Karmazynowy przypływ

Karmazynowy przypływ

Wystarczyło przeciąć kilka nerwów, żeby oblewająca się rumieńcem dziewczyna przeszła metamorfozę. Zapiski chirurga o niedoskonałej nauce

W styczniu 1997 roku Christine Drury została prezenterką wieczornych wiadomości Kanału 13 – lokalnej telewizji w Indianapolis. Tego typu posady często są trampoliną do dalszej kariery medialnej. (…). Drury pracowała od dziewiątej wieczór do piątej rano, pisząc newsy, a po północy dwa razy pojawiała się na wizji, prezentując trzydziestosekundowy oraz dwuipółminutowy biuletyn informacyjny. Od czasu do czasu w środku nocy przychodziła wiadomość z ostatniej chwili, którą Drury komentowała na żywo ze studia lub z miejsca zdarzenia, dzięki czemu zajmowała więcej czasu antenowego niż zwykle. Jeśli miała dużo szczęścia, jak podczas wykolejenia pociągu w Greencastle, pojawiała się także w wiadomościach porannych.
Kiedy dostała tę pracę, miała dwadzieścia sześć lat. (…) Pewnego dnia, kiedy jeszcze jako uczennica szkoły średniej wybrała się na zakupy do centrum handlowego w Indianapolis, zauważyła w tłumie Kim Hood, ówczesną prezenterkę Kanału 13 prowadzącą wiadomości w godzinach największej oglądalności.
„Chcę być taka jak ona”, powiedziała sobie Drury i od tej pory jej marzenia zaczęły powoli nabierać realnych kształtów. Jako kierunek studiów na Uniwersytecie Purdue wybrała telekomunikację i kiedy przyszedł czas letnich praktyk, zdecydowała się na staż w Kanale 13. Półtora roku po ukończeniu studiów dostała tam pierwszą pracę jako asystentka produkcji. Do jej obowiązków należały obsługa telepromptera, ustawianie kamer i wykonywanie wszelkich poleceń kierownika produkcji. Przez następne dwa lata ciężko pracowała na kolejne awanse, aż w końcu udało jej się trafić do redakcji wieczornych wiadomości. Kierownictwo wiązało z nią wielkie nadzieje. Świetnie pisała newsy, miała dobry głos, dykcję oraz nieprzypadkowo „odpowiedni wygląd” – czyli typowo amerykańską urodę w stylu Meg Ryan: idealnie białe zęby, niebieskie oczy, blond włosy i niewymuszony uśmiech.
Okazało się jednak, że w trakcie prowadzenia programu za każdym razem oblewa się rumieńcem. Potrafiło go wywołać najbłahsze zdarzenie: wystarczyło, że zająknęła się przy którymś słowie lub nagle sobie uzmysłowiła, że podaje wiadomości zbyt szybko, i niemal natychmiast zaczynała się czerwienić. Uczucie gorąca wzbierało w klatce piersiowej i unosiło się, obejmując szyję, uszy, głowę. Pod względem fizjologicznym jest to zwykłe zwiększenie przepływu krwi. Twarz i szyja mają większą liczbę małych naczyń krwionośnych skóry, które mogą się rozszerzać pod wpływem określonych sygnałów neurologicznych. W tym samym czasie pozostałe naczynia obwodowe kurczą się i kiedy twarz oblewa rumieniec,

dłonie robią się białe i lepkie.

Jednak dla Drury bardziej kłopotliwa od fizycznej była towarzysząca jej reakcja psychiczna: w głowie czuła pustkę i zaczynała się jąkać. Miała ochotę zakryć twarz rękami, odwrócić się od kamery, schować. Drury czerwieniła się, odkąd sięgała pamięcią, a ponieważ miała typową dla Irlandczyków bladą cerę, rumieńce wyraźnie się na niej malowały. Już jako dziecko pąsowiała z zakłopotania, gdy nauczyciel kazał jej odpowiadać przed tablicą na oczach całej klasy i kiedy szukała miejsca, żeby usiąść w szkolnej stołówce. Jako nastolatka oblewała się rumieńcem, gdy w sklepie spożywczym utworzyła się za nią kolejka, ponieważ sprzedawca poszedł sprawdzić cenę na płatkach śniadaniowych, które kupiła, albo gdy podczas jazdy samochodem ktoś na nią zatrąbił. Być może komuś wydaje się dziwne, że taka osoba marzyła o pracy w telewizji, ale Drury zawsze starała się zwalczyć swoją skłonność do zakłopotania. W szkole średniej była cheerleaderką, grała w drużynie tenisowej i była jedną z pretendentek do tronu królowej podczas balu absolwentów. Na uniwersytecie grała w uczelnianej lidze tenisowej, należała do osady wioślarskiej i stowarzyszenia dla wybitnie uzdolnionych studentów Phi Beta Kappa. Pracowała jako kelnerka i zastępczyni kierownika w supermarkecie Wal-Mart, gdzie musiała między innymi prowadzić poranną odprawę personelu. Była towarzyska, miała dużo wdzięku i swobody, którymi zawsze zjednywała sobie otoczenie.
Mimo to na antenie nie mogła sobie poradzić z przykrą przypadłością. Kiedy obejrzałem nagrania z jej pierwszych wystąpień przed kamerą (relacje dotyczyły wzrostu wysokości mandatów za jazdę z nadmierną prędkością, zatrucia pokarmowego w miejscowym hotelu oraz dwunastolatka z ilorazem inteligencji 325, który ukończył studia), rumieńce na policzkach były bardzo wyraźnie widoczne. Później zaczęła ubierać się w golfy i nakładać na twarz grubą warstwę profesjonalnych podkładów i pudrów. W efekcie blada cera zmieniła się w mocno opaloną, ale zaczerwienienie przestało być zauważalne.
Wciąż jednak wyczuwało się pewną nienaturalność. Kiedy się rumieniła – a działo się to praktycznie podczas każdego serwisu –

momentalnie sztywniała,

szeroko rozwierała oczy, jej ruchy stawały się mechaniczne. Zaczynała czytać coraz szybciej, a jej głos znacznie się podwyższał. „Zachowywała się jak sarna na drodze w świetle reflektorów”, opisywał jeden z zatrudnionych w stacji producentów.
Drury przestała pić napoje zawierające kofeinę. Nauczyła się technik kontrolowania oddechu. Kupiła poradnik przeznaczony dla osób występujących publicznie i zgodnie z jego zaleceniami próbowała udawać, że kamera jest jej psem, przyjaciółką, mamą. Na wizji starała się również trzymać głowę w odpowiedni sposób, prawie zupełnie nieruchomo. Nic nie pomogło.
Ze względu na godziny pracy i ograniczone możliwości pojawiania się na antenie, posada prezentera wiadomości wieczornych i nocnych nie jest zbyt atrakcyjna. Osoby, które ją obejmują, zazwyczaj pracują tu około roku – szlifują swoje umiejętności i szybko odchodzą na lepsze stanowiska. Jednak przed Drury nie otwierała się perspektywa awansu. (…)
Czym właściwie są rumieńce? Reakcją skórną? Uczuciem? Pewnym rodzajem ekspresji naczyniowej? Naukowcy nigdy nie potrafili podać jednoznacznej definicji. Rumieniec znajduje się zarazem w sferze fizjologii, jak i psychologii. Z jednej strony jest to reakcja mimowolna, niekontrolowana i zewnętrzna, coś na kształt wysypki. Z drugiej – pojawienie się rumieńca wymaga zaangażowania wyższych funkcji mózgowych. (…)
Michael Lewis, profesor psychiatrii na Uniwersytecie Medycznym i Stomatologicznym w New Jersey, lubi przeprowadzać podczas swoich zajęć proste doświadczenie. Ogłasza, że za chwilę wskaże przypadkowego studenta. Zaznacza przy tym, że wybór będzie całkowicie losowy i w żaden sposób nie wiąże się z oceną owej osoby. Następnie zamyka oczy i wyciąga palec, a cała sala wykładowa patrzy we wskazanym przez profesora kierunku, żeby zobaczyć, na kogo wypadło. Reakcja wskazanej osoby jest zawsze taka sama – ogarnia ją ogromne zażenowanie. Kilka lat temu osobliwy eksperyment przeprowadziło dwoje psychologów, Janice Templeton i Mark Leary. Badanym osobom przymocowano do twarzy czujniki temperatury i kazano usiąść przed lustrem. Po chwili lustro usuwano i wtedy okazywało się, że przez cały czas za szkłem siedziała i patrzyła na badanego spora grupa ludzi. W połowie przypadków ludzie z widowni mieli na sobie okulary przeciwsłoneczne. O dziwo, badani czerwienili się tylko wtedy, gdy widzieli oczy obserwujących ich ludzi. (…)
Według jednej z teorii rumieńce są oznaką zażenowania na takiej samej zasadzie, na jakiej uśmiech jest oznaką zadowolenia. To tłumaczyłoby, dlaczego zaczerwienienie występuje jedynie w widocznych okolicach ciała (na twarzy, szyi i dekolcie). Jednak dlaczego w takim razie mieliby się czerwienić ludzie o ciemnym kolorze skóry? Badania wykazały, że rumienimy się niemal wszyscy, i to bez względu na kolor skóry, chociaż u dużej części rodzaju ludzkiego zaczerwienienie jest właśnie za sprawą ciemnej karnacji prawie niewidoczne. Poza tym rumieniec wcale nie jest potrzebny do tego, byśmy wykryli u drugiej osoby zażenowanie. Badania dowodzą, że wyczuwamy zakłopotanie rozmówcy, jeszcze zanim zapłoną mu policzki. Czerwienimy się w ciągu piętnastu, dwudziestu sekund, podczas gdy większość ludzi już po pięciu sekundach trafnie rozpoznaje zażenowanie u drugiej osoby – zauważają niemal natychmiastową zmianę kierunku spojrzenia, zazwyczaj w dół i na lewo, oraz pełen zmieszania uśmiech, który pojawia się w kolejnej sekundzie. Dlatego wątpliwe wydaje się twierdzenie, jakoby jedynym celem rumienienia się była ekspresja.
Coraz większa liczba naukowców skłania się więc ku drugiemu, alternatywnemu wyjaśnieniu. Być może fakt, że czerwienienie się potęguje nasze zażenowanie, wcale nie jest przypadkowy i jest bardzo prawdopodobne, iż rumieniec właśnie do tego celu został stworzony. Teoria ta, choć brzmi nieco absurdalnie, posiada racjonalne uzasadnienie. Ludzie nie lubią odczuwać zakłopotania i starają się nie dać go po sobie poznać, ale nie możemy zapominać, że zażenowanie stanowi ważny element naszego życia społecznego. (…)
Zaskakująco duża liczba osób cierpi z powodu częstego i nadmiernego czerwienienia się. Swoją przypadłość określają mianem „intensywnej”, „nieprzewidywalnej” i „zawstydzającej”. Pewien mężczyzna, z którym rozmawiałem, potrafił się zarumienić nawet wtedy, kiedy był sam w domu i oglądając telewizję, zobaczył kogoś zażenowanego. Pracował on jako konsultant do spraw zarządzania, ale przełożeni postanowili go zwolnić, ponieważ uznali, że nie zachowuje się „naturalnie” w kontaktach z klientami. Inny mężczyzna, neuronaukowiec, porzucił medycynę kliniczną i poświęcił się prowadzonym w odosobnieniu badaniom naukowym tylko i wyłącznie z powodu swojej przesadnej skłonności do czerwienienia się. Mimo to nie udało mu się uciec od swoich rumieńców, ponieważ, jak się z czasem okazało, jego prace nad dziedziczną chorobą mózgu stały się tak sławne, że zaczęto go regularnie zapraszać do telewizji i prosić o wygłoszenie odczytów. Raz zdarzyło mu się

schować przed ekipą ze stacji CNN do toalety.

Innym razem został poproszony o przedstawienie wyników swojej pracy szacownemu gremium złożonemu z pięćdziesięciu czołowych naukowców świata, w tym z pięciu noblistów. Zazwyczaj w podobnych sytuacjach naukowiec radził sobie, wyłączając już na wstępie światła w sali konferencyjnej i z miejsca przystępując do prezentacji slajdów. Jednak tym razem jeszcze przed wyłączeniem świateł z widowni padło pierwsze pytanie, na co neuronaukowiec momentalnie oblał się purpurą. Przez chwilę stał, mamrocząc coś niezrozumiale, po czym odwrócił się plecami do audytorium i ukradkiem aktywował pager, a gdy ten zapiszczał, przeprosił wszystkich zebranych, tłumacząc, że został wezwany do nagłego przypadku, i opuścił salę. Resztę dnia spędził w domu. Mimo że przez całe życie badał zaburzenia nerwów i pracy mózgu, nie potrafił wyjaśnić swojego przypadku.
(…) Jesienią 1998 roku Drury udała się z wizytą do internisty. „Wyrośnie pani z tego”, usłyszała, ale tak łatwo nie dała za wygraną i przycisnęła lekarza, który w końcu wypisał receptę. Z pewnością nie miał łatwego zadania. W podręcznikach medycznych trudno znaleźć choćby krótką wzmiankę na temat patologicznego czerwienienia się. Dlatego medycy radzą sobie, jak mogą i część z nich zaleca środki przeciwlękowe, takie jak valium, wychodząc z założenia, że źródło problemu stanowią stany lękowe. Inni przepisują beta-blokery, które osłabiają reakcję organizmu na stres. Jeszcze inni skutecznego antidotum upatrują w grupie leków przeciwdepresyjnych, spośród których największą popularnością cieszy się prozac. Badania jednak dowodzą, że jedyną umiarkowanie skuteczną formą leczenia jest nie kuracja farmakologiczna, ale terapia behawioralna. W jej trakcie stosuje się między innymi technikę intencji paradoksalnej – pacjenci mają za zadanie starać się wywołać rumieńce w krytycznych momentach, zamiast je powstrzymywać. Drury najpierw zażywała beta-blokery, później sięgnęła po środki przeciwdepresyjne, a na koniec poddała się psychoterapii. Nic nie zadziałało.
W grudniu 1998 roku czerwieniła się tak intensywnie, że jej występy przed kamerą były jednym wielkim upokorzeniem, a nadzieje na zrobienie kariery w telewizji niemal legły w gruzach. W pamiętniku napisała, że ma zamiar rzucić pracę. Aż pewnego dnia natrafiła w Internecie na informację o szwedzkiej klinice, w której lekarze przeprowadzali zabieg chirurgiczny powstrzymujący nadmierne czerwienienie się. Operacja polegała na podcięciu określonych nerwów w klatce piersiowej, w miejscu, gdzie wychodziły z rdzenia kręgowego i biegły do góry, w stronę głowy. (…)
Operacja znana jest pod nazwą sympatektomii pnia współczulnego metodą endoskopową i polega na przecięciu jednego z nerwów układu współczulnego. Układ współczulny jest częścią niezależnego od naszej woli, autonomicznego układu nerwowego odpowiedzialnego za funkcje życiowe, takie jak oddychanie, pracę serca, trawienie, pocenie się i między innymi także za rumienienie. Z tyłu klatki piersiowej, po obu stronach kręgosłupa ciągną się dwie gładkie, białe nitki pnia współczulnego, przez które przebiegają nerwy układu współczulnego, rozgałęziające się i odchodzące do poszczególnych narządów. Na początku dwudziestego wieku chirurdzy odcinali od pnia kolejne gałęzie, usiłując w ten sposób wyleczyć najróżniejsze dolegliwości: epilepsję, jaskrę, niektóre odmiany ślepoty. Zazwyczaj eksperymenty te przynosiły

więcej szkody niż pożytku,

lekarzom udało się jednak ustalić dwie niezwykłe dolegliwości, w których przypadku sympatektomia układu współczulnego faktycznie pomagała: powstrzymywała bóle w klatce piersiowej u pacjentów cierpiących na nieoperacyjne choroby serca oraz zapobiegała poceniu się rąk i twarzy u pacjentów z hiperhydrozą (nadmierną potliwością).
Zabiegi tego typu były wykonywane dość rzadko, ponieważ wymagały otwarcia klatki piersiowej. Ostatnio jednak kilkunastu chirurgów, w większości z Europy, zaczęło z powodzeniem przeprowadzać owe zabiegi metodą endoskopową, która wymaga zaledwie kilku niewielkich nacięć. Sukcesy na tym polu odnosiła między innymi trójka lekarzy z Göteborga w Szwecji. Zauważyli oni, że wielu pacjentów z hiperhydrozą po operacji sympatektomii nie tylko przestało się pocić, ale i rumienić. W 1992 roku zespół z Göteborga przyjął pierwszą grupę pacjentów uskarżających się na patologiczne czerwienienie się. Kiedy wyniki zabiegów zostały opublikowane w prasie, chirurgów zasypały prośby. Od 1998 roku po dzień dzisiejszy zoperowali ponad trzy tysiące pacjentów cierpiących z powodu nadmiernego rumienienia się.
Obecnie podobne operacje wykonuje się już na całym świecie, ale chirurdzy z Göteborga byli jednymi z pionierów w tej dziedzinie i to ich osiągnięcia zachwyciły środowisko medyczne: dziewięćdziesiąt cztery procent pacjentów mówiło o znacznym zmniejszeniu częstotliwości i intensywności rumieńców, a w większości przypadków kłopotliwa dolegliwość została zupełnie wyeliminowana. Osiem miesięcy po operacji dwa procent pacjentów żałowało podjętej decyzji z powodu związanych z nią efektów ubocznych, a piętnaście było niezadowolonych. Pooperacyjne skutki uboczne w tym przypadku nie stanowią zagrożenia dla życia pacjenta, ale są dość dotkliwe. (…) Chirurdzy zalecają sympatektomię tylko w ostateczności, kiedy inne, nieoperacyjne metody zawiodą. Osoby, które dzwonią do kliniki w Göteborgu, najczęściej są więc zdesperowane. Ich stan najlepiej oddają słowa jednego z pacjentów, który wyznał mi: „Zgodziłbym się na operację, nawet gdybym wiedział, że szanse na przeżycie wynoszą zaledwie pięćdziesiąt procent”. (…)
Gdy Drury była już pod narkozą, Drott, w jałowym fartuchu, czepku i rękawiczkach, przetarł jej klatkę piersiową i pachy środkiem odkażającym, po czym okrył ją serwetami, pozostawiając obnażone jedynie okolice pach. Następnie palcami namacał przestrzeń między żebrami a lewą pachą i skalpelem wykonał siedmiomilimetrowe nacięcie, przez które wsunął do klatki piersiowej grubą igłę. Igła ta posłużyła do wpompowania w jamę klatki dwóch litrów dwutlenku węgla. Gaz zepchnął lewe płuco w dół i w ten sposób utworzyło się miejsce, w które można było wprowadzić resektoskop, długą, metalową rurkę wyposażoną w mikrosoczewki, światłowód i pętlę elektryczną służącą do kauteryzacji. Instrument ten pierwotnie zaprojektowano na potrzeby urologii, dlatego rurka jest bardzo cienka (choć zdaniem pacjentów, którym wprowadza się ją przez cewkę moczową, i tak wciąż za gruba). Patrząc na monitor, Drott musiał dotrzeć do lewego pnia współczulnego, nie uszkadzając po drodze głównych naczyń krwionośnych, które odchodzą od serca. Kiedy wreszcie ukazał mu się gładki, przypominający tasiemkę twór, który biegnie wzdłuż kręgosłupa, tuż przy głowach żeber, chirurg dokonał kauteryzacji w dwóch punktach, ponad drugim i trzecim żebrem, przecinając w ten sposób odgałęzienia nerwów prowadzące do twarzy. Następnie upewnił się, że nie nastąpił krwotok, wyciągnął resektoskop i wprowadził do klatki piersiowej cewnik, przez który odpompowano dwutlenek węgla. Gdy płuco wróciło do swoich właściwych rozmiarów, Drott zaszył niespełna centymetrowe nacięcie i przeszedł na drugą stronę stołu, gdzie przeprowadził tę samą procedurę w prawej części klatki piersiowej pacjentki. Wszystko poszło gładko. Cały zabieg

trwał zaledwie dwadzieścia minut.

(…) Prawie dwa lata po opisywanych wydarzeniach umówiłem się z Christine Drury na lunch w barze w Indianapolis. Zanim się spotkaliśmy, zastanawiałem się, jak będzie wyglądać jej twarz, pozbawiona przecież nerwów odpowiedzialnych za zabarwienie – czy będzie ziemista, pokryta plamami, nienaturalna? Okazało się, że dziewczyna ma czystą, lekko zaróżowioną cerę, zupełnie taką samą, powiedziała mi, jak przed operacją. Jedyna różnica polegała na tym, że od zabiegu nie zarumieniła się ani razu. Czasami, w zupełnie przypadkowych momentach, odczuwała fantomowe zaczerwienienie: miała wrażenie, że się rumieni, chociaż tak nie było. (…)
Wystarczyło przeciąć kilka nerwów, żeby dziewczyna przeszła swoistą metamorfozę. Może wydawać się to trochę dziwne, ponieważ jesteśmy przyzwyczajeni myśleć o własnym „ja” jako o tworze niematerialnym, wolnym od cielesnych powiązań. (…) Swoje rumieńce Drury również uważała za niepożądaną dolegliwość typowo fizyczną – nazywała je „czerwoną maską”. Jednak to właśnie fizyczność miała tak ogromny wpływ na jej wnętrze, że mogła skutecznie przeszkodzić w realizacji marzeń. Gdy tylko maska została zdjęta, wyjrzała spod niej nowa, odważna, zupełnie inna twarz. Co w takim razie stało się z osobą, którą przez całe życie czuła się zażenowana i skrępowana, kiedy zwrócono na nią uwagę? Drury powoli zaczęła odkrywać, że ta osoba wciąż jeszcze istnieje.
Pewnego wieczoru umówiła się na kolację z przyjacielem, któremu postanowiła wyznać prawdę na temat operacji. Był on pierwszą osobą spoza rodziny, która dowiedziała się o zabiegu, i cała opowieść go przeraziła. Zrobiłaś sobie operację, żeby się nie czerwienić? To nienormalne, stwierdził, a nawet gorzej, próżne. „Wy z telewizji dla kariery jesteście gotowi na wszystko”, Drury zapadły w pamięć jego słowa. (…)
Zaczęła się obawiać, że więcej osób dowie się o zabiegu, który przeszła. Pewnego razu jeden ze współpracowników usiłował ustalić, co właściwie się w niej zmieniło, i zapytał, czy straciła na wadze. Dziewczyna uśmiechnęła się blado, powiedziała, że nie, i urwała rozmowę. (…)
Podczas pracy zaczęła znów odczuwać skrępowanie. W czerwcu 1999 roku dostała nową posadę, ale przez pierwsze dwa miesiące nie pojawiała się na wizji, przez co straciła rozpęd i ponownie zaczęła obawiać się występów na żywo. Pod koniec lata pojechała z ekipą zrealizować materiał na temat strat spowodowanych przez burzę w pobliskim miasteczku, w którym gwałtowny wiatr powyrywał drzewa z korzeniami. Zanim weszła na wizję, przećwiczyła relację przed kamerą. Była pewna, że wyglądała dobrze, ale wcale tak się nie czuła. „Czułam się zupełnie nie na miejscu, wiedziałam, że nie zasługuję na tę pracę”, opowiadała. Kilka dni później zwolniła się.
Kolejny rok upłynął jej na układaniu sobie życia od nowa. Z początku bezrobotna i upokorzona Drury

wycofała się całkowicie, zamknęła w domu,

z nikim się nie spotykała i całymi dniami oglądała telewizję, leżąc na kanapie i pogrążając się w depresji. Światełko w tunelu pojawiło się dopiero po wielu tygodniach, gdy wbrew sobie zaczęła przyznawać się przed przyjaciółmi i byłymi kolegami z pracy do tego, co się stało. Ze zdziwieniem i ulgą odkryła, że prawie wszyscy okazali jej dużo sympatii i zrozumienia. We wrześniu 1999 roku postanowiła założyć organizację Fundacja Czerwonej Maski, której celem było rozpowszechnianie informacji na temat patologicznego czerwienienia się oraz stworzenie grupy wsparcia dla ludzi cierpiących na tę kłopotliwą dolegliwość. Ujawnienie skrzętnie skrywanej tajemnicy pozwoliło dziewczynie wrócić do życia. (…)
Pytanie o źródło jej problemów pozostanie bez odpowiedzi, tak samo jak pytanie o przyczyny czerwienienia się. Niemożliwe jest rozstrzygnięcie, czy rumienienie się jest z natury przypadłością fizjologiczną, czy też psychiczną. Najprawdopodobniej zjawisko to stanowi połączenie obydwu aspektów naszego istnienia, materialnego i niematerialnego, których nie rozdzieli nawet najostrzejszy skalpel. Zapytałem Drury, czy żałuje czegoś w związku z operacją. „Niczego”, usłyszałem w odpowiedzi. Operację nazywa „swoim lekarstwem”. Jednocześnie dodaje: „Ludzie powinni jednak wiedzieć, że zabieg to dopiero początek”. Twierdzi, że znalezienie złotego środka zajęło jej trochę czasu. Chociaż paraliżująca wstydliwość spowodowana czerwienieniem się przeszła do historii, pozostało lekkie uczucie skrępowania, które dopiero z czasem nauczyła się akceptować. (…)

„W grze o najwyższą stawkę pozwalamy sobie na niesłychanie wiele. Szpikujemy pacjentów lekami, wbijamy w nich igły i wkładamy rurki, usypiamy ich i zaglądamy im do wnętrza, naruszamy równowagę chemiczną, biologiczną i fizyczną organizmu. Wszystko to robimy, trwając w niewzruszonym przekonaniu o naszych lekarskich kompetencjach. Kiedy jednak przyjrzeć się wszystkiemu z bliska (…), medycyna jawi się jako nieuporządkowana, pełna niewiadomych i wciąż zaskakująca dziedzina. Po dziś dzień zdumiewa mnie to, jak ogromne znaczenie ma w niej czynnik ludzki”, pisze chirurg Atul Gawande we wspomnieniowej książce, w której odsłania kulisy zawodu lekarza, swojej pracy, opisuje niewyjaśnione przypadki, pomyłki lekarskie i zaskakujące rozwiązania. „Komplikacje. Zapiski chirurga o niedoskonałej nauce” w tłumaczeniu Adriany Sokołowskiej ukazały się właśnie nakładem wydawnictwa Znak.

Wydanie: 30/2009

Kategorie: Książki
Tagi: Atul Gawande

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy