Kino bez Wielkiego Taty

Kino bez Wielkiego Taty

Odejście Rywina wstrząsnęło światem polskiego filmu. To był huragan, który zdemolował branżę

– Sprawa jest tak poważna, że nikt sobie nie żartuje na temat afery Rywina. Bo oto Wielki Tatuś, który dawał zarobić setkom ludzi, może iść za kratki – mówi nieoficjalnie jeden z producentów filmowych.
Świat filmu wciąż nie może otrząsnąć się z szoku, jakim był wybuch afery. Ludziom trudno oddzielić Rywina znakomitego producenta od Rywina składającego propozycję korupcyjną Adamowi Michnikowi. Cierpi na tym cała branża. Tym bardziej że upadek Wielkiego Lwa, nastąpił w czasie największego kryzysu, jaki przeżywała do tej pory polska kinematografia.
– Oczywiście, sprawa Rywina odbiła się na sytuacji producentów. Świat filmu, nie ze swojej winy, został powiązany z czymś niejasnym, z przestępstwem. Niestety, mamy tendencję do wydawania wyroków, zanim zrobi to sąd. Formułuje się opinie, które później rzutują na całą branżę – uważa producent i reżyser, Waldemar Dziki.
– To była totalna katastrofa. Huragan, który zdemolował branżę – określa krótko sytuację Dariusz Jabłoński, prezes Krajowej Izby Producentów Audiowizualnych i właściciel firmy producenckiej Apple Film.
– Kiedy wybuchła sprawa Rywina, legła w gruzy w miarę stabilna konstrukcja – wcześniej był jasny podział na ważnych, czyli tych, którzy coś znaczyli, i na tych, którzy stali w ostatnim szeregu. Wszyscy znali swoje miejsce. Kiedy zabrakło Rywina, wszystko się zawaliło i mamy kompletny chaos.

Ci z dołu wyrywają się do przodu,

a ci na górze nie wiedzą, co będzie dalej – tłumaczy jeden z filmowców, w branży od kilkunastu lat.
Rywin był niekwestionowanym królem rynku filmowego. To on od początku lat 90. rozdzielał kasę. – Ludzie z zewnątrz często nie uświadamiają sobie, ile osób żyje od filmu do filmu. Setki. Rywin kreował aktorów (np. Lindę, Pazurę, Konrata), pomagał reżyserom i scenarzystom, ale dawał też zarobić, i to dobrze, całej armii ludzi: dźwiękowcom, charakteryzatorom, kostiumologom itp. Miał świetne układy, potrafił wyciągać pieniądze z banków i robił filmy wysokobudżetowe. Pozostali producenci mają ogromne problemy ze zorganizowaniem kasy. Np. Olaf Lubaszenko bezskutecznie usiłuje zdobyć pieniądze na film „Sztos II”, mimo że pierwsza część była hitem. Ludzie są więc bez pracy i bez możliwości zarobku. Czy można się dziwić, że po cichu mówią: „Daj Boże, aby Rywin wrócił!”? – mówi jeden z naszych rozmówców. – Głośno przeciw Rywinowi są tylko ci, którzy z nim nie pracowali.
W styczniu 145 osób związanych z filmem przekazało mediom

list w obronie Rywina.

Podpisali go m.in. Robert Gliński, Maciej Ślesicki, Allan Starski, Janusz Kijowski, Jan Jakub Kolski i Janusz Morgenstein. Czy zrobiliby to teraz, po 10 miesiącach od rozpętania się burzy? Trudno powiedzieć, bo większość z podpisanych pod listem nie chce na ten temat rozmawiać. Dariusz Jabłoński, który pod dokumentem się nie podpisał, mówi, że rozumie motywację kolegów. – Myślę, że teraz nie wysłaliby tego listu. Ale wtedy to był szok. Ktoś najbardziej znany w branży zrobił coś złego, a ludzie, którzy z nim współpracowali i uważali go za fachowca, nagle mieli się od niego odwrócić – mówi.
Nastroje w artystycznym świecie są dalekie od optymizmu. – Na początku ludzie wierzyli, że Rywin się wybroni. Być może, gdyby nie Komisja Śledcza, sprawa jakoś by się rozmyła, ludzie by zapomnieli. Ale do akcji włączyli się politycy, którzy się zorientowali, że na aferze mogą zbić interes polityczny. No i Rywin ugrzązł ostatecznie – mówi autor filmów dokumentalnych.
Może za kilka lat Rywinowi uda się odzyskać część utraconych wpływów, ale nigdy już nie będzie miał takiej pozycji jak przed aferą. Choć, zaskakująco, mimo burzy wokół jego osoby, w rankingu VIP-ów opublikowanym we wrześniu przez miesięcznik „Film” Rywin zajął piąte miejsce wśród najbardziej wpływowych ludzi z branży. Ankietę wypełniło 60 osób. Byli wśród nich reżyserzy, scenarzyści, dystrybutorzy, aktorzy i dziennikarze.
W środowisku krążą opowieści, że jeśli ktoś jeszcze puka do drzwi Rywina, to tylko po to, aby ten wskazał, kto może pomóc. Ale Lew ponoć w to się nie angażuje.
– Środowisko filmowe jest jak prostytutka. Sprzedaje się temu, kto jest przy forsie. Rywin jest spalony i można się od niego odwrócić. Choć ostrożnie, bo jeszcze może pokąsać – przekonuje jeden z rozmówców.
Oficjalnie nikt nie potwierdza, że Rywin jest bojkotowany, ale nikt go nie zaprasza na salony. Głośnym echem odbiło się wręczenie Orłów. Chociaż „Pornografia”, film wyprodukowany przez Rywina, była nominowana do wszystkich kategorii nagrody, organizatorzy nie zaprosili go na uroczystość. Co więcej, poproszono go, aby nie przychodził. – Tu powinny rządzić kanony służby cywilnej. Jeśli nad osobą publiczną ciąży zarzut prokuratorski i Komisji Śledczej, powinna się wycofać z życia publicznego – tłumaczy szef KIPA. – Na jego miejscu też bym się nie pokazywał – dodaje Jacek Bromski.
Zresztą Rywin sam się nie kwapi do udziału w oficjalnych imprezach. Jeśli już, to spotyka się w wąskim kręgu znajomych. Nie usprawiedliwia się, nie tłumaczy, bo – jak mówią – „jest na to zbyt ważną postacią”. Wie, że najstarszą zasadą jest nic nie mówić.
Według kolegów z branży, gdyby Rywin powiedział, na czyje zlecenie działał, środowisko łatwiej by mu to wybaczyło. Ale raczej nikt nie liczy na szczerą spowiedź do niedawna pierwszego producenta. – Rywin prawdopodobnie nie jest tu najbardziej winny. Ale pewno

gdyby powiedział, kto mu to zlecił,

miałby inne problemy – zastanawia się Jacek Bromski.
Chociaż mówi się, że w przyrodzie nic nie ginie, świat filmu rządzi się własnymi prawami. – To nie tak, że skoro w ten sposób wypadł z gry największy producent, inni zajmują jego miejsce. Wszyscy na tym straciliśmy – dodaje Dariusz Jabłoński.
Na wpadce Rywina nie zyskali więc mniejsi producenci. – W „Czterdziestolatku” jest taka scena, kiedy bohater chce zadzwonić, ale nie może, bo dwie dziewczyny zajmują budkę telefoniczną. Wreszcie któraś wychodzi i tłumaczy: „Widzi pan, my jesteśmy call girls, ale bez telefonu”. A my jesteśmy producentami, ale bez pieniędzy – obrazuje mizerię rodzimego twórcy Jacek Bromski, prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Jego zdaniem, afera dodatkowo pogrążyła branżę filmową przeżywającą największy od lat kryzys.
– Producent to zawód, który w Polsce dopiero się tworzy, nie zdążył wyrobić sobie marki, a już podcięła go sprawa Rywina. Ta afera podważyła to, co jest najważniejszym narzędziem producenta, czyli zaufanie – potwierdza Dariusz Jabłoński.
Ale Jacek Bromski dostrzega pewne pozytywne aspekty sprawy Rywina: – Ujawnienie tej afery powinno oczyścić stosunki w polskiej kinematografii. Panowały bardzo bezczelne i bezkarne układy. Zwłaszcza z telewizją publiczną, która daje duże zlecenia firmom producenckim. Mam nadzieję, że zerwaliśmy już z takim sposobem działania..
– Boleję, że to spotkało Rywna. Ogromnie kochał kino i robił filmy nie tylko dla pieniędzy. Teraz, gdy sam nie jest już grubą rybą, może tylko łowić ryby w mazurskich jeziorach. Choć może i z tego będzie kiedyś dobry film? – pociesza się jeden z naszych rozmówców.

 

Wydanie: 49/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy