Wychowane przez morderców

Wychowane przez morderców

Argentyńska junta zabijała rodziców i kradła ich maleńkie dzieci Victoria Montenegro dopiero jako dorosła osoba poznała szokującą prawdę. Człowiek, którego uważała za ojca, ppłk Hernŕn Tetzlaff, odpowiada za śmierć jej prawdziwych rodziców. Młoda kobieta długo nie mogła się z tym pogodzić. Przynosiła Tetzlaffowi paczki do więzienia, gdzie zmarł w 2003 r. Hilda i Roque Montenegro w 1976 r. zostali porwani, poddani torturom i zabici. Tą operacją militarną dowodził ppłk Tetzlaff. Victoria miała wtedy zaledwie 13 dni. Oficer prawicowej junty wraz z żoną uznali dziecko za swoje. Metryka urodzin Victorii została sfałszowana. Dziewczynka nazywała się teraz Maria Sol Tetzlaff. Pułkownik wychowywał ją w patriarchalnym, wojskowym duchu. Przy stole z dumą opowiadał o akcjach przeciwko „marksistom, komunistom i wywrotowcom”, w których brał udział. Kiedy podniosła ulotkę lewicowej organizacji, tłumaczył długo i dobitnie, dlaczego „czerwoni sabotażyści” się mylą i powinni zostać wytępieni. Zabierał nawet córkę do więzień i tajnych ośrodków tortur. Victoria przysłuchiwała się naradom, podczas których oficerowie opowiadali o obławach na przeciwników reżimu, których następnie maltretowano lub zabijano. Ale Tetzlaff przed córką kategorycznie zaprzeczał, że ludzie giną bez śladu. Tymczasem podejrzani o wrogi stosunek do reżimu – studenci, dziennikarze i związkowcy – byli porywani z ulic, z kawiarni, z domów i miejsc pracy. Aresztowanych osadzano w ośrodkach tortur, takich jak ESMA przy Szkole Mechanicznej Marynarki Wojennej w Buenos Aires czy Vesubio pod stolicą. Te kobiety, które przeżyły, opowiadały, że Vesubio (Wezuwiusz) był jak piekło, przesycony zapachem strachu, wymiocin i przypalonego mięsa. Z cel dochodziły przeraźliwe krzyki torturowanych. Kobiety były gwałcone, rażone prądem. Uprowadzoną w lipcu 1976 r. ciężarną 16-latkę Anę Maríę Careagę wieszano za kostki nóg głową w dół i dręczono elektrowstrząsami. Dziewczyna i tak miała wiele szczęścia, bo w końcu pozwolono jej wyjechać do Szwecji, gdzie przez wiele lat cierpiała na ostre depresje, miała też kłopoty z mówieniem. Wielu uprowadzonych wojskowi zamordowali. Zamroczonym narkotykami dla pewności rozpruwano brzuchy i zrzucano ich z samolotów do oceanu lub w szerokie wody La Platy. Innym po prostu strzelano w tył głowy, a zwłoki palono lub grzebano w masowych grobach, zamaskowanych, aby nikt nie mógł ich odnaleźć. Organizacje praw człowieka oceniają, że krwawy bilans rządów argentyńskiej junty to 30 tys. desaparecidos, czyli zaginionych. Z całą pewnością desaparecidos nie ma już wśród żywych. Porywani często mieli jednak małe dzieci, które wojskowi także zabierali, aby nie zostawić świadków. Niektóre uwięzione kobiety były w ciąży. Przyszłe matki umieszczano w specjalnych celach, zakładano im opaski na oczy, aby nie mogły zobaczyć dzieci. Wojskowi często nie chcieli czekać na naturalny poród i poddawali kobiety przymusowemu cesarskiemu cięciu. Zaraz potem matki były zabijane. Junta określiła sposoby postępowania z ukradzionymi niemowlętami w licznych dokumentach, z których najważniejszy to „Procedura, która powinna być stosowana wobec dzieci ludzi winnych działalności wywrotowej”. Tuż po upadku reżimu dokumenty te zostały zniszczone, ale dociekliwi sędziowie, np. Roberto Marquevich, potrafili w znacznym stopniu odtworzyć ich treść. Sędzia Marquevich twierdzi, że przy obozach koncentracyjnych i ośrodkach tortur tworzono magazyny, w których umieszczano nie tylko meble, samochody i inny dobytek odebrany więźniom, lecz także spisy rodzin policjantów i oficerów pragnących adoptować dziecko. Niektóre ukradzione niemowlęta umieszczano pod fałszywymi nazwiskami w sierocińcach, inne oddawano do adopcji ludziom niewiedzącym o niczym, działającym w dobrej wierze. Ale dzieci najpiękniejszych matek, zwłaszcza tych o jasnej skórze, zabierały rodziny wojskowych i innych funkcjonariuszy reżimu. Nie przeprowadzano wtedy żadnych formalności adopcyjnych, tylko fabrykowano dokumenty świadczące, że to rodzone dziecko wojskowej czy policyjnej rodziny. Szacuje się, że podczas „brudnej wojny”, jak określa się w Argentynie czas rządów junty, władze ukradły i pozbawiły tożsamości 500 niemowląt i małych dzieci. Należy podkreślić, że kradzież dzieci to specyfika argentyńskiego reżimu. Chilijska junta gen. Pinocheta nie uprawiała tego procederu. Może również dlatego, że Kościół chilijski był nastawiony do reżimu Pinocheta raczej niechętnie, natomiast argentyńscy generałowie mogli liczyć na poparcie katolickich biskupów i kapłanów, pomagających przy nadawaniu dzieciom nowej tożsamości. Ponadto

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2011, 42/2011

Kategorie: Świat