Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Jak sygnalizowaliśmy tydzień temu, MSZ będzie miało nowego wiceministra. Będzie nim Jerzy Pomianowski. No, to jest zawodnik, o którym wiele razy pisaliśmy, dostarczyciel anegdot. Niektóre z nich cytowaliśmy. I już samo ich przypominanie zajęłoby nam parę odcinków. Bo po prostu jest fascynujące, jak człowiek nieposiadający dyplomatycznych predyspozycji (i w jakiejś części – umiejętności) przebija się w MSZ. Przy ministrze Radosławie będzie miał raj. Bo minister takich trzaskających obcasami lubi.
Pomianowski przychodził do MSZ w czasach wczesnego Skubiszewskiego, w grupie jednych z pierwszych z nowego naboru. Wtedy zapamiętano go z tego, że przedstawiany był jako specjalista od gry na indyjskim bębenku. Potem zmienił image – stał się specjalistą od aikido. Uprawiał ten sport, z zapałem machał kijem. Miłość do aikido zaowocowała namiętnością do Kraju Kwitnącej Wiśni – tak więc zabiegał, że kolejny minister (zdaje się, był to Dariusz Rosati) wysłał go na ambasadora do Japonii. Z tym wysłaniem był kłopot, bo zanim wyleciał, musiał zdać egzamin z angielskiego. No i był problem…
W końcu Pomianowski poleciał do Tokio i tak tą misją był przejęty, że zapomniał wziąć ze sobą listy uwierzytelniające. Dosyłano mu je specjalnym kurierem.
W Tokio dokończył budowę ambasady. My to zapamiętaliśmy m.in. dlatego, że kosztowało horrendalnie dużo. I z powodu atrakcji, którą miał być zielony trawnik na dachu. Ze zdjęć, które publikowaliśmy, wynikało, że trawę tam posiano, ale uschła.
Zapamiętaliśmy też dla- tego, że ambasador prowadził wojnę z podległymi mu pracownikami. I, jak opowiadali, sprawy sporne proponował rozwiązywać po męsku. Na początek zdejmując okulary.
Z Tokio Pomianowski wrócił do MSZ, był dyrektorem generalnym. Do swych epokowych działań zaliczył fakt, że kazał pozdejmować ze ścian MSZ portrety ministrów spraw zagranicznych z czasów PRL. Była taka galeria, przy schodach, bardzo ciekawa, przedstawiająca ministrów II RP, PRL i wreszcie Rzeczypospolitej numer trzy. Do czasów Pomianowskiego. Potem został dyrektorem departamentu. A potem się rozpłynął – bo okazało się, że wygrał konkurs na dyrektora w OECD. No i proszę – wrócił.
W MSZ taki powrót to nie jest dobra rekomendacja. Otóż tak się dzieje, że jak ktoś załapie się do organizacji międzynarodowej, to już trwa. Bo nie ma lepszej pracy niż tam. Trzeba więc naprawdę bardzo się „wykazać”, żeby kontraktu na kolejną kadencję nie przedłużyli albo żeby nie przeskoczyć gdzieś wyżej. Pomianowskiemu, zdaje się, coś takiego się udało.
Teraz, od 1 lipca, będzie wiceministrem. I bardzo ciekawe, jaki będzie zakres jego obowiązków. Bo analizując jego merytoryczne umiejętności, trudno je określić…
Z tego punktu widzenia zmiany na szczytach MSZ zapowiadają się bardzo interesująco. Dotychczasowi wiceministrowie będą wyjeżdżać na placówki. Zastępują ich nowi. To niby normalna w MSZ sprawa, tu ciągle trwa ruch, rotacja, jedni wyjeżdżają, drudzy wracają… Ale przeważnie pilnowano, żeby na szczeblach wiceministrów zasiadali ludzie kompetentni. Zdaje się, ta zasada zaczyna kruszeć…
Attaché

Wydanie: 26/2011

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy