Kraj jak plan filmowy

Kraj jak plan filmowy

Co łączy „Gwiezdne wojny”, „Angielskiego pacjenta”, „Piratów” czy „Quo vadis”? Nic. Poza tym, że były kręcone w jednym kraju – Tunezji

Filmowcy upodobali sobie to niewielkie afrykańskie państwo. Nic dziwnego – w niedużej odległości od siebie można tu znaleźć wyjątkowo różnorodne krajobrazy: pustynie z tajemniczymi jaskiniami, głębokie kaniony, żyzne oazy i porośnięte palmami wybrzeże.
Ostatnio o Tunezji było głośno w roku 2000, gdy kręcono tam polską superprodukcję „Quo vadis”. Najbardziej charakterystyczne ujęcia pochodzą z grot Al-Hauarja, które imitowały Ostrianum. To miejsce przyciągało turystów już wcześniej. Położone 100 km na północ od Hammametu jaskinie robią wrażenie. Za czasów rzymskich mieściły się tu kamieniołomy, w których pracowali niewolnicy chrześcijanie. Dziś z leżących tuż nad morzem skał można podziwiać górzystą wyspę Zembra. Zaskakujący jest pomarańczowy kolor wapiennych skał – ich osad używany był w starożytności do dekorowania ścian.
Al-Hauarja leży z dala od uczęszczanych szlaków turystycznych, na przylądku Bon. Tereny te z plantacjami cytryn i pomarańczy, zielonymi winnicami i daktylowymi palmami nazywane są Ogrodem Tunezji. Rzeczywiście ten spokojny i bogaty zakątek kraju bardziej przywodzi na myśl pejzaże Sycylii niż Saharę. Ale właśnie na tym polega urok Tunezji – wystarczy stąd ruszyć na południe i po pół dnia drogi jesteśmy w innym świecie. Monotonnym, piaskowym, pozbawionym zieleni, za to pełnym tajemniczych grot i jam. Czy berberyjskie domy w okolicach Matmaty czegoś nam nie przypominają? No jasne – przecież to scenografia do „Gwiezdnych wojen”.
Nazwa pustynnej osady Matmata oznacza w języku Berberów „nic tu nie ma”. Z pozoru to trafne określenie. Jeśli jednak przyjrzeć się bliżej skalnym kopułom, okazuje się, że w miękkich wapiennych skałach są wydrążone jaskinie służące tubylcom jako domy. To bardzo sprytny pomysł, bo panuje w nich temperatura 25 stopni, gdy na zewnątrz leje się z nieba niemiłosierny żar. Okazuje się, że w tych niewidocznych z daleka domostwach kwitnie życie, w spiżarniach krzątają się berberyjskie kobiety w tradycyjnych długich szatach, z licznymi tatuażami na czole, policzkach, nosie i dłoniach. Zdobienie ciała zmywalnymi wzorami z henny to dawny obyczaj. Jednak choć Berberowie chcą się pokazać turystom jako wyjątkowi tradycjonaliści (oczywiście za drobną opłatą za oglądanie domostwa), nie wszystko wygląda tu jak przed wiekami. Wystarczy zerknąć do któregoś z bocznych pokoi, żeby zobaczyć tranzystorowe radia czy telewizory i skrzynki z coca-colą.
Gdy „Gwiezdne wojny” święciły triumfy, tunezyjskie władze postanowiły pobudować hotele dla fanatyków filmu. W tym przypadku w kruszeniu skał pomagały koparki, jednak – jak zapewniają miejscowi – ten najsłynniejszy, Sidi Driss, został stworzony metodą tradycyjną, ręcznie. To w jego wnętrzach bywał filmowy Luke Skywalker. Czy to nie dziwne – futurystyczna XX-wieczna baśń rozgrywa się w pomieszczeniach, o których pisał już w V wieku p.n.e. grecki historyk Herodot.
Podróżując tropem gwiezdnych bohaterów, docieramy nad słone jezioro Szott el-Dżerid, gdzie obok krateru filmowy Luke obserwował dwa słońca. Samo jezioro to cud natury – w zależności od tego, kiedy były ostatnie opady, przybiera barwę śnieżnobiałą (od soli, gdy pora jest sucha) lub szarawą (gdy w porze deszczowej gdzieniegdzie tworzą się kałuże). Na Szott el-Dżerid łatwo o fatamorganę – w ostrym słońcu rozgrzane powietrze gęstnieje i unosi się nad ziemią, co z daleka wygląda jak zarysy oazy, gaju palmowego, a nawet miasteczka ze smukłymi minaretami.
Na wschód od jeziora ciągnie się już tylko bezkresna pustynia. Początkowo jest to monotonny żwirowy ugór, który przy granicy z Algierią zamienia się w poprzecinane rzadkimi kanionami skaliste wzgórza. To właśnie tutejsze pejzaże okolic Tamerzy posłużyły jako plan romansu „Angielski pacjent”. Nad najsłynniejszym kanionem w Mides, znanym z filmu, można przelecieć balonem – godzina lotu to równowartość 200 zł.
Polskim turystom Tunezja nieodparcie kojarzy się z morzem. A jak morze, to „Piraci”. Tę komedię kostiumową Romana Polańskiego realizowano u tunezyjskich wybrzeży, a Tunezyjczycy byli nawet jej współproducentami. Miło usiąść w jakiejś lokalnej restauracji z widokiem na morze i spróbować tunezyjskich specjałów. Najpierw szorby – gęstej pikantnej zupy z dodatkiem harissy – ostrej pasty z papryki (tę ostatnią można jeść jako przystawkę z pieczywem, doskonale wzmaga apetyt). Potem brika – arabskiego naleśnika z tuńczykiem lub sardelą albo tradycyjnego kuskusu – mielonej kaszy pszennej podawanej z baraniną i smażonymi warzywami. Na deser jeszcze najsłodsze daktyle świata, a do popicia doskonała mocna herbata z listkiem mięty. Po takiej uczcie nic już nas nie zaskoczy. Nawet podawana przez złośliwych informacja, że „Piraci” nie byli wybitnym filmem Polańskiego i doskonale posłużyli utopieniu… zainwestowanych weń 33 mln dol.
Jednak jeśli stawiano zarzuty filmom realizowanym w Tunezji, to nigdy nie dotyczyły one krajobrazów. Przeciwnie. Wielu uważa, że Oscar za scenografię dla „Angielskiego pacjenta” był w rzeczywistości hołdem dla pięknych tunezyjskich pejzaży.

 

Wydanie: 28/2003

Kategorie: Świat
Tagi: Marek Czech

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy