Kto zarabia na wojnie z lekami

Kto zarabia na wojnie z lekami

NFZ zaoszczędzi miliard złotych, koncerny zarobią swoje, pacjenci zapłacą 300 mln zł więcej

Horror, który zafundował pacjentom i lekarzom Bartosz Arłukowicz, ogłaszając przed świętami listę leków refundowanych, skutecznie przyćmił rzeczywiste problemy związane z funkcjonowaniem służby zdrowia w naszym kraju.
Rząd zawsze znajdzie winnych. Za chaos w gabinetach i w aptekach odpowiedzialni są wszyscy, tylko nie politycy, którzy w maju ubiegłego roku przyjęli ustawę o refundacji leków. Zaledwie jedna informacja przekazana opinii publicznej przez premiera i jego ministra zdrowia okazała się prawdziwa – celem wprowadzenia nowej listy leków refundowanych było ograniczenie o miliard złotych wydatków NFZ. Potwierdzają to ogłoszone kilka dni temu szacunki IMS Health, największej na świecie firmy zajmującej się dostarczaniem informacji dla przemysłu farmaceutycznego. Jej specjaliści obliczyli, że wprowadzona 1 stycznia lista refudacyjna w przypadku 45 schorzeń spowoduje wzrost odpłatności pacjentów o kwotę 572 mln zł. W przypadku 17 schorzeń pacjenci zapłacą
269 mln zł mniej. Najwięcej – 169,7 mln zł
– NFZ zaoszczędzi na zmianie cen i limitów pasków cukrzycowych. Pacjenci zapłacą za nie o 122,4 mln zł więcej. W ten sposób Fundusz zaoszczędzi 738 mln zł, za to chorzy zapłacą dodatkowo 302 mln zł.
Sukces ten, jak dowodzą politycy Platformy Obywatelskiej, udało się osiągnąć dzięki wprowadzeniu cen urzędowych na leki oraz twardym negocjacjom z koncernami farmaceutycznymi, które zgodziły się na obniżki, średnio o 10%. Błędy, cóż… były nieuniknione. Wszak min. Arłukowicz tę trudną operację realizował w ostatnich dniach roku. Powinniśmy to zrozumieć, a nie narzekać i protestować.

W Polsce nikt nie oszczędza na zdrowiu

Z wyjątkiem premiera Donalda Tuska, min. Arłukowicza i Narodowego Funduszu Zdrowia. Nasz kraj na ochronę zdrowia wydaje według danych OECD 7% PKB, czyli 1213 dol. na głowę. Zapewnia nam to piąte od końca miejsce wśród 31 państw. Gorzej jest w Chile, Korei Południowej, Turcji i w Meksyku. Francuzi wydają na leczenie 11,2% PKB, Niemcy – 10,2%, pogrążeni w kryzysie Grecy – 9,7%, Włosi – 9,1%, a Irlandczycy – 8,7%. Wszystkim i tak daleko do Amerykanów, których ochrona zdrowia kosztuje aż 16% PKB.
Z uzasadnienia do projektu ustawy refundacyjnej wynika, że autorzy ustawy dobrze wiedzieli, iż „wydatki per capita na leki w Polsce należą do najniższych w krajach OECD”. A mimo to uznali, że wspomniane 1213 dol. na głowę to zbyt wiele. Zaproponowali więc, by dalszy wzrost nakładów publicznych na ten cel był uzależniony od wzrostu produktu krajowego brutto. W projekcie ustawy zapisano sztywną granicę wydatków NFZ na leki (tzw. całkowity budżet refundacji) na poziomie 17% budżetu Funduszu. Dlaczego akurat tyle? Nie wiadomo. Zapisy te na lata ograniczą pacjentom dostęp do nowoczesnych leków, najnowszej diagnostyki. Chyba że zapłacimy za to z własnej kieszeni.
Przy tej konstrukcji prawnej muszą wzrosnąć prywatne wydatki pacjentów. I na nic się nie zdadzą zapewnienia premiera oraz ministra zdrowia, że będzie odwrotnie. Łatwo przewidzieć, co usłyszymy z ust Bartosza Arłukowicza, gdy się okaże, że wbrew zapowiedziom na listę leków refundowanych nie trafiają nowoczesne medykamenty, a części pacjentów nie stać na realizację recept. Winne będą koncerny farmaceutyczne oraz powiązani z nimi lekarze.
Mało kto zwraca uwagę, że nowa ustawa refundacyjna to właściwie niepodlegający dyskusji zbiór zakazów i kar. Premier Donald Tusk dwukrotnie groził protestującym lekarzom konsekwencjami. Gdy po kilku dniach okazało się, że wywołany pieczątkami chaos się pogłębia, minister zdrowia i prezes NFZ zapewnieniami i komunikatami bagatelizowali przyjęte przez Sejm kontrowersyjne zapisy art. 48 ust. 8 ustawy, mówiące o karaniu lekarzy i farmaceutów. Jeśli ktoś potrzebował dowodu, że to państwo (czyli rząd) winne jest całej awanturze, to go ma. Państwo przyznało, że nie zapewniło niezbędnych warunków ani instrumentów, by nowe prawo było wykonywane. A premier zapewniał nas, że ustawa jest doskonała i on się nie ugnie. Ugiął się, i to bez oporów. A to nie koniec, lecz początek kłopotów!

Bomba w pediatrii

Prawdziwą bombą z opóźnionym zapłonem okaże się refundacja leków stosowanych w pediatrii. Odwołam się do komunikatu dyrekcji Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka” z 4 stycznia br., w którym zaproponowano dyrekcji – „przedstawienie Ministerstwu Zdrowia rozwiązań pozwalających skutecznie przepisywać recepty na leki z listy refundacyjnej dzieciom. Dotyczy to zwłaszcza leków, których pomimo wielu lat praktyki klinicznej i wypracowanych standardów klinicznych nie zarejestrowano stosownie do wieku lub wskazań”.
Nowa ustawa nakazuje lekarzom przepisywanie refundowanych leków tylko wtedy, gdy mają one odpowiednie wskazania zapisane przy rejestracji produktu. Jeśli nie dopełnią tego obowiązku, grozi im kara finansowa. Rzecz w tym, że badania kliniczne leków prowadzone są głównie na osobach dorosłych. Badania na dzieciach są rzadkie i niezwykle kosztowne. Firmy farmaceutyczne wprowadzając nowy preparat, rejestrowały go zazwyczaj z tylko jednym wskazaniem. Z czasem, w wyniku badań oraz praktyki medycznej, okazywało się, że lek był skuteczny w leczeniu wielu chorób i można go podawać dzieciom. Dotychczas nie było z tym problemów, pediatrzy przepisywali małym pacjentom refundowane leki, o których wiedzieli, że są bezpieczne. Zgodnie z obowiązującym dziś prawem nie powinni tego robić. Szacuje się, że od 50% do 80% stosowanych w pediatrii leków nie ma w dokumentach rejestracyjnych zapisów, że można je stosować u dzieci! Lekarz, by uniknąć kary ze strony NFZ, powinien wypisać receptę bez refundacji.
W podobnej sytuacji znajdą się lekarze, którzy zdecydują się przepisać osobom dorosłym lek refundowany niezgodnie ze wskazaniami zapisanymi przy jego rejestracji. Nie wiem, ile leków z nowej listy ma w dokumentach rejestracyjnych zapisane tylko jedno wskazanie, podczas gdy stosowane są w leczeniu kilku lub kilkunastu schorzeń. Lekarz, by mieć pewność, że postępuje właściwie, wypisując receptę, winien mieć dostęp do komputerowej bazy danych Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych z informacjami o wskazaniach rejestracyjnych wszystkich leków dopuszczonych w Polsce do obrotu. Rzecz w tym, że urząd taką bazą nie dysponuje.
Z tej sytuacji jest tylko jedno dobre wyjście – rząd powinien w trybie ekspresowym znowelizować „doskonałą” ustawę, o co składa wniosek m.in. klub SLD. Zapowiadane kolejne komunikaty ministra zdrowia i prezesa NFZ niczego nie zmienią, a już z pewnością nie zawieszą działania obowiązującego prawa. Lecz nawet gdyby lekarze mieli dostęp, zarówno do bazy danych ubezpieczonych, jak i do bazy danych Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, sytuacja, w której musieliby weryfikować dane w obu tych bazach, spotęgowałaby chaos w służbie zdrowia.
Powie ktoś, że na etapie prac legislacyjnych nikt nie ostrzegał przed tym, co się stało. To nieprawda. Znam dziesiątki opinii, stanowisk i ekspertyz, które przekazano zarówno rządowi, jak i posłom. Ich autorzy ostrzegali przed zagrożeniami, jakie niesie nowe prawo. Tylko nikt nie chciał ich słuchać.

Wróg publiczny numer jeden

Branża farmaceutyczna to niezwykle dochodowy, a więc i twardy biznes. Komisja Ekonomiczna Ministerstwa Zdrowia, która od listopada 2011 r. prowadziła negocjacje z koncernami, okazała się wymagającym partnerem. Jej profesjonalizm podkreślali wszyscy moi rozmówcy, którzy brali w nich udział jako reprezentanci koncernów.
I faktycznie przedstawicielom resortu zdrowia najczęściej udawało się zbić cenę leków. Wprowadzenie przez nową ustawę mechanizmu negocjacyjnego bez wątpienia okazało się sukcesem. Lecz owo wzmocnienie pozycji oznacza, że Ministerstwo Zdrowia i Narodowy Fundusz Zdrowia ponoszą pełną odpowiedzialność za to, co się dzieje z lekami refundowanymi. To nie jest wolny rynek, więc jeśli jakiegoś leku zabraknie lub okaże się on zbyt drogi dla pacjentów, łatwo będzie wskazać winnych.
Nowa lista refundacyjna przeorała część rynku farmaceutycznego. Największe zmiany dotyczą pasków testowych do oznaczania poziomu glukozy we krwi. Wszyscy wiedzą, jak ten system działał. Glukometr można było otrzymać za grosz lub za darmo. Firmy zarabiały na otrzymywanej z NFZ refundacji za sprzedawane pacjentom paski. Firma IMS Health szacowała, że w 2009 r. wartość tego segmentu wyniosła 438 mln zł, przy rocznym wzroście na poziomie 18%. Jakież było zaskoczenie, gdy z pierwotnej, ogłoszonej tuż przed Bożym Narodzeniem listy wypadły paski trzech koncernów – Roche (42% udziału w rynku), Abbott (14%) i Johnson & Johnson (10%).
W drugim podejściu, tuż przed sylwestrem, na listę wróciły paski firmy Johnson & Johnson, Roche i Abbott zaś musiały skorzystać z dostępnej im drogi prawnej, czyli zapoznać się w ministerstwie z dokumentacją negocjacyjną i złożyć poprawione oferty.
W tle tego zamieszania na łamach „Pulsu Biznesu” pojawiła się informacja o nabyciu przez Ryszarda Krauzego, tuż przed ogłoszeniem nowej listy refundacyjnej, pokaźnego pakietu akcji firmy Bioton, która – jak wynika z komunikatu giełdowego 16 grudnia 2011 r. – podpisała z Color Trading sp. z o.o., należącą do japońskiej grupy Arkray, „list intencyjny dotyczący przyszłej współpracy w celu uzyskania przez Spółkę praw do wyłącznej dystrybucji i sprzedaży na terenie Polski najnowszego glukometru oraz pasków do pomiaru stężenia glukozy we krwi wytwarzanych przez Arkray”. Japońskie paski znalazły się na liście refundacyjnej, akcje spółki Bioton zaś w ciągu tygodnia zyskały 14,29%.
Jeśli koncernom Roche i Abbott nie uda się wrócić ze swoimi produktami na listę refundacyjną, ok. 600 tys. chorych na cukrzycę będzie musiało zdecydować, czy są gotowi ponosić pełną odpłatność, czy też wymienić glukometr na nowy. I czy firmy, których produkty są refundowane, będą w stanie w krótkim czasie zapewnić dostępność urządzeń?
Wiele kontrowersji wywołała też wypowiedź wicemin. Andrzeja Włodarczyka na temat jednej z długo działających insulin analogowych, który stwierdził, że nie trafiła ona na listę, ponieważ Europejska Agencja Leków (EMA) w pierwszym kwartale 2012 r. ma opublikować wyniki badań dotyczących długo działających analogów insulin. „Wtedy minister zdrowia rozważy ich refundację”, zapowiedział Włodarczyk. Zaznaczył, że obecnie pojawia się wiele opinii, iż analogi „nie są do końca bezpieczne dla osób, które je zażywają”. Prawda jest taka, że w marcu 2010 r. Rada Konsultacyjna Agencji Oceny Technologii Medycznych w wydanej opinii stwierdziła jednoznacznie: „W związku z sugestiami, iż insulina glargine może zwiększać ryzyko zachorowań na nowotwory, stwierdzamy, że nie przedstawiono jednoznacznych danych na ten temat”.
Prawdziwy powód wstrzemięźliwości resortu zdrowia i NFZ jest ekonomiczny. Wprowadzenie tego leku na listę refundacyjną oznacza, że duża grupa osób chorych na cukrzycę natychmiast zrezygnuje ze stosowania specyfików starszej generacji.
Równie pasjonujące zdarzenia miały miejsce wokół leku o nazwie Pradaxa. 12 listopada 2011 r. TVN24 informował: „Lek Pradaxa zabija. Przynajmniej 256 ofiar”, a niemiecki koncern Boehringer-Ingelheim wycofuje go z rynku. Co ciekawe, lek ten znalazł się na liście refundacyjnej! Czyżby minister Arłukowicz wspólnie z wicemin. Włodarczykiem gotowi byli ryzykować już nie zdrowiem, ale życiem Polaków? Nic podobnego. Lek ten uznawany jest za nowoczesny i skuteczny. Owszem, były przypadki zgonów, ale Niemcy nie mają planów wycofania go z rynku. Jedyne, czego wymagała od nich Europejska Agencja Leków, to doprecyzowanie wskazań z wyraźnym zastrzeżeniem, w jakich przypadkach nie powinien być stosowany. Wolno jedynie się domyślać, jakie były kulisy medialnego zamieszania wokół tego specyfiku.
Podobnych przykładów wojen lekowych jest znacznie więcej. Dlatego tym bardziej zdumiał mnie brak ostrej reakcji na ustawę i nową listę refundacyjną ze strony koncernów farmaceutycznych. Ich przedstawiciele wypowiadają się bardzo ostrożnie albo nie mówią nic. Paweł Sztwiertnia, dyrektor generalny Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA, podkreśla, że choć miał wiele krytycznych uwag, uważa za sukces wprowadzenie do polskiego prawa europejskiej dyrektywy przejrzystości. – Chodziło o to, żeby kwalifikacja leków do refundacji odbywała się wreszcie na jasnych, przejrzystych zasadach. INFARMA zabiegała o to od 2004 r. – zaznaczył.
Jego wątpliwości budził tryb negocjacji cenowych w listopadzie i w grudniu. – Toczyły się one pod presją czasu, w dni wolne od pracy i w nocy, często w okrojonym składzie zespołu czy reprezentacji firmy wzywanej niemal z godziny na godzinę. Strony podpisywały krótki protokół, w którym nie było w zasadzie miejsca na przedstawienie pełnego stanowiska stron.
Pozostaje mieć nadzieję, że w przyszłości takie sytuacje się nie powtórzą. Moim zdaniem, dziś największym zagrożeniem dla ustawy, lekarzy, aptekarzy i pacjentów nie jest lobbing koncernów farmaceutycznych, lecz urzędnicy NFZ, Ministerstwa Zdrowia i politycy. To ich decyzje wywołały chaos. By poważnie dyskutować na temat oszczędności, polityki lekowej i refundacji, należy mieć dokładne i wiarygodne dane na ten temat. W latach 2005-2006 NFZ publikował obszerne, liczące ponad 100 stron analizy dotyczące refundacji leków. Od kilku lat informacja na ten temat zawarta w „Sprawozdaniu z Działalności NFZ” liczy skromne… siedem-osiem stron. Przestrzegałbym min. Boniego przed planami szybkiej cyfryzacji polskiej służby zdrowia. Bałaganu nie da się skomputeryzować.

Marek Czarkowski


Jak uporządkować rynek leków w Polsce?

Marek Balicki, b. minister zdrowia
System ustalania cen urzędowych został wprowadzony w 2001 r. Wcześniej tego nie było i poziom cen rósł o 20% rocznie. Teraz okazało się, że za rządów PO zasady te poluzowano i wydatki na refundację wzrosły o 30%. Nowa ustawa refundacyjna ma ograniczyć wydatki ze środków publicznych, jednak nadal nie rozwiązuje problemu bardzo wysokich dopłat pacjentów do leków. W połowie przypadków pacjent musi zapłacić 100% ceny albo dopłacić do leku refundowanego. Jego sytuacja jeszcze się pogorszyła, gdy zlikwidowano możliwość stosowania specjalnych upustów i rabatów na leki. Wydaje się, że dla nas wszystkich ta ustawa jest kolejnym krokiem do wycofywania się państwa z wydatków na opiekę zdrowotną i przerzucania wszystkiego na barki pacjentów. Tymczasem, gdy człowiek zaczyna chorować, staje się mniej wydolny, często traci pracę i źródło dochodów. W samej ustawie jest wiele dobrych i potrzebnych elementów, ale brakuje w niej mechanizmu ochrony pacjenta.

Krzysztof Łanda, lek. med., ekspert rynku leków,
b. dyrektor Departamentu Gospodarki Lekami Centrali NFZ w latach 2006-2007, b. członek zarządu Health Technology Assessment International (HTAI), prezes i fundator Watch Health Care (www.korektorzdrowia.pl)
Generalnie ustawa refundacyjna porządkuje rynek, i to w dużym stopniu. Wprowadza zmiany, które były oczekiwane i postulowane od kilkunastu lat. Poprzednie ekipy rządzące nie miały odwagi, by wypełnić wymogi dyrektywy przejrzystości UE. Nowa ustawa refundacyjna ma 100 plusów i tylko pięć-sześć minusów, które jednak zdecydowanie trzeba usunąć. Po pierwsze, należy zrezygnować z karzącego i restrykcyjnego podejścia do lekarzy.
Jeśli regulator chce karać za wypisywanie refundowanych leków osobom nieubezpieczonym, to powinien najpierw zadbać o RUM i dać lekarzom narzędzie umożliwiające sprawdzenie posiadania ubezpieczenia. A tego niestety lekarze nie mają.
Drugi warunek to zmienić te pięć-sześć punktów w ustawie, które eksperci i środowiska medyczne od dawna i już wielokrotnie zgłaszali do Ministerstwa Zdrowia. Resort tych uwag nie wysłuchał i jeśli ich w przyszłości nie wysłucha, to owe szczegółowe zapisy będą kolejno w systemie wybuchać jak miny. Jeśli natomiast ustawę w tych kilku punktach się poprawi, będzie ją można nazwać nie tylko postępową, ale wręcz rewolucyjną, która w pełni uporządkuje i ureguluje rynek leków w Polsce.
Co do obecnej sytuacji, to bardzo mnie dziwi, jak można było zamienić niewątpliwy, wielki sukces obecnego rządu, jakim jest (w sumie) dobra ustawa refundacyjna, w klęskę polityczną. Niestety, sukces w tworzeniu prawa nie wystarczy, konieczne jest również dobre zarządzanie i skuteczne wdrażanie zmian oraz dobra komunikacja ze środowiskiem lekarzy, aptekarzy, a nade wszystko z pacjentami. Przygotowanie do zmian było w tym przypadku fatalnie przeprowadzone.

Irena Rej, prezes Izby Gospodarczej
„Farmacja Polska”
To za duże słowo – uporządkować, bo rynek już jest uporządkowany, a teraz nastąpiła zmiana systemu refundacji i pacjenci dziś się dowiadują, że za lek płacą 3,20 zł albo 20 zł, albo i 320 zł. Ocena tego, czy refundacja jest zła czy dobra, zależy od tego, kogo ona dotyczy. Do tej nowej, okrojonej listy leków refundowanych pacjenci dopłacą w sumie ponad 300 mln zł, a NFZ zyskuje 700 mln, a więc pacjenci dopłacają do tego, by było lepiej. Uporządkować rynek, to jak najszybciej dobrze poinformować lekarzy, które leki mają wyższą odpłatność, a które niższą, tymczasem lekarze nie chcą się do tego przyłożyć, zwłaszcza że przy niektórych lekach są nawet trzy poziomy odpłatności, w zależności od diagnozy. Trzeba dać lekarzom sygnał, jak wypełniać recepty. Ministerstwo zamierza wydać aneksy, by lekarz wiedział, jaki ryczałt obowiązuje przy danym leku. To nie jest jakaś wielka nowość, że refundacja jest większa tylko przy niektórych wskazaniach, lekarz jednak powinien to wiedzieć. Mógłby sięgnąć do charakterystyki produktu, ale to czasochłonne. Specjalistyczne wydawnictwa lada moment opublikują specjalne książeczki z potrzebnymi informacjami. Nie byłoby tego problemu, gdyby ktoś wcześniej o tym pomyślał i przygotował odpowiednie kanały informacyjne.

Paweł Sztwiertnia, dyrektor generalny Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA
Ustawa refundacyjna regulująca sposób, w jaki działa rynek farmaceutyczny w Polsce, była potrzebna, a największą jej zaletą z punktu widzenia firm farmaceutycznych jest założenie o przejrzystości podejmowania decyzji refundacyjnych w trybie administracyjnym.
Proces kontaktów firm z Ministerstwem Zdrowia, przebieg spotkań, sygnalizowanie problemów bądź niejasności czy pytań – wszystko ma jasno określone ramy postępowania administracyjnego. To samo założenie dotyczy przebiegu negocjacji cenowych leków refundowanych. Branża farmaceutyczna zabiegała od kilku lat o tego rodzaju przepisy. Taką szansę daje nowa procedura, pod warunkiem że jest realizowana zgodnie z prawem oraz poszanowaniem czasu potrzebnego na negocjacje oraz na wydanie i dostarczenie decyzji w sprawie wszystkich leków, z realnym prawem do odwołania.
Nadal wiele zapisów ustawy jest niejasnych – kwestia definicji „urzędowej ceny zbytu”, kwestia zmian w decyzjach refundacyjnych czy relacji decyzji i obwieszczenia. Wiele do życzenia pozostawia także sposób, w jaki ministerstwo stosuje przepisy proceduralne o wprowadzaniu leku na listę refundacyjną. Wiele firm do dzisiaj nie dostało decyzji i dopiero z opublikowanej listy dowiedziało się o tym, czy ich produkt wszedł na listę, czy nie. O respektowaniu 14-dniowego okresu odwoławczego w grudniu 2011 r. w ogóle nie było mowy.
Obecne zamieszanie, wywołane wprowadzeniem nowej ustawy w życie, spowodowane jest brakiem informacji i czasu. Firmy farmaceutyczne wielokrotnie zwracały uwagę na niebezpiecznie krótki czas na przeprowadzenie negocjacji i podjęcie decyzji refundacyjnych, a także na brak koniecznych rozporządzeń.

Dr hab. Krzysztof Krajewski-Siuda, ekspert ds. służby zdrowia z Instytutu Sobieskiego
Racjonalizacja polityki lekowej jest potrzebna, bo trzeba dbać o wydatki na cele refundacyjne i wymieniać leki, które są na liście, na lepsze, tańsze, bezpieczniejsze. Nasza wiedza na ten temat wciąż się zmienia i trzeba dbać o to, by powszechna składka zdrowotna była zgodnie z tą wiedzą dobrze wykorzystana, zwłaszcza gdy okazuje się, że są już leki tańsze o większej skuteczności niż drogie i nie do końca skuteczne. Niestety, w przypadku nowej ustawy refundacyjnej część odpowiedzialności finansowej przerzuca się na lekarza. Fakt, że co jakiś czas weryfikuje się listę leków refundowanych na podstawie dowodów z dziedziny farmakoekonomii, nie powinien prowadzić do chaosu i bałaganiarstwa. Taką ustawę warto więc obudować co najmniej dwoma ważnymi instrumentami. Zmiana powinna być poprzedzona co najmniej półroczną kampanią informacyjną dla lekarzy i aptekarzy. Próba przerzucenia odpowiedzialności na lekarzy i zagrożenie sankcjami za źle wypisane recepty nie do końca jest czymś rozsądnym. Dlatego drugim ważnym narzędziem powinno być wprowadzenie do służby zdrowia systemu informatycznego, w którym każdy ubezpieczony pacjent miałby indywidualną kartę z czipem, na którym byłyby nie tylko informacje o ważności ubezpieczenia, lecz także inne informacje dotyczące zdrowia pacjenta. Wprowadzając takie karty, można unowocześnić i zracjonalizować także system obrotu lekami i proces leczenia pacjenta.

Dr n. med. Jadwiga Pyszkowska, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Paliatywnej
Jest nieprawdą, że pacjent z bólami nowotworowymi nie płaci. Rozmaite leki, które mają wyznaczony ryczałt 3,20 zł, wymagają jeszcze dopłaty czy to 12 zł, czy to 36 zł, czy nawet ponad 80 zł. Wszystko zależy, w jakim stadium choroby jest pacjent, jak silne ma bóle, jaką dawkę przewidział lekarz. Ten bałagan to afera, bo pacjent z odpowiednią receptą idzie do apteki, liczy na wyższą refundację, a mimo to płaci sporo i tego leku wystarcza mu np. na dwa tygodnie, a potem idzie po następne. Takie dopłaty dotyczą najczęściej wypisywanych leków przeciwbólowych opioidowych, w tym morfiny. Wysoka refundacja, a więc niewielka odpłatność, dotyczy leków, których się często nie przepisuje, albo wtedy, gdy pacjentowi przepisuje się najwyższą dawkę. To wynika częściowo z umów podpisanych z producentami leków. Ci, którzy się zgodzili na niższe ceny, otrzymują teraz dopłaty od pacjentów. Natomiast producenci, którzy kierowali się bardziej etycznymi zasadami – przegrali, mimo że ich leki nie mają zamienników. Podejrzewam, że w komisji, która ustalała listę refundowanych leków przeciwbólowych, nie było lekarzy naszej specjalności, a tylko eksperci, którzy nigdy recept nie wypisywali i nie mają pod opieką pacjentów z bólem. Bardzo źle się stało, bo utrudniono pacjentom dostępność do leków przeciwbólowych. Minister jest dezinformowany w tej sprawie. Tak jest, gdy ekonomiści, a nie profesjonaliści zabierają się do refundacji.

Not. Bronisław Tumiłowicz

Wydanie: 2/2012

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy