Kobiety pod czarną flagą

Kobiety pod czarną flagą

W Iraku rozpoczynają się procesy kobiet oskarżonych o wspieranie ISIS

Kalifat ma również kobiecą twarz. Już w 2015 r., kiedy pozostawał znaczącą siłą militarną na Bliskim Wschodzie i regularnie groził zamachami terrorystycznymi w Europie, analizujący tę formację zwracali uwagę na znaczącą rolę kobiet w jej strukturach. Według badań think tanku RUSI, zajmującego się kwestiami bezpieczeństwa i terroryzmu, w szeregach Państwa Islamskiego mogło aktywnie działać nawet 3 tys. kobiet. Z kolei jak podkreśla Rafia Zakaria, amerykańska prawniczka badająca pozycję kobiet w społeczeństwach bliskowschodnich, stanowią one aż 10% rekrutów ISIS z krajów Europy Zachodniej. Każda to osobna historia walki w imię islamu, często nieprzystająca do zachodniego wyobrażenia o terrorystach.

Męczennica

Jedną z takich nietypowych biografii była historia dr Aafii Siddiqui, pakistańskiej neurobiolożki, aresztowanej za działalność terrorystyczną na terenie USA jeszcze w 2008 r. Wówczas amerykańskie władze oskarżyły ją o wspieranie Al-Kaidy i współudział w tworzeniu broni biologicznej. Jej przypadek jest o tyle ciekawy, że przeniosła się do Stanów jako uznany naukowiec i dopiero za oceanem przeszła radykalizację i nawiązała kontakt z islamistami. Co więcej, liderzy Państwa Islamskiego nie zapomnieli o niej pomimo upływu lat. W 2015 r., gdy ważyły się losy amerykańskiego dziennikarza Jamesa Foleya, późniejszej pierwszej głośnej ofiary ISIS (nagranie z jego egzekucji zostało upublicznione w internecie), zaoferowali amerykańskiej administracji wymianę jeńców. Foley miałby wrócić do domu, a w zamian miałaby zostać uwolniona właśnie dr Siddiqui. Wcale nie dlatego, że była terrorystom jakoś szczególnie potrzebna. Wówczas taktyka ISIS koncentrowała się na Europie, gdzie zamachy przeprowadzano raczej za pomocą ładunków wybuchowych niż broni biologicznej. Neurobiolożce miała zostać zwrócona wolność, bo dla islamistów stała się symbolem. Męczennicą, wojowniczką zdolną poświęcić dla Allaha życie, nie tylko to zawodowe. Można zaryzykować tezę, że pod tym względem w Kalifacie panowało równouprawnienie. Symbolem walki za sprawę mogli zostać zarówno mężczyźni, jak i kobiety. W niektórych momentach ofiarę tych drugich doceniano nawet bardziej.

Jak widać na przykładzie Aafii Siddiqui, role odgrywane przez kobiety w strukturach Kalifatu były różnorodne. Część, głównie rekrutki z Europy i południowych prowincji Rosji, walczyła na froncie, udzielała się przy organizowaniu zamachów. Z kolei większość Arabek wewnątrz ISIS trzymała się z dala od bezpośrednich walk. Wiele pełniło niezwykle ważne i cenione przez islamistów funkcje rzeczniczek prasowych i posłańców terrorystycznej propagandy. Jedną z nich była blogerka o pseudonimie Umm-Lyath, znana z dużej aktywności w mediach społecznościowych i misji rekrutowania jak największej liczby kobiet. W jednym z wpisów przetłumaczonych na angielski i przeanalizowanych przez amerykańską gazetę „The Daily Beast” głosiła, że wstępowanie kobiet, „córek islamu”, do armii Kalifatu jest szczególnie ważne, bo przykładów prawidłowej żeńskiej postawy znaleźć można w społeczeństwach arabskich coraz mniej. Umm-Lyath twierdziła, że w obliczu coraz większej sekularyzacji i fali „niszczącego zachodniego feminizmu” kobiety mają w świecie arabskim bardzo istotną rolę do odegrania. One przede wszystkim muszą odeprzeć kolejny atak na islamską tradycję, zagrażający modelom wychowania i strukturze tamtejszych rodzin. „Nasze zadanie jest szczególnie ważne, bo kto, jeśli nie my, wyda na świat następne legiony walczących lwów”, pytała na blogu.

Czas rozliczeń

Poza propagandą wiele kobiet w ISIS zajmowało się kwestiami bieżącego funkcjonowania organizacji. Nie wolno bowiem zapominać, że w czasach największego zasięgu terytorialnego Kalifat działał jak quasi-państwo, dobrze zorganizowane, zarządzające sporym majątkiem i podejmujące wiele działań poza swoim terytorium. Kobiety były w nim odpowiedzialne za przerzut terrorystów do Europy, organizowanie dokumentów, wynajem mieszkań, często też podróżowały na kontynent jako fikcyjne żony i siostry, by uwiarygodnić status islamistów.

Jednak bez względu na ich rangę w szeregach Państwa Islamskiego po upadku Kalifatu nadszedł czas rozliczeń. Jak informuje brytyjski dziennik „The Independent”, tylko w więzieniach na terenie Iraku przebywa obecnie 560 kobiet oskarżonych o działalność w ISIS. Pierwszy proces odbył się w lutym. Iracki sąd skazał wówczas na śmierć przez powieszenie 15 kobiet w wieku od 20 do 50 lat. Wszystkie były obywatelkami Turcji i zarzucano im działalność terrorystyczną na terenie Iraku i Syrii. Wyrok zapadł mimo głośnych protestów organizacji broniących praw człowieka, przede wszystkim Amnesty International. W dodatku wiele wskazuje, że pozostałe kobiety Kalifatu przebywające w irackich więzieniach czeka ten sam los. Irackie sądy, jak pisze w raporcie „The Daily Beast”, zdają się bowiem niespecjalnie różnicować wyroki wobec byłych członków ISIS. Nie są oni uznawani za jeńców wojennych, dlatego nie chronią ich międzynarodowe konwencje. Wszystkich, w tym kobiety, hurtem oskarża się o działalność terrorystyczną, za co w irackim prawie grozi kara śmierci. Jak zauważa Rafia Zakaria, wkrótce możemy być świadkami fali egzekucji kobiet na skalę niespotykaną nigdzie indziej we współczesnym świecie.

Kara śmierci

Pojawia się zatem pytanie, czy Irak i Syria mają monopol na sądzenie terrorystek, czy nie powinny one wrócić do ojczyzny. Jedną z dżihadystek, wokół których rozgorzała podobna debata, była Khadija Dare, Brytyjka z przedmieść Londynu, która po zradykalizowaniu się na Wyspach uciekła do Syrii, by walczyć w szeregach ISIS ze swoim partnerem szwedzkiego pochodzenia. Khadija Dare zyskała sławę jako pierwsza kobieta w strukturach Państwa Islamskiego, która wykonała egzekucję na niewiernych. Wielka Brytania już od 2014 r. starała się o sprowadzenie jej na Wyspy i sądzenie za terroryzm w kraju. Podobnie ma się sprawa z obywatelkami Francji, Belgii czy Szwecji. Pretensji związanych z ewentualną ekstradycją na razie nie zgłasza jedynie Rosja, która akurat terrorystów obu płci w szeregi ISIS wyeksportowała najwięcej. W większości byli to jednak Czeczeni i Czeczenki, których egzekucja byłaby zapewne Kremlowi obojętna.

Obawy co do zasadności niemal masowych wyroków śmierci i kar dożywocia dla kobiet z Kalifatu mają nie tylko obrońcy praw człowieka. Na ryzyko z tym związane zwracają uwagę eksperci zajmujący się antyterroryzmem. Każdy wyrok śmierci dla członka ISIS najprawdopodobniej wyniesie go do rangi męczennika czy świętego bojownika. Może on w ten sposób stać się wzorem, motywacją dla innych, wezwaniem do działania, symbolem ostatecznej ofiary za islam. To ryzyko jest szczególnie wysokie w przypadku kobiet. Z dość prozaicznego powodu – po prostu są mniej liczne, dlatego każda egzekucja będzie bardziej nagłaśniana i odbije się echem w arabskich społeczeństwach. Na tej nucie zresztą próbowała zagrać wspomniana Umm-Lyath, mówiąc o wyjątkowości arabskich kobiet walczących pod czarnymi flagami. W oczach wielu tamtejszych przywódców, również religijnych, wobec postępującej sekularyzacji i liberalizacji niektórych krajów, np. Arabii Saudyjskiej, właśnie kobiety muszą bardziej przeciwstawić się Zachodowi, dać sygnał do obrony arabskiej tradycji i hierarchii wartości. Dlatego, choć Kalifat wydaje się mocno osłabiony i nie istnieje już w formie znanej jeszcze sprzed trzech-czterech lat, kwestia zaangażowania kobiet w jego struktury nie traci ważności. Tym bardziej że wiele z nich decyduje się na walkę frontową i czynny udział w atakach terrorystycznych. Kobiecą twarz ISIS świat będzie oglądać jeszcze nieraz.

Wydanie: 25/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy