Kampania trwa

Kampania trwa

Czwartej Rzeczypospolitej nie będzie. Przynajmniej w tej kadencji. Już w projektach pokazywała się gorzej niż Trzecia

Od powstania rządu minęło pięć tygodni. 80 dni od wyborów.
Dwie partie, które nie pozostawiały przed wyborami wątpliwości, że utworzą wspólny rząd – rządu nie utworzyły.
Prawo i Sprawiedliwość podpiera się ugrupowaniami marginesu, z których najsilniejsze, Samoobrona, było przez nią kontestowane. Czy zapał w ściganiu przestępczości dotyczyć będzie sojusznika?
Platforma Obywatelska zmierza do zawłaszczenia sejmowej opozycyjności. Jest w Sejmie klubem liczebnym, ale słabym przez swą izolację. SLD się nie liczy. Nie jest ani języczkiem u wagi, ani medialną opozycją. Siła lewicy w odległej przyszłości. Jeśli trafnie ją rozpozna i przedstawi wiarygodną alternatywę dla państwa narzucającego obywatelom ideologię partii zwycięskiej, nieufnego i opierającego swój mandat na mrocznych cechach ludzkiej osobowości z jednej strony, i państwa wyzbywającego o się odpowiedzialności za los obywateli, z drugiej strony.
PiS i PO łączy pragnienie eliminacji lewicy, nawet kosztem standardów demokracji. Zachowanie prezydenta Poznania, Grobelnego, wobec parady równości ma walor symbolu. Liberalizm bez liberalizmu. Kompromitacji eklektycznej partii władzy, myślę o istotnej części SLD, dowodu śpiesznie dostarczył niejaki Nowakowski, z lewicowego nadania wojewoda wielkopolski.
Cenny materiał dla analityków przyczyn lewicowej porażki.
PiS i PO długo przed rozpoczęciem kampanii szermowały hasłem konieczności budowy IV Rzeczypospolitej.
Czyli zamknięcia III, ułomnie, wedle nich, poczętej.
Część mediów, zaczynając od dziennika „Rzeczpospolita”, konsekwentnie i bezmyślnie im sekundowała.
Łatwość, z jaką Kaczyńscy i Rokita porzucili tę IV RP, pokazuje, czym dla nich była.
Maczugą na SLD. Gdyby Demokraci Frasyniuka okazali się silniejsi – to i na nich. Ale i oni nie są w stanie pojąć, że dziś nie czas na niuanse. Dziś czas na obronę demokracji i wolności. Nie z Platformą, a przeciw Platformie. Przynajmniej jak dotąd. Grobelny to nie redemptorysta. To „liberał”.
Niestety, IV RP była także atakiem na zdrowy rozsądek. Na filozofię oświeconego umiarkowania. Na myślenie historyczne. Na wszystko, co Polakom i Polsce, mimo rozmaitych ohydnych patologii minionego piętnastolecia, dawało szansę modernizacji, rozwoju, otwarcia, wyrwania się z bagien azjatyckiej części Europy i złapania gruntu w jej europejskiej części.
Była też ta IV RP Kaczyńskich i Śpiewaka, Rokity i Kamińskiego atakiem na Okrągły Stół – jedne z dwóch, obok bitwy warszawskiej, wielkie polskie zwycięstwo w historii nowożytnej. Pierwsze zwycięstwo polska krwią nieokupione.
Czwartej Rzeczypospolitej nie będzie. Przynajmniej w tej kadencji. I dobrze. Już w projektach pokazywała się gorzej niż Trzecia.
Zmiany w konstytucji i w ordynacji wyborczej są konieczne. Lecz przeprowadzać je trzeba nie przeciw konkurentom, ale dla lepszego wspólnego państwa. To jest wielka różnica. Konstytucja to ramy, w których wszyscy mamy się zmieścić. A nie wyłącznie Wassermann z Kurskim. Tam ma być miejsce i dla Rokity, i dla Leppera. Dla Millera i dla Rydzyka. Dla Tuska i dla Begerowej. Tylko taka konstytucja ma dla Polaków sens. Jeśli nie potrafi takiej się napisać, lepiej wcale nie pisać. Obecna jeszcze jakoś posłuży.
Rząd ma miesiąc. Zdążył zrezygnować z kilku sztandarowych haseł partii Kaczyńskich.
Z trzema milionami mieszkań Prawa i Sprawiedliwości jest jak z milionem miejsc pracy Kongresu Liberalno-Demokratycznego w kampanii roku 1993. Różnica, że Kongresowi mało kto uwierzył.
Walkę o praworządność zaczęto symbolicznie – od parlamentarnej koalicji z partią, w której klubie trudno odnaleźć człowieka spełniającego elementarne standardy, zaczynając od niekaralności.
Własny program naprawy systemu opieki zdrowotnej potraktowano, jakby wzorem w tej sprawie był rząd SLD – od porzucenia wyborcom w kampanii przedstawianej koncepcji. Tym razem może i dobrze.
Rząd obiecuje i za wszystko płacić obiecuje oszczędnościami w administracji. Nie jest ona u nas może nazbyt sprawna, ale nie ma w niej rezerw dla pokrycia choćby piątej części kosztów PiS-owskich obietnic.
Co będzie z limitem deficytu budżetu ustalonego na 30 mld zł? Zobaczymy.
W sprawie budżetu UE na lata 2007-2013 są gromkie zapowiedzi nieustępliwości. W Londynie mówią, żebyśmy usprawnili swoje procedury wydawania unijnych pieniędzy. Premier zdaje się wierzyć w nacisk ze strony państw nowych. Estonia czy Łotwa, ze względu na skalę, mogą swój pragmatyzm ulokować w Londynie, a nie w Warszawie. Czy wsparcie Węgier, Słowacji i Czech wystarczy? Oby.
PiS wykazał nadzwyczajną sprawność i determinację w zdobywaniu władzy. Nie bardzo wie, jak władzę wykorzystać. Gdyby funkcje państwa sprowadzały się do policji, służb specjalnych, wymiaru sprawiedliwości i samego rządu, może jakoś by było. Ale nie sprowadzają się. Trzeba złożyć budżet, zapewnić mu równowagę i płynność, przekonać europejskich partnerów do większego wysiłku w finansowaniu polityki spójności, zreformować system opieki zdrowotnej, zapewnić Polsce bezpieczeństwo energetyczne, stworzyć warunki do zwiększenia inwestycji (także w mieszkalnictwie), trafnie określić istniejące rezerwy i wyzwolić je.
Najwięcej rezerw tkwi zwykle w samym człowieku. Czy w mrocznym klimacie podejrzliwości, strachu, pomówień (krakowski IPN przeciwko Andrzejowi Przewoźnikowi, rzecz w sobie tak haniebna, że dech zapiera) wyzwoli się nowa ludzka energia?
Kupa pracy i moc decyzji. Zazwyczaj kontrowersyjnych, konfliktowych. To nie jest wyłącznie kwestia naturalnej niedogodności, jaka tkwi w mniejszościowym charakterze rządu i w jakości jego partnerów parlamentarnych, ale także sprawa porażającego wręcz rozwarcia pomiędzy wyborczymi obietnicami a rzeczywistymi możliwościami.
Kontynuowanie kampanii dwa i pół miesiąca po wyborach źle nam wszystkim wróży.
Ale może jest w tym żelazna logika braci Kaczyńskich.
Mają prezydenturę. Na pięć lat. To stabilizuje ich pozycję, ubezpiecza.
Kampanii nie zwijają, bo ona ma trwać. Nowym impulsem będzie wejście Lecha Kaczyńskiego do Pałacu Namiestnikowskiego. I trwać będzie do czerwca. Dopóki w kasie pełno. A wówczas wybory. Parlamentarne i samorządowe.
Platforma ściśnięta strachem (po to wszakże rozwój służb wraz ze zwijaniem roli sądów, po to skok na media elektroniczne). Być może z rysami na tle udziału we władzy. Lewica wdeptana w ziemię, milcząca. Lepper z nadziejami. Giertych w kłopotach. Ojciec Rydzyk wybiera najwyraźniej siłę nad pajacowanie, konkret nad miraż.
Ciekawe, jak to się skończy? Czy Kaczyńscy chcą tej władzy, tak jak kiedyś Jaruzelski, ażeby wszystko pozostało jak dawniej, czy mają jakiś plan? Iluż już było przywódców, dla których demokracja i wolność warta była złożenia na ołtarzu rozwoju? Tylko skąd ten rozwój? Ze światłych rządów Wassermanna? Dorna? Donosicieli z krakowskiego IPN, na dodatek kłamliwych? Dużo trzeba mieć w sobie wiary, by wykrzesać optymizm.

 

Wydanie: 49/2005

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy