Kraj wolności za kratami

Kraj wolności za kratami

Ponad 2 mln Amerykanów odsiaduje wyroki. Jak USA stały się państwem osadzonych?

W lipcu Barack Obama przeszedł do historii Stanów Zjednoczonych jako pierwszy urzędujący prezydent, który przekroczył mury stanowego więzienia – zakładu karnego w El Reno w Oklahomie. „Nasz system sprawiedliwości nie jest tak uczciwy, jak powinien, a masowe wtrącanie ludzi do więzień szkodzi całemu krajowi”, stwierdził prezydent. Tym samym uwaga wszystkich skupiła się na jednym z najbardziej palących problemów współczesnej Ameryki, jakim jest rekordowa liczba więźniów.

Można by sądzić, że „kraj wolnych i ojczyzna dzielnych” nie powinien się zajmować kwestią stale zapełnionych więzień, ale liczby mówią same za siebie. Obecnie USA stanowią niecałe 5% światowej populacji, ale są „domem” dla 25% więźniów na całym świecie. Według danych Międzynarodowego Centrum Badań nad Więziennictwem (ICPS), w Ameryce jest obecnie ponad 2,2 mln osób pozbawionych wolności. To o 600 tys. więcej niż w Chinach. Co setny dorosły obywatel USA przebywa w areszcie bądź więzieniu.

Wojna z narkotykami

Aby znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się dzieje, trzeba wrócić do lat 70., kiedy administracja Richarda Nixona rozpoczęła wojnę z narkotykami. Nixon ogłosił, że stanowią one zagrożenie dla tradycyjnych amerykańskich wartości, więc każdy przyłapany na ich sprzedaży i używaniu zostanie ukarany. Wkrótce znowelizowano przepisy kodeksu karnego, dając początek zasadzie zero tolerancji, która ułatwiała walkę z przemytnikami i handlarzami. Później, już za rządów Ronalda Reagana, konserwatywny Kongres wprowadził za przestępstwa narkotykowe tzw. obowiązkowe kary minimalne (ang. mandatory minimum). Do tej kategorii przestępstw zaliczało się posiadanie nawet najmniejszej ilości narkotyków (za 5 g tzw. cracku kara minimalna wynosiła 10 lat więzienia). W efekcie sędziowie musieli skazywać drobnych dilerów i kupujących na własny użytek na długoletni pobyt w więzieniu bez możliwości ubiegania się o zwolnienie warunkowe.
Od tego momentu liczba więźniów za oceanem eksplodowała. W 1971 r. w stanowych i federalnych zakładach było ich nieco ponad 200 tys. Dziś – 10 razy więcej. W opublikowanym w 2013 r. badaniu „Dlaczego tak wielu Amerykanów jest w więzieniu” Steven Raphael i Michael Stoll z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley obliczyli, że drakońskie prawa antynarkotykowe z roku na rok zwiększały liczbę uwięzionych aż o 20%.

Grono krytyków obowiązkowych kar minimalnych stale się powiększa. Eksperci wskazują, że gorset przepisów krępuje sędziów, nie dając im szans wzięcia pod uwagę okoliczności popełnienia przestępstwa. W efekcie kara nie jest proporcjonalna do winy, a długoletnie wyroki odsiadują często tacy ludzie jak 53-letni Lee Wollard, który bronił córki przed agresywnym narzeczonym. Podczas kłótni we własnym domu Wollard wyjął broń i oddał strzał ostrzegawczy. Został oskarżony o napaść z bronią w ręku i użycie niebezpiecznego narzędzia w obecności dzieci (córka i jej chłopak byli nieletni). Ponieważ w stanie Floryda tego typu zarzuty wymagają zastosowania kar minimalnych, sąd skazał Wollarda na 20 lat więzienia bez możliwości ubiegania się o przedterminowe zwolnienie. Sędzia Donald Jacobsen w rozmowie z dziennikarką CBS News przyznał, że sprawiedliwości nie stało się zadość: „Po wszystkim powiedziałem panu Wollardowi, że gdyby nie przepisy o karach minimalnych, nie wydałbym takiego wyroku. Ale jestem sędzią i obowiązuje mnie prawo”.

Takie wyroki od lat zwalcza organizacja Rodziny Przeciwko Karom Minimalnym (FAMM). Wśród głównych celów FAMM jest przyznanie sędziom większej swobody przy wydawaniu wyroków, szersze stosowanie kar w zawieszeniu lub prac na rzecz społeczności zamiast więzienia.

Organizacje działające na rzecz elastyczniejszego prawa to jedna strona barykady. Po drugiej jest rzesza obrońców zasady zero tolerancji i kar minimalnych, którzy przekonują, że wizja długoletniej odsiadki odstrasza i zapobiega kolejnym przestępstwom. Rzeczywiście w latach 80. ta logika znajdowała potwierdzenie w faktach – poziom przestępczości zaczął spadać wraz z rosnącą liczbą osadzonych. Potem efekt osłabł. W latach 90. przestępczość zmalała, ale więzienia wciąż się zapełniały. Obecnie stany, gdzie skazańców jest najwięcej, wcale nie notują mniejszej przestępczości niż te, gdzie więźniów jest mniej. Próbę wyjaśnienia tego paradoksu podjęła Narodowa Akademia Nauk USA. Zdaniem autorów wydanego w 2014 r. opracowania o amerykańskim systemie karnym, błąd leży w założeniu, że surowe prawo odstrasza przestępców. Według raportu, liczy się przede wszystkim nieuchronność kary, a nie długość wyroku. Tymczasem Ameryka, zamiast karać tylko najgroźniejszych przestępców, przywykła do zamykania zbyt wielu ludzi za zbyt drobne przewinienia.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 37/2015

Kategorie: Świat

Komentarze

  1. MaryAnn
    MaryAnn 21 września, 2015, 13:40

    Taki właśnie kapitalistyczny raj!

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy