. Jak ja za tym tęsknię! Tak, w tym całym szaleństwie, które dzieje się wokół filmu od bardzo dawna, a szczególnie przed oscarową galą, marzyłam o łażeniu po domu z kubkiem. Nominacja do Oscara jest gigantycznym sukcesem, ale bardzo brakowało mi moich codziennych radości. Sukces ma drugą stronę, o której nikt nie chce mówić, bo to niepopularne, jak śmierć.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 9/2015

Kategorie: Kultura