Smarkacze w Sądzie Najwyższym

Smarkacze w Sądzie Najwyższym

Europoseł Ryszard Legutko przegrał z licealistami z Wrocławia w I i II instancji. Zamiast powiedzieć „przepraszam”, sądzi się dalej

Dwoje wrocławskich licealistów, Zuzanna Niemier i Tomasz Chabinka, którzy w grudniu 2009 r. zwrócili się do dyrektora szkoły z prośbą o usunięcie symboli religijnych z ich klas i za to zostali przez europosła Ryszarda Legutkę nazwani „rozpuszczonymi smarkaczami”, zdążyło zdać maturę, teraz studiują, pracują. Zapomnieli już dawno o szkole, ale nie o prof. Legutce, byłym ministrze edukacji za rządów Jarosława Kaczyńskiego, następnie pośle do Parlamentu Europejskiego. Procesują się z nim już trzy i pół roku. Chcą tylko kilku słów przeprosin i wpłacenia 5 tys. zł na cele społeczne. Obydwu stronom pomagają najlepsi krakowscy adwokaci, byłych licealistów w sądach reprezentuje dr Anna-Maria Niżankowska-Horodecka, europosła zaś  broni dr Andrzej Kubas. Sądowe zmagania obydwu stron obserwują specjaliści z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, gdyż sprawa ta została objęta Programem Spraw Precedensowych.
Na początku nikt nie wierzył, że dwoje wrocławskich uczniów, nikomu wcześniej nieznanych, ma jakiekolwiek szanse w starciu ze znanym politykiem Prawa i Sprawiedliwości, profesorem filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim, tłumaczem i komentatorem dzieł Platona, senatorem i wicemarszałkiem Senatu, ministrem edukacji narodowej, sekretarzem stanu w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego i wreszcie posłem do Parlamentu Europejskiego. Mimo to ci młodzi ludzie dwa razy rzucili europosła na deski. Najpierw przegrał z nimi w Sądzie Okręgowym w Krakowie, potem sąd apelacyjny podtrzymał wyrok sądu I instancji. Wydawało się, że polityk PiS musi wykonać prawomocne orzeczenie sądu i powiedzieć „przepraszam”.
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że z początkiem tego roku europoseł Legutko, zgodnie z prawomocnym wyrokiem Sądu Apelacyjnego w Krakowie z 26 października 2012 r., oświadczy w „Gazecie Wrocławskiej” i „Gazecie Wyborczej”, że bardzo przeprasza panią Zuzannę Niemier i pana Tomasza Chabinkę za użycie pod ich adresem w rozmowie z dziennikarzami obraźliwych słów, za nazwanie ich „rozpuszczonymi smarkaczami” i „rozwydrzonymi i rozpuszczonymi przez rodziców smarkaczami”, ich działań zaś „typową szczeniacką zadymą”, oraz wyrazi szczere ubolewanie, że jego słowa naruszyły dobre imię i godność osobistą tych osób i wpłaci 5 tys. zł na cele społeczne.
Minął styczeń, a pod koniec lutego 2013 r. pełnomocnik europosła złożył skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego i krakowski sąd apelacyjny wstrzymał egzekucję wyroku do czasu zakończenia sprawy w Warszawie. Teraz odpowiedź na skargę kasacyjną przygotowuje mecenas Niżankowska-Horodecka. Jeżeli w Sądzie Najwyższym dojdzie do postępowania kasacyjnego, to rozpocznie się trzecie starcie, chyba już ostatnie. Pozornie w tym sporze chodzi o słowo „przepraszam”, wszyscy jednak wiedzą, choć wielu nie chce o tym słyszeć, że ta sprawa ma kolosalne znaczenie dla nas wszystkich, bo chodzi tu o wolność wypowiedzi w każdej sprawie, o wolność sumienia i wyznania, o symbole religijne w miejscach publicznych, o przestrzeganie art. 25 konstytucji, mówiącego o tym, że „władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym”. Polityk PiS brutalnie skarcił uczniów za próbę wypowiedzi w ważnych światopoglądowych kwestiach, chciał ich zmusić do milczenia w sprawie krzyży w szkole.

Petycja do dyrektora

30 listopada 2009 r. w sekretariacie dyrektora XIV Liceum Ogólnokształcącego im. Polonii Belgijskiej we Wrocławiu złożone zostało pismo podpisane przez trójkę uczniów klasy maturalnej – Zuzannę Niemier, Tomasza Chabinkę i Arkadiusza Szadurskiego, zatytułowane „Petycja”, w którym prosili o usunięcie symboli religijnych z terenu szkoły, gdyż jest to faworyzowanie przez szkołę tylko jednego konkretnego światopoglądu. Napisali: „Cechą społeczeństwa demokratycznego jest pluralizm w życiu publicznym. W szczególności za niedopuszczalne uznajemy wieszanie symboli religijnych nad symbolami państwowymi. Polska jest dobrem wspólnym, natomiast światopogląd stanowi prywatną sprawę każdego człowieka”.
W petycji przywołali wyrok Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu w sprawie Lautsi przeciwko Republice Włoskiej, w którym stwierdzono, że obecność symboli religijnych w postaci krzyży w klasach szkolnych prowadzi do naruszenia Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności w wyniku ograniczenia prawa rodziców i dzieci do wolności myśli, sumienia i wyznania. Powołali się na Konstytucję RP – art. 48 ust. 1, art. 53 ust. 1-5, art. 25 ust. 2, na art. 10 Ustawy z dnia 17.05.1989 r. o gwarancjach wolności sumienia i wyznania oraz art. 2 Protokołu nr 1 i art. 9 ust. 1 i 2 Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności.
Ich petycja była w napisana w bardzo spokojnym tonie, nikogo nie atakowała, nie zawierała żadnych stwierdzeń obraźliwych, nie była skierowana przeciwko religii chrześcijańskiej. Chcieli tylko wywołać dyskusję o obecności krzyży w szkole jako miejscu publicznym, w którym przebywają uczniowie o różnych światopoglądach.
Dyrekcja szkoły potraktowała pismo trójki maturzystów bardzo poważnie. Odbyła się na ten temat szkolna debata, każdy mógł zabrać głos, przedstawić swoje racje. Krzyże w szkole pozostały, bo tak chciała większość uczniów, i sprawa ucichła. Kilka dni później autorzy petycji przeczytali w miejscowej prasie, co o nich myśli prof. Ryszard Legutko, były minister edukacji, działacz PiS i poseł do Parlamentu Europejskiego. Ich starania o szkołę przyjazną dla uczniów o różnych światopoglądach nazwał robieniem zadymy. „Rozpuszczeni smarkacze czują się kompletnie bezkarni. To jest typowa szczeniacka zadyma”. A w innym wywiadzie: „To nic innego jak robienie chytrej, cynicznej ideologicznej zadymy przez troje rozwydrzonych i rozpuszczonych przez rodziców smarkaczy. Nie może być tak, że oni ustawiają na baczność całą szkołę! Czy naprawdę w klasie maturalnej nie ma już nic innego do roboty?”.

Immunitet nie pomógł

Na wytoczenie prof. Ryszardowi Legutce procesu o naruszenie dóbr osobistych zdecydowała się dwójka maturzystów, trzeci uczeń nie uwierzył w możliwości pokonania byłego ministra edukacji. Oni są uczniami, on politykiem, profesorem, chroni go immunitet posła Parlamentu Europejskiego. Zwyciężyło przekonanie, że nie zrobili nic złego, postąpili zgodnie z przysługującymi im prawami obywatelskimi zagwarantowanymi konstytucją, i dlatego złożyli przeciwko prof. Legutce pozew do Sądu Okręgowego w Krakowie, w którym stwierdzili, że użyte przez niego słowa są dla nich wysoce obraźliwe, mają wydźwięk pejoratywny. Ich petycja do dyrektora szkoły była krótka, stonowana, rzeczowa i stanowiła inicjatywę obywatelską podjętą w celu rozpoczęcia dyskusji na ważny temat.
Prof. Legutko wniósł o odrzucenie powództwa ze względu na przysługujący mu immunitet z racji pełnionej przez niego funkcji posła Parlamentu Europejskiego i powołał się na załącznik do traktatu o Unii Europejskiej w sprawie przywilejów i immunitetów UE, stwierdzający, że „wobec członków Parlamentu Europejskiego nie można prowadzić dochodzenia, postępowania sądowego ani też zatrzymywać z powodu ich opinii lub stanowiska zajętego przez nich w głosowaniu w czasie wykonywania przez nich obowiązków służbowych”. Krakowski sąd okręgowy sprowadził prof. Legutkę na ziemię i wytłumaczył mu, że jego opinie na temat uczniów wrocławskiego liceum nie miały żadnego związku z wykonywanym przez niego mandatem europosła. Takie samo stanowisko zajął sąd apelacyjny, do którego prof. Legutko próbował się odwołać.
Europoseł tłumaczył w sądzie okręgowym, że miał prawo do ostrej reakcji ze względu na młody wiek osób, których zachowanie przypomniało niechlubne w historii okresy walki z krzyżem. Gdyby żądanie usunięcia krzyży sformułowane zostało przez ludzi starszych, doświadczonych, dysponujących autorytetem, z pewnością jego reakcja byłaby inna. Tymczasem z petycją wystąpili nieznani nikomu młodzi ludzie, a ich działanie miało nieprzemyślany i nierozważny charakter. Poza tym jest posłem do Parlamentu Europejskiego z okręgu wrocławskiego i formułując te wypowiedzi, działał w interesie swoich wyborców, reprezentując ich poglądy. Nie rozumie też, dlaczego ci uczniowie chcieli urzeczywistnić przestrzeganie w Polsce prawa, skoro wszystko jest uregulowane i umieszczanie krzyży w szkołach czy przedszkolach odbywa się na podstawie upoważnienia zawartego w przepisach obowiązującego w tym zakresie rozporządzenia ministra edukacji narodowej z 14 kwietnia 1992 r.
Tych poglądów byłego ministra nie podzielił sąd okręgowy i 17 kwietnia 2012 r. uznał europosła za winnego naruszenia dóbr osobistych Zuzanny Niemier i Tomasza Chabinka, nakazał złożenie w prasie oświadczeń zawierających przeproszenia i zasądził wpłacenie kwoty 5 tys. zł na cele społeczne.
Nie pomogło wniesienie apelacji. Krakowski sąd apelacyjny w pełni podzielił stanowisko sądu okręgowego oraz utrzymał zaskarżony wyrok. Były minister edukacji, jak napisano w uzasadnieniu wyroku, potraktował uczniów jako osoby nieuprawnione do zabierania głosu w sprawach publicznych. Użył wobec nich pogardliwego i obraźliwego słowa „smarkacze”. Gdy tymczasem „nie budzi wątpliwości dojrzałość poglądów powodów, mimo ich młodego wieku, w kwestiach stanowiących przedmiot ich wystąpienia, którego treść i okoliczności wskazują na znajomość wiążącej się z nim problematyki i poprzedzające je głębokie jej przemyślenia. Z tych przyczyn nie sposób ocenić spornych wypowiedzi pozwanego inaczej niż jako głęboko krzywdzące powodów, tym bardziej że wypowiedziane zostały one w sposób arbitralny, bez znajomości osób, poglądów i rzeczywistych motywów działania powodów. Tym bardziej krzywdzące, że skierowane do młodzieży licealnej, w okresie, w którym kształtuje się jej postawa i światopogląd i w którym naturalne jest poszukiwanie przez nią dróg intelektualnego rozwoju i prezentacja w ramach tych poszukiwań poglądów w sposób nawet niekiedy mocno skrajny, a wypowiedziane przez pozwanego będącego z racji uprzednio pełnionej funkcji ministra edukacji narodowej i następnie europosła oraz pozycji w świecie naukowym cenionym autorytetem i wychowawcą pokoleń młodzieży akademickiej, którego wiek, doświadczenie i pozycja nakazywałaby powściągliwość i rozwagę w formułowaniu sądów”.
Europoseł nie odpowiedział młodym ludziom na żadne ich pytanie, on ich zwyczajnie zrugał. Macie, smarkacze, siedzieć cicho. To nie wy decydujecie, co będzie w szkole wisiało na ścianach.

Jaka to debata?

Teraz o takim sposobie prowadzenia debaty politycznej, który polega nie na wymianie poglądów, ale na obrzucaniu się inwektywami, mają zadecydować sędziowie Sądu Najwyższego. W skardze kasacyjnej napisano, że wyrok w sprawie Soile Lautsi przeciwko Włochom, na który powołują się licealiści w piśmie do dyrektora szkoły, został uchylony w składzie Wyższej Izby Europejskiego Trybunału Praw Człowieka 18 marca 2011 r. Tym wyrokiem zaniepokojony był również nasz parlament i obydwie izby podjęły stosowne uchwały. Senat stwierdził: „Krzyż, będący znakiem chrześcijaństwa, na trwale stał się dla wszystkich Polaków, bez względu na wyznanie, symbolem powszechnie akceptowanych wartości uniwersalnych, a także dążenia do prawdy, sprawiedliwości i wolności naszej Ojczyzny. (…) Wszelkie próby zakazania umieszczania krzyża w szkołach, szpitalach, urzędach i przestrzeni publicznej w Polsce muszą być poczytane za godzące w naszą tradycję, pamięć i dumę narodową”.
Europoseł uznał, że miał prawo do ostrej wypowiedzi, bo na 800 uczniów XIV LO tylko czworo opowiedziało się za zdjęciem ze szkolnych ścian symboli religijnych, a troje z nich podpisało petycję. Dyrekcja otrzymała setki mejli w obronie krzyży od uczniów i rodziców.
Legutko nie chciał dla licealistów surowej kary, lecz pewnej formy reprymendy, zgodnej z regulaminem szkolnym. Nie chciał też kary dla rodziców i wychowawców, „wskazywał tylko na nikłą wartość metod wychowawczych polegających na całkowitym przyzwoleniu ze strony osób dorosłych, w szczególności odpowiedzialnych za wychowanie młodzieży, na wszelkie ekscesy, do jakich zaliczał złożenie petycji”.
A poza tym, jak czytamy w skardze kasacyjnej, wbrew twierdzeniom sądów I i II instancji słowa „smarkacze” czy „rozpuszczeni smarkacze” nie są obraźliwe. Można je uznać za lekceważące, pogardliwe, ale obraźliwe nie są. W żadnym większym słowniku języka polskiego przy słowie „smarkacz” nie ma adnotacji, że jest to słowo obraźliwe lub wulgarne. Podobnie ze słowem „szczeniacki”, przy którym też nie ma takiego kwalifikatora. Stwierdzenie sądu apelacyjnego, że określenie „smarkacz” stosuje się do kogoś niedojrzałego i może być gniewne lub lekceważące, jest niewątpliwie prawdziwe, lecz z obraźliwością nie ma nic wspólnego.
Europoseł uznał, że mógł ostro formułować myśli, bo „został poproszony o komentarz do sprawy związanej z petycją nie jako profesor, filozof czy nauczyciel, ale jako polityk powiązany z partią, która za jeden z zasadniczych celów swojej działalności stawia sobie ochronę wartości i symboli katolickich w kraju”. To była debata publiczna, w czasie której strony nie muszą się traktować jako równouprawnieni partnerzy, mogą obdarzać się nieskrywaną pogardą i odmawiać stronie przeciwnej kompetencji merytorycznej. W takiej debacie publicznej obowiązują szersze granice dozwolonej krytyki niż w zwykłej dyskusji.
Nie wiadomo tylko, gdzie tu był element debaty. Licealiści, dobrze przygotowani do tematu, mówili swoje, polityk nie poznał ich poglądów, ale już wiedział, że są smarkaczami, nikt z nikim nie rozmawiał, jak to w Polsce. Teraz Sąd Najwyższy będzie próbował zrozumieć, na czym ta debata polegała.

Wydanie: 16/2013

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy