Jak poskładać rozbitą Francję?

Jak poskładać rozbitą Francję?

Setki milionów euro i 50 tys. miejsc w wojsku i policji mają rozładować frustrację przedmieść

Korespondencja z Paryża

„Już nigdy nie będzie tak, jak było”, głosi tytuł w popularnej gazecie „Le Parisien”, usiłującej analizować sytuację w sposób pozytywny – zamieszki na przedmieściach zwróciły uwagę na dramatyczny problem społeczny, chowany pod dywanem przez kolejne ekipy polityczne. Rządząca prawica, rozgorączkowana wewnętrzną walką o zwalniany w 2007 r. fotel prezydencki, i lewica, rozbita na frakcje i skłócona bynajmniej nie z powodów ideologicznych, stanęły oko w oko z „Francją podziemia”, zamkniętą w gettach biedy, bezprawia i islamskiego integryzmu. Konfrontacja przyniosła olbrzymie straty: 9 tys. spalonych samochodów, 126 rannych policjantów, 2888 osób zatrzymanych do przesłuchania, 200 mln euro strat. Rząd, przyciśnięty do muru, szybko znalazł 100 mln euro na wsparcie lokalnych stowarzyszeń, na pomoc szkolną i socjalną, na kolejne propozycje staży integracyjnych. Jacques Chirac, który od początku konfliktu pozostawał w cieniu, pojawił się na scenie 14 listopada z projektem dobrowolnej służby dla 50 tys. młodych ludzi, którzy mieliby następnie możliwość pozostania w armii lub policji. Powrót do zniesionej służby wojskowej, wypranej z obowiązku i wojskowego rygoru, nie brzmi zbyt przekonująco, zwłaszcza z powodu wolnego wyboru. Można sobie wyobrazić, jak traktowana będzie rodzina delikwenta, który odważy się zdradzić bandę z dzielnicy na rzecz znienawidzonych „glin”. Zupełnie inną skuteczność miałaby służba obowiązkowa, ale to rozwiązanie zbyt kosztowne.

Francuzi za Sarkozym

Na przedmieściach gejzer rządowych propozycji spotyka się ze sceptycyzmem. „Sytuacja pogarsza się od 20 lat. Nic się nie zmieni. Przyrzekają pracę. Ale skąd ją wezmą?”, pyta Habib, mieszkaniec Bondy (wschód Paryża). Natomiast „Francja z prawem do głosu wyborczego” zdaje się popierać strategię ekipy premiera de Villepina, reprezentującej postgaullistowską partię UMP. Nicolas Sarkozy, minister spraw wewnętrznych i szef UMP, stał się jej błyskotliwą gwiazdą, jego krzywa popularności wzniosła się do 63%, co czyni go najpopularniejszym francuskim politykiem. Sarkozy, „zły chłopak”, krytykowany nawet przez własny obóz za arogancję i prowokacje wobec młodych mieszkańców przedmieść, został bohaterem dzięki swej bojowości – nie ugiął się pod presją mediów, rządowych kolegów i pogróżek wzywających go do dymisji – i dzięki bandom piromanów, które dorzucały do ognia ciągle nowe, już nie tylko materialne ofiary. Kiedy stało się jasne, że polityka ustępstw, łaskawości i obietnic nie przyniesie rezultatów, wola autorytetu i porządku symbolizowana przez Sarkozy’ego, a realizowana między innymi przez wprowadzenie stanu wyjątkowego, stała się dla francuskiej opinii publicznej jedynym wyjściem. Sondaże wskazują, że 68% Francuzów aprobuje politykę ministra spraw wewnętrznych. „Po raz pierwszy ludzie dzwonią do nas na telefon interwencyjny po to tylko, żeby powiedzieć, żebyśmy się trzymali, że są z nami. To rozgrzewa nam serca, bo jesteśmy u kresu wytrzymałości nerwowej i fizycznej”, mówi Gérard, policjant z departamentu Seine-Saint-Denis. Francuska policja przeżyła ciężkie chwile – poddana nieustannej presji, tocząca wojnę z nastolatkami, aresztowanymi i zwalnianymi natychmiast przez trybunały, zmuszona do służby od południa do północy albo do rana, obsypywana kamieniami, ostrzeliwana ze strzelb myśliwskich, obrzucana inwektywami – zagroziła strajkiem, kiedy ich kolega z Courneuve znalazł się w areszcie. Był to pierwszy policjant, który, sprowokowany, przeszedł do rękoczynów. Zwolniono go szybko, bo rząd nie może dzisiaj sobie pozwolić na konflikt z policją. Policjanci, ludzie terenu, mają jasną wizję ewolucji sytuacji na przedmieściach: „Spokój zależeć będzie od aparatu sprawiedliwości. Dziesiątki aresztowanych staną wkrótce przed trybunałem. Mniejszość – autentyczni prowodyrzy – powinni dostać kary przykładowe. W przeciwnym razie inni młodzi będą ich naśladować. Odpowiedzialność powinna spaść również na rodziców nieletnich chuliganów”, tłumaczy Gérard.

Manna dla prawicy

Trybunały, w których zasiadają sędziowie o różnej wrażliwości politycznej, mają więc słabe szanse na jednomyślne wyroki. Lewica, która na początku zamieszek krytykowała brutalność Sarkozy’ego, a pod koniec głosowała symbolicznie przeciwko przedłużeniu o trzy miesiące stanu wyjątkowego (przegłosowano go 15 listopada), widzi w tym sposób na przypomnienie i potwierdzenie swego istnienia. „Nie karać, ale wychowywać i dawać równe szanse rozwoju”, powtarzają liderzy Partii Socjalistycznej, nie wychodząc jednak poza hasłowe ogólniki. Ich rozbicie wewnętrzne i brak projektu na przyszłość sprawiły, że są w tej chwili formacją ocenianą negatywnie przez 60% Francuzów. Zamieszki stały się za to manną z nieba dla ekstremalnej prawicy, z Frontem Narodowym Jeana-Marie Le Pena na czele, który z satysfakcją odnotowuje napływ kandydatów do partii. Niektórzy obserwatorzy twierdzą, że za dwa lata w wyborach prezydenckich w drugiej turze spotkają się Sarkozy i Le Pen!

Bezrobocie, izolacja, poligamia

„Francuzi boją się przemocy, ale rozumieją, że młodzież na przedmieściach żyje w warunkach bardzo trudnych”, tłumaczy jeden z redaktorów dziennika „Le Parisien”. Taki odbiór wydarzeń reprezentowały praktycznie wszystkie media, niezależnie od politycznego horyzontu. Z jednej strony, jak najwierniejsze sprawozdanie z coraz bardziej przerażających wypadków, z drugiej, próby wytłumaczenia, „dlaczego” – problemem numer jeden były kompletny brak perspektyw i socjalna dziura, w jakiej tkwi większość rodzin zamieszkujących te dzielnice. Niewiele mówiło się o podziemnej ekonomii kryminalnej – którą otwarcie stygmatyzował wyłącznie Sarkozy – ale też o islamie. Dopiero w ostatnich tygodniach pojawiły się wśród prawicowych polityków tezy o „poligamii jako przyczynie zamieszek”. Problem ten dotyczy 300 tys. osób, a dzieci z rodzin poligamicznych odznaczały się szczególną zaciętością i agresywnością w ostatnich zamieszkach. Lewica i większość mediów uznały ten argument za „zasłonę dymną”, odwracającą uwagę od rzeczywistego problemu bezrobocia i socjalnej izolacji.
O wiele ostrzej od prasy lokalnej zareagowały na wydarzenia media zagraniczne, pokazując ojczyznę szampana spaloną przez bojowników miejskiej partyzantki spod znaku islamu, telewizja CNN porównała nawet Paryż do Bagdadu. Premier de Villepin zwołał zresztą korespondentów prasy zagranicznej, aby „pewne rzeczy wytłumaczyć”.
Aktualnie, kiedy sytuacja na przedmieściach wydaje się wracać do normy (w nocy z czwartku na piątek, 18 listopada, po raz pierwszy od początku zamieszek nie podano bilansu spalonych samochodów), w telewizji i prasie pojawiają się pierwsze sygnały pozytywnych konsekwencji konfliktu. Kolejne przedsiębiorstwa deklarują wolę zatrudnienia posiadaczy dyplomów z przedmieść (dotychczas ich kandydatury były konsekwentnie odrzucane), a na ekranach pojawiają się przedsiębiorcy pochodzenia afrykańskiego, którzy twierdzą, że „sukces jest przede wszystkim kwestią woli”. Jeżeli wszystkie francuskie przedsiębiorstwa – o administracji państwowej nie zapominając – zaaplikują faktycznie model dyskryminacji pozytywnej, a młodzi ludzie, którzy marzą o realizacji własnego projektu, będą wspomagani przez system ulg i pomocy administracyjnej, będzie to już ogromny krok do przodu. Czy to wystarczy, aby uspokoić nagromadzone od dziesięcioleci frustracje, nie wiadomo – jednak praktykowana dotychczas dyskryminacja w stosunku do osób najzdolniejszych i najbardziej zdeterminowanych w drodze do integracji poprzez wykształcenie i pracę nie przynosiła Francji chwały. Czy potrzeba było trzech tygodni zamieszek i góry zgliszcz, aby to w końcu zauważyć?

 

 

Wydanie: 47/2005

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy