Donosami w Miedź

Donosami w Miedź

Czy KGHM wycofa się z inwestycji Kongu?

Na donos „Rzeczpospolitej” na zarząd KGHM zareagował i premier, i Prokuratura Krajowa. Premier – o czym gazeta doniosła z satysfakcją – polecił ministrowi skarbu państwa zbadać sprawę inwestycji w Kongo, a Prokuratura Krajowa przestudiuje akta sprawy umorzonej już w katowickiej Prokuraturze Rejonowej.
KGHM Na wniosek AWS-owskiego prezesa KGHM, Mariana Krzemińskiego, oskarżającego swoich poprzedników, kwestie kongijskiej inwestycji prokuratura badała przez trzy lata. Sprawę winna prowadzić prokuratura legnicka, ale ówczesny minister sprawiedliwości, Lech Kaczyński, przekazał ją Prokuraturze Okręgowej w Katowicach. Zapewne w nadziei, że lepiej wywiąże się z oczekiwań szefa resortu.
Nie wywiązała się. Prokuratorzy przyjęli punkt widzenia rozlicznych ekspertów, dla których ta inwestycja oznaczała eksperyment gospodarczy w ramach dopuszczalnego w biznesie ryzyka. I umorzyli śledztwo.
„Rzeczpospolita” nie wierzy. Twierdzi, że zdobyła dokumenty, które temu przeczą. Nie wymienia ich nawet najbardziej ogólnikowo. „Odkrywa” za to podwójne oszustwo. Po raz pierwszy oszukała KGHM firma Colmet Internacjonal Ltd, która odsprzedała Polskiej Miedzi nabyte od Kongijczyków prawo do eksploatacji złoża. Niestety, zdaniem „Rzeczpospolitej”, było ona dla KGHM całkowicie nieprzydatne. Drugi raz oszukiwali prezesi KGHM, którzy – odkrywa sensację gazeta – dopiero w trzy tygodnie po podpisaniu umowy połapali się, że Colmet wpuścił ich w maliny i próbowali ten fakt skrzętnie ukryć.
Jaki jest podstawowy zarzut? KGHM wierzył – twierdzi „Rzeczpospolita” – że nabywa prawa do eksploatacji rudy siarczkowej (jaka jest w Lubinie), podczas gdy złoże Kimpe to ruda tlenkowa. A o takiej rudzie marzy każdy producent miedzi, bo jest tania w przerobie i zawiera duży procent miedzi, a często kobalt.
I o takiej rudzie marzył też KGHM. Tlenkowy charakter złoża Kimpe opisywany jest w literaturze od lat, a gdy specjalny zespół geologów, hydrometalurgów stwierdził na miejscu (połowa 1996 r.), że owo tlenkowe złoże jest dwa razy bogatsze w kobalt niż przewidywał to Colmet, i nieco bogatsze w miedź, nie miał najmniejszych wątpliwości, że trzeba wchodzić w ten biznes! Pół roku później, 7 stycznia 1997 r., KGHM podpisał umowę z Colmetem.
Cena kobaltu w tym czasie oscylowała wokół 50 tys. dolarów za tonę. Prognozy analityków przewidywały, że kobalt stanieje do 30 tys. dolarów w 2000 r. I to się sprawdziło. Na podstawie prognoz cenowych i założeń projektu kopalni Kimpe, przeprowadzono w KGHM rachunek opłacalności złoża. Z obliczeń wynikało, że zysk netto – po wszelkich opłatach za prawo do eksploatacji i uregulowaniu zobowiązań podatkowych – wynosić będzie 15 mln dolarów. Ponad 17% rentowności.
Dlaczego więc inwestycja w Kongu zamiast zysków przyniosła na razie straty? Niewątpliwie pierwszym winowajcą jest AWS-owski zarząd kombinatu. Ówczesny prezes, Marian Krzemiński, zamiast kontynuować zamierzenia poprzedników, uznał, że działali oni na szkodę spółki i doniósł na nich do prokuratury. Ale zamiast podjąć męską decyzję, by zamknąć projekt, skoro taki w nim siedzi kryminał i spisać go w straty, pozwolił sprawie trwać w zawieszeniu. A w kilka miesięcy od donosu do prokuratury doznał widać olśnienia. Powrót do Konga wydał mu się nagle wart 1,5 mln dol. Na tyle przynajmniej opiewała słynna umowa ze spółką King & King, która ten powrót miała zapewnić. Zapewne dla zmotywowania tej spółki prezes Krzemiński wypłacił połowę z obiecanej sumy kilka dni po podpisaniu umowy. Ale mimo tej hojności spółka powrotu mu nie zapewniła. Jeszcze dziś na inwestycji w Kongu można by zarobić, choć nie aż tak. Ceny kobaltu spadły bowiem prawie trzykrotnie, do ok. 14 tys. dol. za tonę.

Czyje to złoże

„Rzeczpospolita” twierdzi, że Colmet International, który sprzedał KGHM prawa do kongijskiego złoża, sam nie miał żadnych praw do jego eksploatacji. „Gazeta Wyborcza”, która włączyła się do dyskusji, widzi ten problem zupełnie inaczej. Według niej, Colmet kupił od państwowej firmy kongijskiej Sodimiza (dziś Sodimico), która była właścicielem koncesji górniczej na eksploatacje złoża, faktyczne prawo do wydobycia i przerobu rudy znajdującej się w owym złożu. I mógł z nim zrobić, co zechce. Polski współwłaściciel Colmet, Krzysztof Pochrzęst, tłumaczył w „Gazecie Wyborczej”: „Mogłem znaleźć innych partnerów do eksploatacji złoża, ale jestem Polakiem i chciałem pomóc polskiej firmie”. Zapewne mówi prawdę.
Sprawa nie jest jeszcze zakończona. Prezes KGHM, Stanisław Speczik, powiedział na konferencji prasowej, iż do Konga wyjechała delegacja KGHM w celu renegocjacji umowy z partnerami kongijskimi, w tym z firmą Sodimico. „Jeżeli – mówił prezes – rozmowy zakończą się sukcesem, przystąpimy do rozmów z rządem kongijskim na temat eksploatacji dodatkowych złóż. KGHM jest przygotowany na dwie wersje zdarzeń – zarówno wycofanie się z Konga, jak i kontynuowanie inwestycji przy zaangażowaniu dalszych kilku milionów dolarów. Plany te może pokrzyżować tylko jedno – wznowienie śledztwa przez prokuraturę, które trwałoby ze dwa lata, a na pokrywanie kosztów przestoju KHGM nie stać.
A może chodzi o to, aby wszelkimi sposobami storpedować ewentualny sukces kongijskiej inwestycji KGHM? I nie pokazać całemu światu, że Polska, jako jedyny kraj z Europy Środkowo-wschodniej, nie tylko oczekuje zagranicznych inwestycji, ale sama potrafi być znaczącym inwestorem poza własnymi granicami?

 

 

Wydanie: 41/2002

Kategorie: Kraj
Tagi: Maciej Wołk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy