Komunizm nasz dzisiejszy

Komunizm nasz dzisiejszy

Każdy ma swoją receptę na pracę. Jeśli chodzi o mnie, najpierw herbata, dwa papierosy, poranna gazeta, dłuższa chwila koncentracji, poukładania sobie we łbie tekstu do napisania. Już siadam, już zabieram się do czynu („z tego czynu ucz się, synu”, mawiał poeta). Pierwsze słowa napisane. Nagle dzwonek. Telefon. Przerywam pracę, biegnę odebrać. – Czy pan Ludwik Stomma? – Tak, czym mogę służyć? – Szanowny panie – mówi przymilny tenor – jestem przedstawicielem firmy XYZ (nazwa niesłyszalna, zresztą i tak nic by mi nie powiedziała), zbliża się zima, po niesłychanie atrakcyjnej cenie możemy ocieplić panu mieszkanie. Założenie podwójnych szyb w oknach kosztuje u nas tylko… – Dziękuję, nie jestem zainteresowany waszą propozycją. Odkładam słuchawkę. Strzępy tekstu uciekły mi z głowy. Gazeta już przeczytana, więc tylko herbata, dwa papierosy, dłuższa chwila koncentracji, ponowne poukładanie sobie tekstu we łbie… Tyle że nie pasuje on do tego, co zdążyłem już napisać. Skreślam, zaczynam od nowa. Nagle dzwonek. Telefon. Przerywam pracę, biegnę odebrać. Tym razem sympatyczna, po głosie sądząc, panienka: – Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, mamy, panie Stomma, wspaniałą ofertę dla pańskich dzieci… Najgorsze wyrazy piętrzą mi się w mózgu. Już bym bluzgnął, ale powstrzymuję się w ostatniej chwili. W końcu czemu ona winna? Przerywać moją pracę to po prostu jej praca. – Dziękuję pani, ale nie skorzystam. Życzę miłego dnia. Dalej rutyna: herbata, dwa papierosy, robota od początku. Dzwonek. Telefon. Zdarza się, że jednego dnia odbieram nawet do dziesięciu takich połączeń. Jak w takiej sytuacji nie stać się teistą (nie mylić z deistą – na t to od herbaty, na d od Boga) i nie popaść w zależność od nikotyny?
Oczywiście mógłbym telefonów nie odbierać. Problem w tym, że dzwonić mogą nie tylko agencje reklamowe. A jeśli to będzie przyjaciel w ostatecznej potrzebie albo naczelny redaktor Jerzy Domański zwiastujący mi (cuda też się zdarzają), że dostałem premię na koniec roku za wierne i punktualne usługi? Idea telefonu, którego wezwań nie przyjmujecie, ma pewien surrealistyczny urok. Stoi sobie pudełko i wydaje bezinteresowne dźwięki. Jacek Cygan napisałby do tej muzyki przejmujące słowa. Ja jestem jednak nieskończenie bardziej prozaiczny. Dzwonię do centrali. Okazuje się, że nic nie da się zrobić. Gdybym nawet nie miał numeru w książce telefonicznej, to i tak znajdą. Zresztą zastrzeżenie numeru telefonicznego nie wlicza się w listę tajemnic państwowych i każdy haker znajdzie go w 15 minut, zdolniejszy nawet w trzy.
Dzieje się to w państwie, gdzie dla „mojego dobra” zakazano palić papierosy w miejscach publicznych, a nawet w samochodach, jeśli jedziesz z dzieckiem, gdzie nie wolno zapalić drwa w kominku, aby smogiem nie razić przechodniów, gdzie słodyczy nie wolno sprzedawać w szkołach, bo wpływa to na tycie młodzieży, gdzie z roku na rok ogranicza się prędkość przemieszczania się samochodem, żeby nie zagrozić bliźniemu…
Niedziela, siódma rano. Jeszcze nie wstałem do pracy, nie wypiłem herbaty, nie wypaliłem ani jednego papierosa. Dzwonek. Telefon. – Czy pan Stomma? Bo właśnie mamy zapas przecenionych ubrań, które z chęcią… Tym razem już nie jestem grzeczny. Trzaskam słuchawką i dzwonię do centrali nad centrale (każdy ma swoich hakerów). Miła, po głosie sądząc, panienka tłumaczy mi dobrotliwie, że jest wolność komunikacji i każdy może dzwonić do każdego. Poza tym, gdyby zakazać przerywania mi pracy, ileś telefonistek straciłoby posadę i znalazło się na bezrobociu. Kto jest więc ważniejszy – ja czy telefonistki? Liczebnie rzecz biorąc, telefonistki na pewno. „Jednostka jest niczym wobec mas”, mówił towarzysz Lenin. Tak oto, kochani liberałowie, dobrnęliśmy do komunizmu. W najlepszym wydaniu. Nawet Leninowi się o nim nie śniło.

Wydanie: 1-2/2015

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy