Pierwszy stradivarius w Polsce

Pierwszy stradivarius w Polsce

Stradivarius zmienia podejście do artysty, podnosi także prestiż kraju, z którego skrzypek przyjeżdża

Janusz Wawrowski – skrzypek

Znowu w polskiej wiolinistyce zapisał się pan w kategorii „pierwszy”. Po raz pierwszy wykonywał pan na koncertach wirtuozowski komplet 24 „Kaprysów” Paganiniego, a teraz jako jedyny Polak wszedł pan w posiadanie instrumentu Antonia Stradivariego. Inspirują pana takie wyczyny?
– Myślę, że każdy artysta ma ambicje, chce być dostrzeżony i zapamiętany.

Proszę opisać skalę trudności w graniu ciągiem 24 „Kaprysów”. Czy to właśnie powstrzymuje innych skrzypków przed tego typu recitalami?
– To wyzwanie w głównej mierze psychofizyczne. Dobrze przygotowany skrzypek może wykonać wszystkie „Kaprysy” na przestrzeni kilku lat, ale by wyćwiczyć wszystkie w jednym momencie, trzeba stworzyć dosyć radykalny, zdyscyplinowany system pracy. Trzeba też mieć pomysł na konsekwentny i spójny recital, aby np. grając „Kaprys” nr 1, pamiętać, jak będzie brzmiał ostatni, nr 24. I wreszcie trzeba wytrzymać kondycyjnie godziny ćwiczeń, bo bez ćwiczenia całego cyklu się nie zagra. Praca nad przygotowaniem takiego koncertu trwa kilka lat.

Pan po raz pierwszy podjął to wyzwanie jeszcze podczas studiów. A potem było nagranie płytowe kompletu „Kaprysów”.
– 24 „Kaprysy” zagrałem pewnie ze 30 razy w wielu miejscach. Ostatni raz trzy lata temu w Europejskim Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach podczas Zimowej Akademii Muzycznej. Pierwsze nagranie płytowe w firmie CD Accord niedawno zostało ponownie wydane przez Warner Classics.

Będą następne koncerty z „Kaprysami”, kolejne nagrania?
– To duże przedsięwzięcie, do którego za każdym razem trzeba się przygotować bardzo starannie, w tym czasie nie można brać udziału w innych koncertach.

Ma pan w tej kaprysowej dziedzinie wielu konkurentów za granicą?
– Co innego nagrać wszystkie 24 utwory, bo to można robić sukcesywnie, a co innego wykonać wszystko na żywo jednym ciągiem. Na to decyduje się niewielu artystów.

Jaki recital byłby porównywalny pod względem trudności?
– Wykonanie jednym ciągiem sześciu sonat Eugène’a Ysaÿe’a wydaje się czymś podobnym. Co prawda, są one w całości nieco krótsze, ale pod względem technicznym jeszcze bardziej wyrafinowane, nowocześniejsze, mają więcej wielogłosowej polifonii. Na razie nagrałem tylko dwie sonaty. Można też się pokusić o zarejestrowanie wszystkich dzieł na skrzypce solo, a więc partit i sonat, Jana Sebastiana Bacha. W tych utworach jest jakaś nieopisana głębia. Pojawia się trudność o charakterze stylistycznym, bo są miłośnicy wykonań ortodoksyjnych, na starych instrumentach na strunach jelitowych, albo na nowych instrumentach, ale bez wibracji. Nagrywając solowy cykl Bacha, trudno dogodzić wszystkim melomanom. Jednak wielość i kompleksowość trudności technicznych zawartych w „Kaprysach” Paganiniego nie ma sobie równych.

Ciekawe, jak te dzieła zabrzmiałyby na skrzypcach Stradivariego. Specjalnie dla pana zakupił je jeden z najbogatszych Polaków, aby wypełnić lukę, bo od czasów wojny nie było w naszym kraju ani jednego instrumentu, który wyszedł spod ręki włoskiego mistrza.
– Jestem ogromnie rad, że właśnie mnie przypadł pierwszy stradivarius. Od pewnego czasu starałem się o pozyskanie dla Polski instrumentu tej klasy. Szczęśliwie na zakup zdecydował się mecenas, który nie chce ujawniać nazwiska. Z pewnością jest on dobrze poinformowany o moim dorobku artystycznym i preferencjach programowych. A jednym z moich priorytetów jest promocja muzyki polskiej. Ten instrument, gdy pojawił się na rynku, był łakomym kąskiem. Ogromnie chciał go zdobyć (oczywiście z pomocą sponsora) koncertmistrz orkiestry La Scali. Polski nabywca jednak ubiegł Włocha.

W jakim stanie jest nasz stradivarius?
– Jego stan techniczny jest znakomity. Instrument jest w całości oryginalny. Są oczywiście pewne elementy, które trzeba wymieniać co kilkadziesiąt lat, ale to, co najważniejsze, pudło rezonansowe, jest oryginalne i świetnie zachowane. Ponieważ na instrumencie przez ponad 30 lat nie grano, wymaga pewnego czasu, aby się akustycznie ożywił.

Mówi się, że to tzw. mały stradivarius.
– Nie jest mniejszy, jeśli chodzi o długość, ale pudło jest nieco węższe niż w późniejszych instrumentach. Skrzypce z 1685 r. pochodzą z czasów, gdy Stradivari przechodził ze stylu swojego mistrza Amatiego, który w XVII w. budował wąskie pudła, do oryginalnego stylu, którym zasłynął w złotym wieku XVIII, budując bardziej rozległe instrumenty.

Które skrzypce były lepsze?
– Panuje opinia, że te największe petardy pochodzą z XVIII w., ale w tej chwili już mogę stwierdzić, że moje skrzypce wykazują cechy najbardziej udanych egzemplarzy. Mam z nimi do czynienia dopiero od kilku tygodni i już pojawiają się brzmienia bardzo mocne, zachwycające. Instrument nabiera blasku i mocy z każdym tygodniem. Ważne również, abym ja nauczył się nim jak najlepiej posługiwać. Amerykański skrzypek Gil Shaham twierdzi, że swojego stradivariusa uczył się przez rok.

Czy świadomość, że ma pan w rękach cacko warte ok. 6-8 mln dol., nie działa paraliżująco? Musiał pan zmienić styl życia?
– Jest to oczywiście wielka odpowiedzialność. Instrument oficjalnie ma „swój dom” w skarbcu Zamku Królewskiego w Warszawie. Przy okazji koncertów i innych ważnych spotkań zostaje mi przydzielona ochrona. Sądzę jednak, że nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie chciał go ukraść. Instrument zostałby natychmiast zlokalizowany, gdy tylko pojawiłby się na rynku, ale ryzyko np. uszkodzenia istnieje. Od najmłodszych lat byłem uczony szacunku dla swoich skrzypiec, wpajano mi, że to jakby część mojego ciała. Dbałość pozostała do dziś, ale może się zdarzyć coś niespodziewanego. Były nawet przypadki, że dyrygent wytrącił soliście skrzypce z rąk. Lutnik oczywiście może wszystko posklejać, ale instrument klejony traci na wartości. Ubezpieczyciel musi wypłacić różnicę. Mam jednak nadzieję, że nic takiego się nie zdarzy.

Do tej pory grał pan na instrumencie zrobionym współcześnie. Czy siła przyzwyczajenia nie sprawi, że po kilku próbach ze stradivariusem wróci pan do dotychczasowego?
– Nie ma takiej możliwości. Umowa z darczyńcą opiewa na pięć lat. Mam jednak nadzieję, że zostanie przedłużona. Mój instrument współczesny wykonany przez Wojciecha Topę ma się dobrze, jestem też w posiadaniu instrumentu bardzo starego, XVIII-wiecznego, pochodzenia włosko-niemieckiego, na którym grał niegdyś koncertmistrz Filharmonii Narodowej Bogusław Bruczkowski. Jednak stradivarius brzmieniem deklasuje oba. Jego możliwości są nieporównywalne i nie dziwię się, że jest tak ceniony i wielbiony. Także na skrzypka, który gra na dziele Stradivariego, spływa część chwały, rośnie też szacunek dla kraju, z którego pochodzi artysta. Sam niejednokrotnie słyszałem pytania: na jakich skrzypcach grasz? Odpowiedź, że to stradivarius, zmienia natychmiast podejście do artysty, podnosi również prestiż kraju, z którego artysta przyjeżdża.

Co zagra pan publicznie na swoich legendarnych skrzypcach?
– Jeden z pierwszych występów ze stradivariusem odbędzie się w sierpniu podczas Festiwalu Chopin i jego Europa. Zagram zapomniany i niedokończony „Koncert skrzypcowy” Ludomira Różyckiego. Jeśli dobrze pójdzie, to dzieło zostanie nagrane w Londynie ze znakomitą orkiestrą brytyjską. Na płycie znajdzie się też „I Koncert” Karola Szymanowskiego. A dalej? Może uda się nagrać cały cykl utworów solowych Bacha, co byłoby zadaniem na kilka lat. Rok budowy skrzypiec, 1685, to przecież rok urodzin Bacha.

Czy pokusi się pan znów o „Kaprysy” Paganiniego?
– Kto wie. Teraz pewnie zagrałbym to inaczej. Tylko kilku skrzypków nagrało te dzieła dwukrotnie, Perlman, Ricci, Accardo. A ten instrument daje nowe możliwości.

Są „Kaprysy” w opracowaniu Karola Szymanowskiego, ze wspaniałą partią fortepianu. To byłby polski akcent.
– Warto o tym pomyśleć; choć Szymanowski opracował zaledwie trzy, zrobił to genialnie. Siedem opracował na skrzypce i fortepian Roman Maciejewski. A są jeszcze inne opracowania.


Janusz Wawrowski – (ur. 1982) laureat Fryderyka 2017 za płytę „Sequenza”. Wykładowca Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie. Pomysłodawca i dyrektor artystyczny międzynarodowych festiwali promujących muzykę polską – Muzyka na Szczytach w Zakopanem i Muzyczne Przestrzenie w Wielkopolsce. Umiejętności doskonalił pod okiem prof. Mirosława Ławrynowicza, prof. Yaira Klessa oraz Salvatore Accarda.


Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 24/2018

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy