Kobiety, pracujcie!

Kobiety, pracujcie!

W sferze publicznej wciąż opłaca się trzymać z mężczyznami, bo od nich zależy nasz los


HANNA SAMSON
– psycholożka, psychoterapeutka, pisarka. Jest autorką książek: „Zimno mi, mamo”, „Pułapka na motyla”, „Miłość. Reaktywacja”, „Życie po mężczyźnie”, „Dom wzajemnych rozkoszy”, „Zabić twardziela”. W tym roku wydała powieść „Patyk” oraz „Sensownik” – zbiór felietonów publikowanych na łamach miesięcznika „Sens”. W fundacjach Feminoteka oraz CEL pracuje z kobietami doświadczającymi przemocy.

Jest pani feministką? Przedstawiając panią, Wikipedia dodaje ten rzeczownik do psycholożki, pisarki i dziennikarki. Jeśli odpowie pani twierdząco, to ryzykujemy – nasza rozmowa może przestać interesować poważnych czytelników. Jak brzmi prawda?

– Tak, jestem feministką. Z całą pewnością.

Dlaczego ludzie nie lubią feministek? Nawet spora część kobiet mówi: nie jestem feministką, ale uważam, że mam prawo…

– Bardzo mnie to martwi, jednak następuje zmiana; coraz więcej kobiet identyfikuje się z feminizmem. A niechęć bierze się ze stereotypu, jaki obowiązywał przez lata – z feministek robiono jakieś dziwne istoty, które są niezadowolone z nie wiadomo czego, a przecież my, kobiety, jesteśmy zadowolone, a nawet jeśli nie jesteśmy, nie mówimy tego głośno. Żyjemy w patriarchacie i byłyśmy wychowywane do tego, żeby ten patriarchat podtrzymywać. A feministka to przede wszystkim kobieta brzydka, owłosiona, nienawidząca mężczyzn, bo oni jej nie chcą – taki stworzono obraz. Tymczasem w feminizmie nie ma wrogości wobec mężczyzn, jest tylko chęć ich zmiany, żeby nieco się przesunęli, zobaczyli pewne rzeczy, np. niesprawiedliwość, która wciąż występuje w większości polskich domów, gdzie kobieta, nawet pracując zawodowo, ma na głowie dzieci i wszystkie domowe obowiązki. Dla wielu wciąż jest oczywiste, że kobieta ma dbać o to, żeby było posprzątane, żeby mężczyzna miał wszystko wyprane, wyprasowane, podane. Przecież to absurdalne, żeby jedna osoba służyła do obsługi drugiej dorosłej osoby.

Ale w którymś swoim tekście czy wywiadzie zwróciła pani uwagę, że kiedy kobieta ma mężczyznę znakomicie sprawdzającego się w domu – dobrze gotuje, lubi sprzątać, zajmuje się dziećmi – który nie szuka pracy, traktuje go jak ciapę, nieudacznika.

– No, trochę tak jest. Jeszcze ciągle dla nas, kobiet, mężczyzna ma grać rolę wojownika. Nawet jeśli ten wzorzec męskości w wielu momentach nam nie odpowiada, to niełatwo przyjąć zamianę ról. Jesteśmy w procesie zmian wzorców kulturowych, ale te stare jeszcze nieźle się trzymają. Notabene często to tylko pozorna zamiana ról. Bo wielu mężczyzn niepracujących zawodowo popada z tego powodu w stan bezradności, frustrację, depresję, ale domem zajmują się niechętnie. I kiedy kobieta wraca z pracy, nadal zajmuje się wszystkim. Znam też takie sytuacje, w których kobieta sama utrzymuje rodzinę, ale on i tak kontroluje wydatki, zarządza budżetem domowym, wydziela jej zarobione przez nią pieniądze. Mężczyźni potrafią się obsadzać w roli dominującej, nawet gdy nie mają do tego tradycyjnych podstaw.

Nie oni upolowali, ale dzielą. Wracam do tego, że pani często podkreśla potrzebę rzeczywistego równouprawnienia płci. Obu.

– Tak. Jestem za tym, żeby ludzie mogli się dogadywać w kwestiach, co robią i jak układają swoje życie. Sztywny podział na czynności przypisywane płciom nie ma sensu. Cierpią z tego powodu również mężczyźni.

Dlaczego jako psychoterapeutka i pisarka zajęła się pani przede wszystkim kobietami?

– Bo jestem kobietą i obchodzi mnie, żeby świat się zmieniał i kobiety zajęły w końcu należne nam miejsce. Żeby nie musiały wciąż być dwa razy lepsze i dwa razy więcej pracować, aby dojść do wysokich stanowisk, które mężczyźni po prostu między siebie rozdzielają. Wierzę, że świat byłby lepszy, gdyby był sprawiedliwszy. Jestem uwrażliwiona na tę niesprawiedliwość, choć oczywiście to niejedyna niesprawiedliwość na Ziemi. Pracuję głównie z kobietami doświadczającymi przemocy ze strony mężczyzn i wiem, jak mężczyźni potrafią wykorzystywać swoją dominującą pozycję.

A co pani robi? Wzmacnia te kobiety, żeby potrafiły się przeciwstawić, obronić swoją wolność?

– Tak, przede wszystkim chodzi o wzmocnienie kobiety i o to, żeby zobaczyła całą sytuację w inny sposób, nie oczami mężczyzny, bo on często narzuca kobiecie poczucie winy: to przez nią są awantury w domu, to ona go sprowokowała. Często prowadzę grupy, w których kobiety wspólnie mogą przepracować traumatyczne przeżycia i uwolnić się od tego, co je ogranicza. Łamiemy przy okazji kolejny stereotyp – że kobiety są dla siebie niefajne. Wielokrotnie słyszę, jak przychodząca do nas osoba ma wątpliwości: No nie wiem, jak to będzie, grupa kobiet, ja nie lubię kobiet… A potem zaskoczenie: Nie wiedziałam, że tak dobrze może być z kobietami. Tu znowu widać siłę stereotypu. Przecież na co dzień właśnie kobiece przyjaźnie pozwalają nam przetrwać trudne momenty. To od przyjaciółek dostajemy wsparcie, zrozumienie, opiekę, gdy jesteśmy chore. Ale stereotyp, że kobiety to rywalki, przesłania te doświadczenia. Owszem, gdy znajdziemy się w sferze publicznej – na męskim terytorium – wciąż opłaca się trzymać z mężczyznami, bo od nich wtedy zależy nasz los.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 33/2016

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy