Rosja Putina a polityka polska

Rosja Putina a polityka polska

W Polsce Putin jako reformator jest niemal zupełnie nieznany.
Patrzy się na niego przeważnie przez pryzmat wojny czeczeńskiej

Należy ubolewać, że czytelnicy prasy polskiej wkroczyli w rok 2004 wciąż zmuszani do skupiania uwagi na rozdętej do niebotycznych rozmiarów sprawie Rywina. Wielu publicystom przesłania ona rzecz nieporównywalnie ważniejszą, a mianowicie wyczuwalne zmniejszanie politycznego prestiżu i moralnego autorytetu Polski w Europie.
Wagę tego faktu podkreślił Bronisław Geremek w przejmującym wywiadzie na łamach „Gazety Wyborczej” („Groziliśmy bronią atomową”, „GW” 20-21.12.03). Wedle jego słów, „po szczycie brukselskim Polska znalazła się w stanie politycznego osamotnienia”, popsuła bowiem stosunki z Francją i Niemcami, tracąc jednocześnie szczególną regionalną rolę w Europie Środkowej. Nie mamy również koncepcji ułożenia stosunków z Rosją, której znaczenie w polityce światowej zaczyna wydatnie wzrastać. Geremek trafnie konstatuje, że w Europie Zachodniej postrzegani jesteśmy jako

„kraj żywiący szczególną rusofobię”,

co bynajmniej nie przysparza nam sympatii. Można do tego dodać, że również w Rosji zdecydowanie przeważa dziś opinia o głębokiej i niereformowalnej antyrosyjskości Polaków.
Przyczyniło się do tego fiasko nadziei pokładanych w wizycie prezydenta Putina w Warszawie, w styczniu 2002 r. Można niestety stwierdzić, że mobilizacja dobrej woli po obu stronach zderzyła się wówczas z antyrosyjską mobilizacją głównych polskich mediów. Na łamach „Rzeczpospolitej” osoby o dużym autorytecie społecznym publikowały ostrzeżenia przed rosyjskim rurociągiem naftowym jako zagrożeniem „suwerennych praw Rzeczypospolitej”; w wersji bardziej radykalnej przybierało to nawet postać tezy, że „normalne stosunki gospodarcze można mieć tylko z normalnym krajem, a Rosja krajem normalnym, w naszym rozumieniu, nie jest”; tolerowanie prorosyjskiego lobby gospodarczego prowadzić może tylko do nowego zaboru (Rafał Ziemkiewicz, „Rzeczpospolita”, 17.01.02). Do „protokółu rozbieżności” między Polską a Rosją wpisano w przypływie naiwnej szczerości ambicje Polski na Wschodzie: Polska bowiem „chciałaby mieć Ukrainę jak najbliżej siebie i być liderem w tej części Europy” („Rzeczpospolita”, 15.01.02, s. A5). Po zakończeniu rozmów „Gazeta Wyborcza” wyjaśniła ich rozczarowujący rezultat w artykule Krystyny Kurczab-Redlich, wyspecjalizowanej w tendencyjnych relacjach z Rosji. Autorka powołała się na opinie rosyjskich demokratów, twierdzących, że Putin to „dzisiejszy Stalin” lub „faszysta”, wierzący w knut, skutecznie dławiący wolność słowa, a nawet wolność myślenia. Nie omieszkała nawet zasugerować, że wysadzanie domów w Moskwie i innych rosyjskich miastach było dziełem nie terrorystów czeczeńskich, ale Putinowskich służb specjalnych („Demokracja drugiej świeżości”, „GW”, 26.01.02, s. 12-13).
Ważnym elementem cytowanego wyżej wywiadu Geremka jest stwierdzenie, że Polska nie ma powodu do obawiania się ze strony Rosji imperialistycznej ekspansji; realnym zagrożeniem, zarówno dla nas, jak i dla świata, mógłby być natomiast chaos w Rosji. Zgoda, że takie ujęcie sprawy różni się na korzyść od wywodów np. Bohdana Cywińskiego, usiłującego dowieść, że wewnętrzną logikę polskiej polityki zagranicznej, łącznie z akcesem do Unii Europejskiej, określa w całości uzasadniony (rzekomo) lęk przed rosyjskim imperializmem oraz konieczność „kopania i pogłębiania obronnej fosy między sobą a Rosją” („Europa w poszukiwaniu duszy”, „Rzeczpospolita”, 4-5.10.03). Zarazem jednak Geremek broni rodaków przed zarzutem irracjonalnej rusofobii uzasadnioną ponoć troską o losy rosyjskiej demokracji: tylko bowiem demokratyczna Rosja wytworzyć może „stabilny i pokojowy układ”. W rezultacie okazuje się więc, że politycy polscy mają jednak rację, ostrzegając Zachód przed Putinem i solidaryzując się z rosyjską opozycją demokratyczną (tą samą, której poglądy na prezydenta Rosji przedstawiła w „Gazecie Wyborczej” p. Kurczab-Redlich).
Zastanówmy się wszakże nad trafnością tej diagnozy. Nie ulega wątpliwości, że opozycyjna inteligencja rosyjska reprezentuje długą, pełną tragizmu tradycję walki z państwowością rosyjską; że istnieje wiele powodów uzasadniających jej nerwicowy, czasem histeryczny wręcz stosunek do wszelkich prób stwarzania w Rosji „silnego państwa”. Nie jest to jednak argument na rzecz traktowania jej opinii o putinowskiej Rosji jako zobiektywizowanych i miarodajnych. Wprost przeciwnie! Cytowanie przez Polaków opinii Sergiusza Kowalowa to przeważnie

wzmacnianie narodowej nerwicy polskiej

przez równie intensywną, choć genetycznie i treściowo różną „antyautorytarną” alergię radykałów rosyjskich.
Teza, iż tylko siły demokratyczne zapewnić mogą Rosji stabilność i ewolucyjny postęp, także wydaje się bardzo wątpliwa. Historia Rosji przedrewolucyjnej przeczy jej jednoznacznie. Po roku 1905 cesarstwo rosyjskie było monarchią półkonstytucyjną, gwarantującą szeroki zakres swobód obywatelskich, posiadającą Dumę, w której nie brakowało radykalnych polityków – lewicowo-populistycznych, socjalistycznych i liberalnych. Stabilność Rosji oraz los modernizacyjnych reform zależały wówczas od sukcesów w budowie społeczeństwa obywatelskiego, które reprezentowałoby określony poziom kultury gospodarczej i prawnej, od rozwiązania palącej kwestii agrarnej oraz od stłumienia rewolucyjnego terroryzmu, którego ofiarą padło w ciągu dwóch tylko lat (1905-1907) ponad 4 tys. osób. Zrozumiałe jest, że zadań tych nie podjęli ludzie pragnący przede wszystkim obalenia reżimu carskiego przez społeczną rewolucję; intrygujące jest jednak to, że nie podjęła ich również liberalna partia konstytucyjnych demokratów (kadetów), mimo że były one zgodne z jej liberalną ideologią. Przyczyną tego była umysłowość opozycyjnej inteligencji rosyjskiej, czyniąca ją organicznie niezdolną do konstruktywnej współpracy z autorytarną władzą. Wbrew własnym teoretykom państwa i prawa, głoszącym priorytetowe znaczenie reform w zakresie prawa cywilnego, kadeci skoncentrowali się na walce o udział we władzy i na politycznej konfrontacji ze słabnącą monarchią. Wbrew liberalnemu okcydentalizmowi, proklamującemu konieczność urynkowienia gospodarki rolnej, a więc stopniowej likwidacji wspólnot agrarnych, przeciwstawili się realizującym ten program reformom Stołypina, postrzegając je jako diaboliczny plan „kata rewolucji”; udzielili natomiast politycznego poparcia deputowanym wiejskim, którzy – ku niemałemu zdumieniu antynarodnickich intelektualistów – zażądali całkowitego zakazu prywatnej własności ziemi i wywłaszczenia ziemiaństwa. I wreszcie – w co trudno dziś uwierzyć – konstytucyjni demokraci stanowczo odmówili moralnego potępienia terroryzmu, argumentując, że byłoby to opowiedzeniem się po stronie władzy, a więc „moralnym samobójstwem” liberalnej partii.
Trudno zaprzeczyć, że odpowiadanie na koncesje władz aktami terroru – i to terroru rozgrzeszanego moralnie przez intelektualną elitę – nie sprzyjało polityce reform. To samo można powiedzieć o nieprzejednanej opozycyjności Dumy. Jedyną szansą efektywnej kapitalistycznej modernizacji Rosji była polityka premiera i ministra spraw wewnętrznych, Piotra Stołypina, w roku 1911 zamordowanego przez terrorystę. W diagnozie tej dzisiejsza historiografia rosyjska zgadza się z najwybitniejszymi zachodnimi historykami Rosji. Za Stołypinem opowiedział się Sołżenicyn, niesłusznie uważany u nas za słowianofila, czyli zwolennika archaicznych wspólnot wiejskich. Przede wszystkim zaś – co najważniejsze – za kontynuatora linii Stołypina uważa się Władimir Putin, świadomie nawiązujący również do spuścizny klasyków konserwatywnego liberalizmu w Rosji, takich jak Boris Cziczerin i Piotr Struve. Że nie są to tylko słowa, świadczy fakt, że to on właśnie przezwyciężając opór Dumy, usankcjonował w Rosji rynkowy obrót ziemią, a więc reformę, której nie zdołali wprowadzić ludzie z kręgu Jelcyna. Jako „państwowiec” nie otrzymał jednak za to wyrazów uznania od liberalnych demokratów; co innego, gdyby reformę taką wprowadził rząd Jegora Gajdara!
W Polsce Putin jako reformator jest niemal zupełnie nieznany. Patrzy się na niego przeważnie przez pryzmat wojny czeczeńskiej, uważanej za wojnę, w której racja jest w zasadzie po jednej tylko stronie. Zakłada się, nie wiadomo dlaczego, że wszyscy przeciwnicy prezydenta Rosji zasługują na sympatię Polaków. Putinowska reforma administracyjna, wzmacniająca prerogatywy rządu federalnego kosztem przywódców regionalnych, uznana została za przejaw groźnego autorytaryzmu. W kolejnych konfliktach Putina z rosyjskimi oligarchami główne media polskie przedstawiły tych ostatnich jako obrońców rosyjskiej demokracji – z czego słusznie szydził Toeplitz na łamach „Przeglądu” (nr 51, 21.12.03). Konsolidacja autorytetu Putina w wyniku ostatnich wyborów do Dumy wywołała reakcje alarmistyczne. Wydaje się, że przyszykowujemy się już do nowych alarmów ostrzegawczych w związku z

przewidywanym zwycięstwem Putina

w marcowych wyborach prezydenckich. Ale właśnie dlatego warto poważnie się zastanowić nad uzasadnieniem i sensownością takich reakcji.
Dobrą odskocznią do takiego zastanowienia mogą być opinie o polityce Putina publikowane w Stanach Zjednoczonych. W niniejszym artykule nie ma oczywiście miejsca na całościową ich prezentację. Parę przykładów wystarczy jednak, aby ukazać zasadniczą różnicę dzielącą je od antyrosyjskich nerwic, do których przyzwyczaiła nas niestety polska prasa.
Weźmy, na przykład, wiosenny numer „Foreign Affairs” z 2000 r., poświęcony specjalnie „Problemom Putina”. Artykuł Lee S. Woloskiego, znanego eksperta od spraw stosunków gospodarczych z Rosją, pt. „Problem Putina z plutokratami”, kontrastuje w sposób wręcz drastyczny ze sposobem relacjonowania przez nasze media sprawy niedawnego aresztowania naftowego magnata, Michaiła Chodorkowskiego. Zdaniem autora, rosyjscy oligarchowie, a wśród nich zwłaszcza Bierezowski i Chodorkowski, zdominowali rosyjskie życie publiczne dzięki masowym szalbierstwom i grabieżczemu przejęciu własności w przemyśle naftowym. W wyniku tej rabunkowej akcji rząd rosyjski utracił kontrolę nad surowcami kraju. Całe regiony Federacji Rosyjskiej zostały gwałtownie zubożone i zagrożone wybuchami społecznymi. Jelcyn stał się zakładnikiem oligarchów, wygrawszy dzięki ich pieniądzom wybory 1996 r. To samo stało się z prasą rosyjską, której główne organy (takie jak „Niezawisimaja Gazieta”, „Kommiersant” i „Ogoniok”) wykupione zostały przez Bierezowskiego; „lokaj Chodorkowskiego” (wyrażenie autora, s. 28) został nawet wiceprzewodniczącym państwowej agencji prasowej ITAR-TASS. Pieniądze zdobyte w nieuczciwych transakcjach lub zaoszczędzone przez niepłacenie podatków używane były do przekupywania polityków, docierając nawet do „względnie nieskorumpowanej” (s. 27) liberalnej partii Jabłoko. Szczególną brutalnością w forsowaniu swych interesów odznaczył się Jukos Chodorkowskiego (co autor ilustruje całą serią drastycznych przykładów). W walce z konkurencją, również międzynarodową, używano nawet fizycznej przemocy, z morderstwami włącznie.
W rezultacie tego typu działań rosyjskie kompanie naftowe stały się półkryminalną potęgą ogólnoświatową, podważającą bez skrupułów międzynarodowe standardy uczciwej konkurencji. Walka z tym zagrożeniem jest wspólnym interesem Putina i Zachodu. Oligarchowie rosyjscy powinni być bojkotowani w świecie, traktowani jak pariasi. Należy odmawiać im wiz oraz stosować wobec nich personalny ostracyzm. Stany Zjednoczone i organizacje światowego biznesu powinny poprzeć renacjonalizację rosyjskiego przemysłu naftowego, a następnie ponowną reprywatyzację na nowych zasadach. Słowem, w „walce z oligarchami Moskwa i Zachód powinny użyć wszelkiej możliwej broni” (s. 31).
Omawiany artykuł zachęcał więc Putina do natychmiastowej i radykalnej rozprawy z Chodorkowskim. Trzeba przyznać, że prezydent Rosji odniósł się do tych rad z umiarem i ostrożnością.
Reakcje prasy amerykańskiej na aresztowanie Chodorkowskiego były oczywiście zróżnicowane – w tym również takie jak w Polsce. Najlepiej poinformowane organy prasy zajęły jednak w tej kwestii stanowisko bardzo rzeczowe, a w ostatecznym rachunku przychylne Putinowi. „New York Times” z 2.01.04 poinformował swych czytelników, że Chodorkowski chciał sprzedać znaczną część akcji Jukosu amerykańskiemu Exxon Mobil, bez konsultowania się z rządem Rosji, co

pozbawiłoby rząd kontroli

nad strategicznie ważnym surowcem oraz byłoby sprzeczne z „zasadami cywilizowanego partnerstwa” między biznesem a władzą polityczną, zaakceptowanymi przez rosyjskich biznesmenów w lutym 2003 r. Gazeta przyznała, że Putin nie mógł tolerować samowoli w takich sprawach, otworzyłoby to bowiem puszkę Pandory. Przytoczyła również opinię profesora uniwersytetu w Princeton, Stephena Kotkina (autora znakomitej książki „Armageddon Averted”, recenzowanej przez niżej podpisanego na łamach „Przeglądu”, 14.01.02), który podkreślił, że przyczyną aresztowania oligarchy były nadużycia gospodarcze, a nie polityka – mimo że Chodorkowski miał także wielkie ambicje polityczne i nie szczędził pieniędzy na podsycanie wrogości do Putina w kraju i za granicą.
Odnotujmy gwoli ścisłości, że na łamach „Gazety Wyborczej” (20-21.12.03) opublikowano przekład artykułu profesora Uniwersytetu Columbia, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, Josepha E. Stiglitza, pt. „Opodatkować oligarchów”. Znakomity uczony wypowiada w tym artykule pogląd, że Putin miał rację w konflikcie z Chodorkowskim i że powinien iść w tym kierunku dalej, dążąc do generalnego rozwiązania sprawy „bezprawnych prywatyzacji lat 90.”. Wątpliwe jednak, czy publikacja ta, pozostawiona bez słowa komentarza, zmieni w istotny sposób pogląd „Gazety” na źródła zagrożeń demokracji w Rosji.
Przełamywaniu stereotypowo-negatywnych wyobrażeń o Putinowskiej „sterowanej demokracji” sprzyja również przypomnienie innego artykułu z „Foreign Affairs”, autorstwa byłego prezesa senackiej Komisji Sił Zbrojnych i jego asystenta (Sam Nunn i A.N. Stulberg, „The Many Faces of Modern Russia”, „Foreign Affairs”, marzec-kwiecień 2000). Rzuca on wiele światła na przyczyny, które zmusiły Putina do wzmocnienia władzy federalnej i które zapewne skłonią go również do wprowadzenia odpowiednich zmian w konstytucji (przed czym przestrzega w nr. 51-52 „Tygodnika Powszechnego” Anna Łabuszewska, dodając nawet absurdalne przypuszczenie, że po konsolidacji władzy Putina Rosja, być może, „w ogóle obejdzie się bez konstytucji”).
Federacja Rosyjska, przypominają autorzy artykułu, składa się z 89 podmiotów politycznych – 21 republik z własnymi konstytucjami i prezydentami oraz 68 jednostek administracyjnych. Zgodnie z Jelcynowską polityką demontowania komunizmu przez pośpieszną „suwerenizację” („Bierzcie tyle suwerenności, ile udźwigniecie”) ustalono zasadę, że w wypadku sprzeczności między prawem federalnym a lokalnym prawem podmiotu federacji pierwszeństwo należy się prawu lokalnemu. Traktat Federalny z roku 1992 przyznał wszystkim podmiotom federacji prawo do zawierania umów międzynarodowych, prowadzenia handlu zagranicznego i ustanawiania taryf celnych; republiki mogły korzystać z tych uprawnień bez proszenia o zgodę władz federalnych. Bogactwa naturalne każdej republiki uznano za własność republikańską, a nie federalną. Władze regionalne wykorzystały swe uprawnienia w sposób maksymalny, bardzo często nieświadomie lub świadomie popadając w konflikt z polityką Moskwy. Regiony muzułmańskie nawiązywały bezpośrednie stosunki dyplomatyczne i handlowe z Irakiem i Iranem, a nawet posyłały do Bośni „ochotników” do walki w szeregach muzułmanów bośniackich. Gubernator Władywostoku torpedował pojednawczą politykę Moskwy wobec Chin i Japonii, obłast’ Czita prowadziła własną politykę (anty)chińską, a obłast’ pskowska – własną politykę wobec krajów nadbałtyckich. Rekord pobiła oczywiście republika Czeczenii, zabiegając bardzo aktywnie o stworzenie Kaukaskiego Wspólnego Rynku, który zjednoczyłby nierosyjskie terytoria Kaukazu i pozbawił Federację Rosyjską dochodów z kaukaskiej nafty.
Autorzy omawianego artykułu przyznają, że tendencje decentralizacyjne w Rosji mogą być

korzystne dla polityki amerykańskiej.

Podkreślają jednak, że anarchia polityczna w kraju wciąż dysponującym bronią nuklearną stwarza poważne zagrożenie dla całego świata. Jak bowiem należałoby zareagować na sytuację, w której jakaś władza regionalna zakazałaby jednostronnie przywozu na Syberię odpadów nuklearnych, a inna władza zażądałaby kontroli nad Wyspami Kurylskimi? Stany Zjednoczone powinny wiedzieć, kto jest gospodarzem na terenie Federacji Rosyjskiej, z kim zawierać należy umowy międzynarodowe i kto odpowiada za ich wykonanie.
Z polskiego punktu widzenia utrata kontroli rosyjskiego rządu federalnego nad polityką państwa byłaby szczególnie niebezpieczna – wystarczy przypomnieć samowolę prezydenta Moskwy, Łużkowa, który zgłosił we własnym imieniu roszczenie Rosji do Półwyspu Krymskiego. Na szczególną uwagę zasługuje jednak ignorancja lub/oraz zakłamanie tych (jakże licznych, niestety!) publicystów polskich, którzy w dążeniu Putina do odzyskania kontroli nad gospodarką i polityką federacji widzą kontynuację imperialnych aspiracji ZSRR. W rzeczywistości Putin stara się po prostu poprawić błędy, które popełnił jego poprzednik i protektor, Borys Jelcyn: błędy wynikłe z panicznego pośpiechu i nadmiernego radykalizmu w realizowaniu polityki prywatyzacji i suwerenizacji, uwarunkowane lękiem przed możliwością odrodzenia „realnego socjalizmu”. Aby dostrzegać te błędy, nie trzeba być sympatykiem komunizmu. Nie sądzę też, aby życzyć źle postkomunistycznej Rosji leżało w rozumnie pojętym interesie polskich antykomunistów. Jak wiadomo, w XVIII w. Rosja i Prusy starały się uniemożliwić Polsce dokonanie reform, które uratowałyby ją przed oligarchiczno-decentralizacyjną anarchią. Czyżbyśmy chcieli zastosować analogiczną politykę wobec dzisiejszej Rosji? Jeśli tak, to powinniśmy mieć w zanadrzu plan jej rozbioru oraz siłę potrzebną do jego realizacji.
Amerykanie – także wbrew opiniom dominującym w Polsce – nie prowadzili polityki szczególnie przyjaznej wobec postkomunistycznej Rosji. Raczej przeciwnie. Stephen Cohen – historyk i sowietolog wybrany niegdyś przez prezydenta Reagana do towarzyszenia Michaiłowi i Raisie Gorbaczowom w czasie ich triumfalnej podróży do USA – ma wiele racji, oskarżając amerykańską politykę wobec nowej Rosji o krótkowzroczność i brak wielkoduszności (patrz: S.F. Cohen, „Failed Crusade. America and the Tragedy of Post-Communist Russia”, New York 2001). W wyniku sterowanej przez Amerykanów wolnorynkowej krucjaty, niebiorącej pod uwagę miejscowych warunków, reformatorzy Jelcyna doprowadzili swe państwo do największej depresji w XX w., która przekształciła Rosję w „zonę katastrof”. Redukcja o połowę dochodu narodowego i bezprecedensowa demodernizacja kraju, grabieżcza prywatyzacja stwarzająca fortuny oligarchów kosztem pauperyzacji klasy średniej, spowodowały dramatyczne skrócenie średniej życia i przekształcenie co najmniej połowy ludności Federacji Rosyjskiej w nędzarzy, żyjących poniżej poziomu życiowego minimum. Dla Cohena jest „zagadką etyczną”, dlaczego polityka prowadząca do takich rezultatów wciąż uważana bywa za „reformę”, a nawet „historię sukcesu”. Pytanie to zadać można by m.in. publicystom „Gazety Wyborczej”, ubolewającym z powodu odsunięcia od steru gospodarki rosyjskiej ekipy Gajdara. Korzystnie wyróżnia się na tym tle główny architekt wolnorynkowej terapii gospodarki rosyjskiej, Jeffrey Sachs: zrozumiał on doktrynerski charakter swych recept i przyznał się ze skruchą do zaszkodzenia krajowi, któremu pragnął pomóc.
Stephen Cohen jest człowiekiem lewicy, którego nie można podejrzewać o jakiekolwiek sympatie do rosyjskiego nacjonalizmu i radzieckiego imperializmu. Ale tym większe znaczenie ma fakt, że właśnie tacy ludzie dostrzegają dziś pozytywy Putinowskiej reorientacji polityki rosyjskiej, przeciwstawiając się antyputinowskiej histerii prawicy. Za najważniejsze osiągnięcie Putina i główne źródło jego popularności uważa Cohen prosty fakt z zakresu elementarnej praworządności: wypłacenie ludziom pracy i emerytom zaległych należności oraz zapewnienie im regularności otrzymywania bieżących wypłat. Widzę już w wyobraźni ironiczne uśmiechy dyskwalifikujące to stanowisko jako przejaw „populizmu”. Sądzę jednak, że inteligencki populizm etyczny (w odróżnieniu od populistycznej demagogii) lepszy jest od brutalnego socjaldarwinizmu.
Cohen nie jest z pewnością typowym przedstawicielem amerykańskiego „Rosjoznawstwa”. Ale nie jest też odosobniony w swych poglądach i skazany na marginalizację. Nie musi obawiać się, że będzie nazwany – tak jak u nas Andrzej Drawicz – „niepoprawnym rusofilem”, który nie powinien wypowiadać się na temat polityki własnego kraju wobec Rosji.
Niniejszy artykuł nie jest próbą wszechstronnej oceny prezydentury Putina. Jest natomiast próbą wskazania, że

antyputinowska mobilizacja polskich mediów

jest jednak przejawem szczególnej rusofobii. Postawa ta ma, jak sądzę, dwa źródła. Jednym z nich jest (jak to ujął w cytowanym artykule B. Cywiński) „nieufność i podejrzliwość wobec wszelkiej polityki rosyjskiej”. W pewnych momentach przybierało to postać odruchów nienawistnych. Przypomnijmy, na przykład, stanowisko Wałęsy, który jako prezydent RP uznał przyjazd premiera Oleksego na moskiewską defiladę z okazji 50. rocznicy zakończenia wojny za akt narodowej zdrady – mimo że wśród obecnych na tej defiladzie byli również Clinton, Mitterand i Kohl, następnie zaś ostentacyjne odrzucenie propozycji rosyjskiej, aby zbrodnię katyńską uznać za część zbrodni stalinowskiego totalitaryzmu, o których pamięć mogłaby łączyć (a nie dzielić) Polaków z Rosjanami. Drugim źródłem, którego znaczenie coraz bardziej uniezależniało się od obolałej pamięci historycznej, była potrzeba posiadania jednoczącego naród wroga. Demonizacja Rosji przez znaczną część polskich elit spełnia dziś taką samą rolę, jaką w czasach PRL spełniało posługiwanie się straszakiem niemieckim.
Przyjacielem i mistrzem cytowanego na początku tego artykułu Bronisława Geremka jest znakomity mediewista francuski, Jacques Le Goff. W wydanej niedawno księdze pamiątkowej ku czci amerykańskiego historyka Rosji, Martina Malii („The Cultural Gradient: The Transmission of Ideas in Europe. 1789-1991”, Lanham 2003), sformułował on pytanie, które zadaje sobie dziś wielu intelektualistów Zachodu: czy Polska zechce porzucić logikę konfliktów z Rosją na rzecz postawy mediacyjnej, wspierającej proces westernizacji Rosji oraz, jednocześnie, jej akceptacji w gronie narodów Europy? – czy też, być może, opowie się raczej za ponownym izolowaniem Rosji, traktowaniem jej jako kraju zasadniczo obcego Europie i niereformowalnego w swej antyeuropejskości? W tym samym tomie znajdujemy obszerną wypowiedź ostatniego ambasadora USA w ZSRR, ucznia Malii, Jacka F. Matlocka. Podsumowuje ją wywód, że miejsce Rosji jest w Europie. Rosja bowiem nie ma innego wyboru. Przyszłość Europy także związana jest z Rosją, w sensie kultury, polityki, surowców i obronności. Dzisiejsza słabość państwowości rosyjskiej jest problemem nie tylko Rosji, ale całego świata. Polityka oparta na błędnym założeniu, że Rosja reprezentuje cywilizację obcą Europie i musi obcą pozostać, jest polityką szkodliwą, antyeuropejską. Europa nie może być zdrowa i bezpieczna bez całkowitego przezwyciężenia dziedzictwa zimnej wojny, które wymaga powrotu Rosji do „wspólnego europejskiego domu” (s. 239).
Jest to diagnoza postawiona przez dobrego znawcę dziejów Rosji oraz bezpośredniego świadka głębokiej rewolucji moralno-intelektualnej, którą kraj ten przeszedł w okresie Gorbaczowowskiej pierestrojki. Jednocześnie jest to pogląd dyplomaty, któremu dane było, jak pisze, bezpośrednio współpracować z Gorbaczowem w rozmontowywaniu komunistycznej dyktatury w Rosji – dokonywanym przez I Sekretarza KPZR całkowicie świadomie, z myślą o powrocie Rosji do „normalności”, czyli do wspólnego europejskiego dziedzictwa (s. 236-237).
Niżej podpisanemu – również przyjacielowi Malii, ale mającemu za sobą ponad pół wieku studiów nad Rosją z perspektywy swoiście polskiej – stanowisko Matlocka wydaje się oczywistością. Zarówno intelektualną, jak moralną.

Autor jest historykiem idei, członkiem rzeczywistym PAN i emerytowanym profesorem Uniwersytetu Notre Dame w Indianie w USA

Wydanie: 9/2004

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy