Kogo zastrzelili komandosi?

Kogo zastrzelili komandosi?

Rzekoma „wojna z terrorem” prowadzona na terenach Autonomii Palestyńskiej przez Szarona była ewidentnym oszustwem

Korespondencja z Tel Awiwu

Rzekoma „wojna z terrorem” prowadzona na terenach Autonomii Palestyńskiej przez premiera Izraela, Ariela Szarona, i szefa Sztabu Generalnego izraelskiej armii, generała Szaula Mofaza, owa żydowska (Szaron) „wojna o istnienie”, której nasilenie przygasło z uwagi na przylot i wznowioną działalność amerykańskiego mediatora, generała Zinniego, była ewidentnym oszustwem, gładko przełkniętym przez światowe środki przekazu.
W istocie między Izraelem i Palestyńczykami nie było działań wojennych – w przyjętym, słownikowym znaczeniu – albowiem panowie Szaron i Mofaz dowodzili jedynie zmotoryzowaną,

brutalną ekspedycją karną

czterech doborowych dywizji poruszających się opancerzonymi transporterami piechoty M-113 i wspieranych samolotami F-16 (z rakietami Hellfire i możliwością przeniesienia 1000 kg bomb), śmigłowcami bojowymi Cobra i Apache i samolotami zwiadowczymi bez pilota. W rejonie Strefy Gazy izraelskie doborowe oddziały dywizji komandosów Golani, Giwati i Nahalu wspierane były z morza ogniem ścigaczy Dabur, a na lądzie posługiwały się chlubą izraelskiego przemysłu zbrojnego – rakietami Gil oddanymi do użytku czerwonym beretom i 120-milimetowymi działami czołgu Merkawa 3. Śladowy opór palestyńskich tubylców, nawet gdyby istniał, zostałby z łatwością przełamany, a 100-tonowe opancerzone spychacze izraelskich wojsk inżynieryjnych obalające palestyńskie domy przejechałyby się spacerem po powstańczych barykadach. Ale oporu nie było.
A jak nie ma oporu, to nie ma wojny. Tu i tam strona palestyńska dawała głos li tylko sporadycznym ogniem miejscowych posiadaczy kałasznikowów, których nikt nie uczył taktyki wojskowej i zasad walki w mieście, dzięki czemu straty armii Szarona i Mofaza były minimalne albo żadne, zaś dwukrotna porażka czołgów, które wyleciały na minach, była owocem kooperacji El Fatah z libańskim Hezbollahem. Dlatego wobec mizernej ilości palestyńskich strzałów, oszczędniejszych niż na arabskich weselach, urodzinach i pogrzebach, zabawnie wyglądały izraelskie przygotowania do ataku pokazywane w hebrajskiej telewizji. Te nakładania tałesów i zbiorowe, tragikomiczne modły o zwycięstwo, te malowania – wzorem Komanczów i Siuksów – twarzy komandosów na zielono-brązowe kolory ochronne mające porazić przeciwnika lękiem i te przymierzania kamizelek kuloodpornych wykonanych z kompozytów ceramicznych wysokiej wytrzymałości. Bohaterska ofensywa Szarona i Mofaza prowadzona w obozach uchodźców palestyńskich siłami doborowych oddziałów izraelskiej armii przywodziła na pamięć wejścia byłych białych południowoafrykańskich dywizji skoczków spadochronowych do murzyńskich gett i slumsów. Mógłbym użyć innego porównania, ale nie chcę urazić dr. Marka Edelmana.
Z socjologicznego punktu widzenia, pouczające może być przyjrzenie się z bliska fragmentowi akcji izraelskich żołnierzy prowadzonej dla urozmaicenia nie na Zachodnim Brzegu i nie w Strefie Gazy, ale na północy właściwego Izraela.
Na krótko przed przybyciem gen. Zinniego armia izraelska od południa do zmroku przeczesywała sady bananowe przylegające do kibucu Matzura w pobliżu granicy libańskiej, przeszywała kulami zarośla i prowadziła intensywny ostrzał okolicznego drzewostanu z szybkostrzelnych karabinów maszynowych trzech helikopterów Cobra. Ocena wywiadu, że

dwaj zastrzeleni terroryści

palestyńscy, którzy zabili sześciu Izraelczyków podczas ostrzeliwania samochodów poruszających się szosą Szlomi-Kabri, korzystali z pomocy wspólników z Hezbollahu ukrywających się w pobliżu izraelskich osiedli, spowodowała zatarasowanie dróg na północy Izraela. Wielokilometrowe korki sparaliżowały komunikację od Cwatu do Hajfy. Panikę potęgowały prowadzone na żywo relacje telewizyjne, pokazujące rajdy terenowe opancerzonych Hammerów, Cobry plujące ogniem z wysokości 3 tys. stóp, kompanie komandosów posuwające się, strzelając, tyralierą i policjantów izraelskich, leżących na asfalcie z kolbami karabinów M-1 przyciśniętymi do policzków (M-1, stary amerykański karabin pamiętający II wojnę światową, pogardzany i odstawiony do lamusa, odzyskał z nagła szacunek, kiedy palestyński snajper zastrzelił z niego dziesięciu Izraelczyków w pobliżu zapory drogowej strzegącej osiedla żydowskiego Ofra, w tym siedmiu żołnierzy).
Nawet w odległym o 45 km mieście Kiriat Szmona megafony uliczne wzywały mieszkańców do ukrycia się w schronach, przerwano naukę w szkołach, zamknięto sklepy, urzędy i zakłady pracy. Kiedy ciemności okryły wymarłe ulice miasta porażonego strachem, rzecznik wojskowy armii obwieścił przez rozgłośnię Kol Israel, że dwaj zlikwidowani terroryści nie mieli pomocników, jak przypuszczano, ale działali na własną rękę. Do kogo zatem strzelano?
Zagadka została rozwikłana, kiedy znaleziono trupa miejscowego pasterza, leżącego w wysokiej trawie obok swoich owiec. Nazajutrz izraelskie gazety podały zgodnie po hebrajsku, że pasterza zastrzelili terroryści udający się na akcję, na krótko przed zorganizowaniem zasadzki. Nikt nie pyta, dlaczego zatem w kibucu Matzura nie słyszano strzałów mogących ostrzec przed zamachem i dlaczego nie dopisano pasterza (chociaż Araba, ale obywatela Izraela) do listy ofiar terroru ? Może dlatego, że Bogu ducha winny pasterz zginął od ognia prowadzonego przez helikoptery albo od kul strzelających ma oślep żołnierzy?
Można by z łatwością rozwikłać tajemnicę śmierci pasterza, dokonując oględzin jego zwłok podziurawionych na wylot kulami, przeprowadzając na nieboszczyku zwyczajową sekcję w Instytucie Patologicznym w Abu Kabir i zamawiając badania balistyczne w laboratorium policyjnym w Kwar Sabie. Ale komu miałoby zależeć na poddaniu pośmiertnym badaniom doczesnych szczątków pasterza? Może tylko kierownictwu Instytutu Patologicznego w Abu Kabir, oskarżanemu systematycznie w hebrajskich mediach o kradzież ludzkich organów wewnętrznych i wyłuskiwanie rogówek z oczu parcelowanych denatów tudzież o zyskowne rozprowadzanie łupu między prywatnymi klinikami w Tel Awiwie.
Przyleciał generał Zinni i przerwał panom Szaronowi i Mofazowi zabawy wojenne prowadzone w celach prestiżowych.

Gdyby nie interwencja

amerykańskiego mediatora premier Szaron mógłby jedynie ubolewać, że zmarła przedwcześnie żona Lili nie obejrzy jego ostatniego w życiu zwycięstwa, które po latach służby u innych mógłby wreszcie scedować na siebie (poprzednie błyskotliwe akcje, wojskowe i polityczne, prowadził był Szaron dla Ben Guriona, dla Goldy Meir, dla Menachema Begina i dwóch premierów o imieniu Icchak – Szamira i Rabina). Zapotrzebowanie Mofaza na wojnę, ukróconą brutalnie przez Zinniego, było jeszcze gorętsze, ponieważ Szaron w wieku Mofaza miał już żwawą biografię wojenną – dowodził legendarną 104. jednostką komandosów, potrafiącą nadziewać na pal i łamać kołem, pacyfikował Gazę, przekraczał Kanał Sueski w wojnie 1973 r. i podpalał Bejrut w 1982 r. Miał się Szaron czym chwalić w domu i na korytarzach Knesetu, a Mofaz niczego jeszcze nie osiągnął, a za małe dwa miesiące kończy mu się kadencja szefa sztabu! Jedynie szybkie, błyskawiczne zwycięstwo nad Palestyńczykami – bo innego wroga na horyzoncie nie widać – zdołałoby pomóc Mofazowi, pierwszemu dowódcy żydowskiej armii pochodzącemu z Iranu, w karierze cywilnej i politycznej, kiedy zzuje czerwone buty komandosa i odda do magazynu mundurek koloru khaki.

crx@barak-online.net

 

Wydanie: 13/2002

Kategorie: Świat
Tagi: Edward Etler

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy