Kamienie z Bahry przemówiły

Kamienie z Bahry przemówiły

Odkopać potrafi każdy dureń, prawdziwa archeologia jest wtedy, gdy się zrozumie, co to, i opublikuje

Prof. Piotr Bieliński – autor najnowszego odkrycia archeologicznego

Polska archeologia ma dziś bardzo wysoką pozycję w świecie. Pański najnowszy sukces dokłada się do narodowych dokonań w tej dziedzinie. Czy ułoży pan krótki ranking polskich osiągnięć archeologicznych?
– Ranga odkrycia nie zawsze jest na początku ewidentna. Archeolodzy bez przerwy coś odkrywają. Niekiedy okazuje się, że nic w ziemi nie ma, pustka, ale i ona czasami może mieć duże znaczenie. Dopiero po pewnym czasie szczęśliwi odkrywcy zdają sobie sprawę z wagi tego, co odkryli.

Gołym okiem nie widać?
– Potocznie uważa się, że wielkie odkrycie to skarbiec wypchany sztabami złota, co ma może wartość materialną, ale niekoniecznie naukową. Taka rewelacja byłaby jednak na pierwszym miejscu w rankingu układanym przez żurnalistów. Polska archeologia od czasów prof. Kazimierza Michałowskiego, który odkopał m.in. katedrę w Faras w Sudanie, miała kilka ewidentnych wzlotów, które wytrzymały upływ czasu i są dziś kamieniami milowymi w archeologii różnych części Bliskiego Wschodu. Po Faras kolejnym ważnym stanowiskiem była syryjska Palmyra, gdzie rewelacją było odkrycie przez prof. Michała Gawlikowskiego świątyni bogini Allat, które ciągle inspiruje zagranicznych badaczy. Z kolei pod koniec lat 60. nieżyjąca już prof. Jadwiga Lipińska prowadziła badania w Egipcie, w słynnym Deir el-Bahari, gdzie w miejscu przeczesanym wcześniej przez wielu archeologów odkopała pozostałości nieznanej świątyni faraona Totmesa III. Szybko odkrycie to właściwie zinterpretowała i wprowadziła do światowej egiptologii. W północnym Iraku natomiast prof. Stefan Karol Kozłowski odkrył prehistoryczną osadę neolityczną, fenomenalnie zachowaną, z bardzo starymi postaciami ludzkimi rzeźbionymi w kamieniu. To dokonanie weszło do literatury jako jedna z naszych archeologicznych pereł w koronie.

Mamy z czego być dumni

Rozumiem, że „szybko” w języku archeologów może trochę potrwać.
– Niekiedy najważniejsze odkrycia przychodzą po wielu latach, a nawet dziesiątkach lat badań. Tak było z pracami prowadzonymi przez polskich archeologów od lat 60. w Aleksandrii. Początkowe odkrycia zostały właściwie zinterpretowane dopiero po wielu latach dzięki dalszym wykopaliskom. Prowadzący wówczas badania dr Grzegorz Majcherek powiązał różne elementy i zrozumiał, że ma przed sobą ruiny najstarszej z archeologicznego punktu widzenia „wyższej” uczelni świata antycznego. Jest tam duże audytorium, są sale wykładowe i seminaryjne, katedra dla profesora i miejsca dla studentów. Aleksandria była słynna jako centrum życia intelektualnego i naukowego starożytności, ale dopiero dzięki polskim odkryciom wiadomo, jak takie akademie naprawdę wyglądały. To także odkrycie z pierwszej ligi. Trzeba tu dodać, że ważne odkrycia polskich archeologów miały miejsce nie tylko na Bliskim Wschodzie, który jest głównym polem działania badaczy z Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej Uniwersytetu Warszawskiego, ale i np. w Ameryce Południowej. Dr Miłosz Giersz odkrył w Peru w Castillo de Huarmey królewski grobowiec w rejonie, gdzie od lat trwały dzikie wykopaliska. I chodzi nie o to, że znaleziono przy okazji trochę złota, ale o to, że wyposażenie grobowca znaleziono rozłożone tak, że widać było, z jaką intencją poukładano w nim starannie wszystkie części, co one miały symbolizować i co się za tym kryje.

Najważniejsze jest więc potwierdzenie nowego znaleziska w publikacji.
– Zacytuję tutaj naszego mistrza prof. Kazimierza Michałowskiego. Gdy byłem jeszcze na V roku studiów, powiedział, że odkopać potrafi każdy dureń, a prawdziwa archeologia jest dopiero wtedy, gdy się zrozumie, co to, i opublikuje. Z każdym rokiem zdawałem sobie sprawę, że profesor był wizjonerem i miał intuicyjne wyczucie potencjału naukowego odkryć.

Przejdźmy do pańskiego odkrycia. W notkach prasowych podano, że dokonał go pan przed końcem sezonu archeologicznego. Co to znaczy?
– Nikt nie będzie prowadził prac wykopaliskowych na Bliskim Wschodzie po 15 maja i przed 1 października. Po prostu nie wytrzymalibyśmy pracy na pustyni przy temperaturach powyżej 42 st. C. W Sudanie sezon jest jeszcze krótszy, trwa od listopada do kwietnia, w Syrii zacząć można we wrześniu. Robi się chłodniej, ale to oznacza też deszcz. W Kuwejcie próbowaliśmy zaczynać na samym początku października i ruszaliśmy się jak muchy w smole.

Teraz więc jest tam w sam raz. Wróci pan do Bahry?
– Zapewne, ale znów odwołam się do prof. Michałowskiego, który co jakiś czas rzucał złote myśli: każdy sezon badawczy na Bliskim Wschodzie powinien być traktowany jako ostatni. Były już poważne konflikty w 1956 r., w 1967 r. i w 1973 r. Nigdy do końca nie wiadomo, co w tym rejonie się wydarzy. Urwały się badania w Syrii, już nie można tam pojechać. Archeolodzy z całego świata swoje plany na przyszłość kwitują arabskim inshallah, czyli jak Bóg pozwoli. Kuwejt jest dziś wyjątkowo spokojny, ale był czas, że Irakijczycy Saddama i tam się pojawili. Pracujemy tam od 2009 r., więc iluminacja nie spłynęła na nas nagle. Już po drugim sezonie wykopaliskowym mieliśmy przeczucie, że to coś wyjątkowego. Zanim zaproponowano nam to stanowisko, Kuwejtczycy nas dobrze sprawdzili, jako że oni finansują badania. Propozycja była wyzwaniem, ale sądziłem, że wystarczą dwie kampanie i ekipa wróci do Polski. Ówczesny szef departamentu archeologii dr Sultan al-Duweish znał się na terenach pustynnych, bo jest z pochodzenia Beduinem, przyjeżdżał i brał udział w wykopaliskach. Z tych dwóch sezonów wyszło kilka lat. Co tydzień musieliśmy składać raport o postępie prac, a także o naszych konkluzjach. Tego też nie ukrywaliśmy, więc pewnego dnia przyjechała na pustynię ekipa telewizyjna i upowszechniła to odkrycie.

Na czym ono polegało?
– Na pustyni, która parę tysięcy lat temu była jeszcze sawanną, odkopaliśmy kawałki zwartej zabudowy, z wyglądu mieszkalnej. Dolne partie ścian były z kamienia, a wyżej najprawdopodobniej z plecionych mat oblepionych gliną. Co zaskakujące, okazało się, że 6 tys. lat przed naszą erą w rejonie Zatoki Perskiej, którą tutaj nazywa się Arabską, nie tylko budowano typowe pasterskie owalne szałasy, ale również stosowano obcą lokalnej tradycji zabudowę prostokątną, w dodatku zaskakująco regularnie rozplanowaną. Można tu nawet mówić o jakiejś wczesnej formie planowania przestrzennego. To nie mogli być zwykli nomadzi, jeśli odkopaliśmy 10 wieloizbowych domów w dość ciasno zgrupowanej zabudowie, zorientowanej po tych samych osiach na północny zachód. W tej przestrzeni mamy także regularny plac o wymiarach 20 x 10,5 m. Wydaje się, sądząc po wielu znaleziskach – głównie ceramicznych – że mieszkańcy tej małej osady utrzymywali bardzo ścisłe kontakty z ośrodkami dominującej wówczas w południowej Mezopotamii tzw. kultury Ubaid. W odróżnieniu jednak od swoich południowomezopotamskich sąsiadów nie byli rolnikami. Musieli się utrzymywać z pasterstwa i zbieractwa, a w ich kulturze widoczne są ponadto silne elementy tradycji lokalnej. Może więc chodzić raczej o ścisłe kontakty i przenikanie się kultur niż o ubaidzką kolonizację kuwejckiej sawanny. Warto tu dodać, że najstarsze znane na świecie sumeryjskie miasto Eridu, według tradycji powstałe jeszcze przed biblijnym potopem, istniało współcześnie z osadą Bahra, ale nie było jeszcze miastem. Jest oddalone od Bahry o jakieś 200 km, dla karawany to pięć dni drogi, żaden dystans. Bezpośrednie kontakty były więc możliwe.

Pramiasto?

Czy to oznacza, że „miasteczko” Bahra na terytorium dzisiejszego Kuwejtu może się okazać najbardziej ucywilizowanym zakątkiem obszaru kultury Ubaid?
– Tego nikt nie wyklucza. Do tej pory uważano, że kultura Ubaid była ostatnią formacją przedmiejską, tutaj jednak może się okazać, że miasta powstawały jeszcze wcześniej, niż do tej pory zakładano. Ponieważ działo się to przed wynalezieniem pisma, wszystkie wnioski opierają się na materiale archeologicznym.

Żyli tutaj przybysze z Mezopotamii czy tzw. tutejsi?
– Gospodarze woleliby, aby znalezisko dokumentowało początki ich własnej kultury.

A może byli to najeźdźcy?
– Nie wydaje mi się. Dzisiejsze granice na Półwyspie Arabskim są najczęściej rubieżami międzyplemiennymi. Niektóre plemiona są zjednoczone, a inne się oparły. Omańczycy np. oparli się tendencjom scalającym. Kuwejtczycy przegonili w latach 20. XX w. ekspedycję saudyjską i są wrażliwi na punkcie własnej tożsamości. Ale tu jest problem, bo w czasach przed wynalezieniem pisma nikt nie zapisywał historii, wiemy tylko ogólnie, skąd przybyły określone ludy. Dopiero gdy pojawiają się teksty pisane, nawet najwcześniejszym pismem klinowym, możemy porównywać np. formy imion własnych. Wiemy, że Sumerowie nie byli krewnymi mieszkańców pustyni, ale byli rolnikami. Ich wiejska kultura Ubaid dokonała dużego skoku, dzięki zastosowaniu irygacji skolonizowali spory kawałek lądu aż po północną Syrię. Tymczasem regularna zabudowa w Bahrze nie pasuje do tego obrazu, niezależnie od tego, czy jej mieszkańcy przybyli z Mezopotamii, czy byli miejscowymi, którzy zapożyczyli tamtą kulturę.

A dodatkowo w tym osiedlu znaleźliście miejsce święte, sanktuarium, świątynię.
– Nasi kuwejccy koledzy nazwali to świątynią. Sanktuarium po arabsku oznacza miejsce, w którym był pochowany ktoś ważny. Tutaj mamy starannie zrobione wejście z odrzwiami i progiem, co nas zupełnie zaskoczyło, bo żadne domostwo nie ma progu. Znaleźliśmy też prostokątną niszę, a tam ślad po jamie wypełnionej jasnoszarymi popiołami. Rozróżniamy kolor popiołów, bo w zwykłych paleniskach są one czarne.

Tu palono ofiary. Ze zwierząt, a może ludzi?
– Nie wiemy. Pozostałe w popiele cząstki organiczne są bardzo małe i jeszcze otoczone nalotem z soli. Ważne, że nisza jest zorientowana na północny-zachód, na bardzo podobnym planie zbudowano jedną z najstarszych świątyń ubaidzkich w Iraku, w słynnym i już tu wspominanym mieście Eridu. Tam zarówno orientacja świątyni, jak i lokalizacja niszy są podobne.

Archeolog w strefie konfliktów

Czy w Iraku również można dziś prowadzić badania?
– Tak, ale polscy archeolodzy działają na razie tylko w irackim Kurdystanie. Badania prowadzi tam prof. Rafał Koliński z UAM w Poznaniu, jeden z moich najstarszych współpracowników.

Na ziemiach arabskich archeolodzy czują się bezpiecznie?
– Chyba jest tam bezpieczniej niż wieczorem w Warszawie na Ząbkowskiej. Wrogami byli i są islamiści z ISIS, bo to wrogowie ideologiczni. W Iraku znaleźlibyśmy też wrogów naturalnych, a może „konkurentów”. Mieszkańcy wiosek położonych koło stanowisk archeologicznych dorabiają sobie wydobywaniem na dziko znalezisk. Po prostu rabują naczynia, biżuterię i inne stare przedmioty.

A wy? Czy otrzymacie coś z wydobytych artefaktów?
– W żadnym kraju Bliskiego Wschodu nie ma zgody na wywóz znalezisk. Pewnym wyjątkiem są tzw. badania ratownicze. Tak było przy badaniach związanych z budową tamy asuańskiej. Władze Syrii czy Iraku zezwalały w takich przypadkach na podział znalezisk, w nagrodę, że cudzoziemcy ratują ich dziedzictwo. Po badaniach ratowniczych w północnej Syrii Muzeum Narodowe w Warszawie dostało swoją działkę. Po badaniach w Sudanie także otrzymaliśmy bardzo hojny dar. Oczywiście z podziału wyłącza się znaleziska unikatowe, stanowiące dziedzictwo narodowe, np. rzeźby.

Rozumiem, że za darmo nic nie ma. A gdybyśmy zapłacili?
– Jeśli ma pan na myśli jakieś oficjalne zakupy dla muzeów, to odpowiedź brzmi: nie. Obecnie żaden kraj nie handluje otwarcie zabytkami swojego dziedzictwa. Istnieje jednak w niektórych krajach rynek półoficjalny. Na przykład Japończycy, wielkie korporacje, dogadują się z władzami niektórych państw i dokonują zakupów rozmaitych zabytkowych obiektów, ale nie w celu oddania do muzeum, tylko jako lokatę kapitału. W sumie są to trudno uchwytne transakcje, o dużym stopniu poufności.

W przypadku zgody władz wszystko jest w porządku. Ale zdobycze dawnych najeźdźców, choćby Bonapartego, są już kwestionowane. Żąda się ich zwrotu.
– Oczywiście takie żądania mogą budzić emocje, ale nie zawsze mają sens. Na przykład jeden z najsłynniejszych zabytków, stela Hammurabiego, jest w Luwrze i pewnie tam pozostanie, bo nie ma podstaw, aby trafiła do Iraku. Stela została ok. 1200 r. p.n.e. zrabowana z Babilonu przez władcę ówczesnego Elamu, a Francuzi znaleźli ją w Iranie. Irakijczycy mogliby więc starać się o zwrot w… Teheranie.

Ratujmy zabytki?

Mówiąc o badaniach ratunkowych, aż się prosi zapytać, co z pomnikami przeszłości celowo niszczonymi przez fanatyków. Czy tutaj nie warto by zorganizować ekspedycji ratowniczej, bo ginie dziedzictwo kultury ogólnoludzkiej?
– To, co kompletnie zniszczono, jest już w zasadzie nie do odzyskania. Nie da się odbudować wielkich posągów Buddy, tymczasem mieszkańcy regionu Bamian żądają odbudowy, bo liczą na odtworzenie atrakcji turystycznej. To problem bardziej moralny niż estetyczny, a także polityczny. Wokół niektórych z tych zabytków buduje się lokalne poczucie tożsamości, a więc pojawia się presja władz krajowych oraz lokalnych organizacji turystycznych. Archeolodzy nie mają takiego dylematu. Palmyra, która została zupełnie zrujnowana, nie nadaje się do odbudowy. Zaraz pojawiłoby się pytanie, do którego okresu nawiązać, co pozostawić w ruinie. A np. władze Zimbabwe w celu odbudowania tożsamości plemiennej sugerują rekonstrukcję kamiennej fortecy prawdopodobnie z XI w., nazywanej nawet Akropolem, w której fragmenty murów oddają różne tradycje budowlane. Różne społeczności wykazują potrzebę umocnienia świadomości narodowej. Co do tej afrykańskiej fortecy, uważano dawniej, że musieli ją zbudować Fenicjanie, bo sądzono, że czarnoskórych mieszkańców nie byłoby stać na tak wielką inwestycję. Okazało się, że Fenicjanie nigdy nie docierali do tak wysuniętych na południe rejonów, a fortecę postawili rdzenni mieszkańcy. W istocie to może być pomnik rodzimej afrykańskiej kultury i cywilizacji, a lokalne nacjonalizmy bardzo potrzebują takich ikon.

Czyli archeolodzy mogą być instrumentalnie wykorzystywani do krzewienia prądów nacjonalistycznych?
– Nie damy się, ale np. Saddam Husajn chciał uchodzić za wcielenie Nabuchodonozora II, który m.in. zburzył Jerozolimę. Produkowano wtedy medale z zafałszowanym profilem babilońskiego króla, tak aby był podobny do Saddama. Ówczesna propaganda podsuwała takie pomysły. Proszek do prania nazwano Sumer, były też papierosy o tej nazwie, wykorzystywano jako markę Hammurabiego, Aszur itd. Prezydent Hafiz al-Asad, ojciec obecnego władcy Syrii, chciał z kolei zbudować narodowy kult wokół Palmyry i starożytnego miasta Ugarit koło Latakii.

A my mamy „tylko” gród w Biskupinie.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 8/2019

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy