Nie ma stołka dla Popiołka

Nie ma stołka dla Popiołka

Tu chodzi o uwłaszczenie nowej nomenklatury – twierdzą strajkujący w gorzowskim PKS

W poniedziałek, 3 stycznia, nie wyjechał z Gorzowa na trasę żaden z ponad dwustu autobusów PKS. Nie został przerwany jedynie dowóz dzieci do szkół. Wojewoda zorganizował komunikację zastępczą, ta jednak ma wymiar bardzo ograniczony.
W biurowcu PKS stale przebywa co najmniej połowa załogi, czyli ok. 250 osób. Brama zastawiona autobusem, a grupa kierowców pilnuje, kto wchodzi na teren zakładu. Reszta okupuje biurowiec. Pracownicy chętnie opowiadają o przyczynach protestu, nie chcą jednak podawać swoich nazwisk, bo zależało im, aby rozbrzmiewał jeden wspólny głos całej załogi.
– Siedzimy tu dzień i noc – mówi jeden z mężczyzn – pilnujemy majątku, bo się obawiamy prowokacji, na przykład jakiegoś podpalenia czy innych zdarzeń. Mamy tylko dwa postulaty: żeby dyrektorem był dalej pan Częstochowski i żeby pozwolić mu na szybkie dokończenie prywatyzacji.
– Wojewoda lekceważy nas – krytykuje inny – najpierw w ogóle nie chciał z nami gadać, a potem nasłał na nas policję. Od razu pierwszego wieczoru była tu demonstracja siły. Z początku przyjechała “lekka kawaleria”, a później otoczyły nas oddziały szturmowe, uzbrojone jak ZOMO, które wojewoda ściągnął ze Szczecina. Tłukli pałami, żeby tym stukotem psychicznie nas złamać. Czułem się jak w stanie wojennym. Ich dowódca powiedział, że mamy trzy minuty na opuszczenie budynku, później biorą nas siłą.
W tym czasie na terenie przedsiębiorstwa przebywało trzech posłów: Czesław Fiedorowicz (UW), Roman Rutkowski (AWS) i Jan Kochanowski (SLD) oraz ksiądz prałat Witold Andrzejewski, duszpasterz “Solidarności”. Posłowie tylko czekali, kiedy policja naruszy ich immunitety, prałatowi tym bardziej nie straszne były jakiekolwiek pogróżki.
– Wobec strajku w PKS wojewoda zademonstrował arogancję władzy – grzmiał następnego dnia na antenie radiowej pos. Jerzy Wierchowicz, przewodniczący klubu parlamentarnego UW. – Grożenie załodze użyciem siły jest karygodne. Pracownicy są na terenie swego przedsiębiorstwa i nie stwarzają zagrożenia. Mam nadzieję, że minister spraw wewnętrznych i administracji wyciągnie odpowiednie konsekwencje.
– Wojewoda kłamał – oskarżał w wywiadzie radiowym Adam Luboiński, wiceprzewodniczący Rady Regionalnej UW, która już wcześniej złożyła do premiera wniosek o odwołanie Jana Majchrowskiego ze stanowiska – mówiąc, że będzie się starał pokojowo rozwiązać problem.
Dezaprobatę wobec próby siłowego rozwiązania konfliktu wyraziła też Rada Regionu “Solidarności”, Prezydium Zarządu Lubuskiego RS AWS i SLD. Z PKS-ów z całej Polski zaczęły napływać faksy z poparciem dla gorzowskiej załogi i Krzysztofa Częstochowskiego.

Chińskie ostrzeżenie

Przygotowania do prywatyzacji Przedsiębiorstwa PKS w Gorzowie zaczęły się około rok temu, kiedy to przeprowadzono referendum wśród załogi na temat wyboru ścieżki prywatyzacyjnej. Ponad 81% załogi opowiedziało się wówczas za stworzeniem spółki pracowniczej i leasingiem, polegającym na odpłatnym korzystaniu z majątku państwowego. Zarówno “Solidarność”, jak i branżowy związek zawodowy poparły wspólnie, w jednym oświadczeniu, taką właśnie drogę prywatyzacji, wyraziły przy tym wolę, aby dotychczasowy zarządca, Krzysztof Częstochowski, został inwestorem zewnętrznym. Z podobnym poparciem 17 marca 1999 r. wystąpiła Rada Nadzorcza, którą wówczas kierował Mirosław Marcinkiewicz (były dyrektor generalny Urzędu Wojewódzkiego w Gorzowie, jako jeden z pierwszych odwołany podczas czystek przeprowadzonych przez Jana Majchrowskiego).
Następnym krokiem wymaganym przez procedurę prywatyzacyjną na ścieżce obranej przez PPKS był wniosek, złożony 5 maja przez Jana Majchrowskiego, za pośrednictwem min. Emila Wąsacza, do premiera Buzka. Wojewoda Majchrowski we wniosku tym wyraził nie tylko poparcie dla koncepcji prywatyzacji wypracowanej w PPKS, ale także wypunktował sukcesy firmy. “Wobec powyższego – pisał – proszę o wyrażenie zgody na prywatyzację bezpośrednią Przedsiębiorstwa Państwowej Komunikacji Samochodowej w Gorzowie drogą oddania do odpłatnego korzystania spółce z udziałem inwestora zewnętrznego”. 20 września Ministerstwo Skarbu poinformowało wojewodę Majchrowskiego, że rząd wyraża zgodę na taką formę prywatyzacji. Jednak dopiero 4 listopada ukazało się w “Życiu” ogłoszenie wojewody o przetargu na wykonanie analizy (nie wyceny, jak wszyscy oczekiwali) PPKS w Gorzowie, przy czym nie został nawet podany cel, jakiemu ta analiza ma służyć. 11 listopada doszło do rozmowy między dyr. Krzysztofem Częstochowskim a doradcą wojewody do spraw ekonomicznych, Mariuszem Patejem, którą Częstochowski nazywa “chińskim ostrzeżeniem”.
– Pan Patej wyraził wówczas pogląd – przypomina – że prywatyzacja poprzez tworzenie spółek pracowniczych jest nieskuteczna i sugerował, że lepiej byłoby, abyśmy wycofali się z tej ścieżki. Powiedział też tak: “Pańska otwartość na nowe koncepcje prywatyzacji będzie miała istotny wpływ na przedłużenie umowy o zarządzanie”. Ja stwierdziłem, że mam tylko jedną twarz i zamierzam ją zachować.

Zaczął od wyrzucania

Częstochowski ma 45 lat, kieruje gorzowskim PKS-em od 1990 roku, firma pod jego dyrekcją odnosi sukcesy, zalicza się do tych nielicznych PKS-ów w kraju, które wypracowują zyski (w 1998 roku 232.998 zł). Ludzie uznali, że tylko dotychczasowy dyrektor jest dla nich gwarancją utrzymania miejsc pracy oraz powodzenia spółki pracowniczej. Dlatego, gdy 31 grudnia okazało się, że wygasający kontrakt Krzysztofa Częstochowskiego nie został przedłużony, a jego miejsce ma zająć nikomu nie znany Włodzimierz Popiołek, bezrobotny inżynier z Radomia, który wcześniej kierował deficytowym ZTM, zapadła decyzja o strajku.
– W niedzielę po południu – opowiadają pracownicy – pan Popiołek przyszedł do firmy z ochroniarzami i zaczął od wyrzucania nas z pracy. Na pierwszy ogień poszedł zastępca dyrektora Eugeniusz Bęben, którego Popiołek zwiesił, a następnego dnia przepraszał, że poniosły go nerwy. Wszyscy prędzej czy później stracilibyśmy pracę.
Wojewoda tłumaczył, że nie mógł podpisać kontraktu z Częstochowskim, gdyż rola zarządcy kolidowałoby z rolą inwestora zewnętrznego; Częstochowski byłby wówczas zainteresowany zaniżeniem wartości majątku firmy. Pracownicy nie bardzo rozumieli, co to ma do rzeczy, skoro wyceną majątku zajmuje się w takich wypadkach nie zarządca, tylko niezależna firma z zewnątrz. Poza tym dopatrywali się nieprawidłowości w przeprowadzeniu konkursu na stanowisko zarządcy. W czwartym dniu strajku, kiedy już nawet AWS zdążył zapowiedzieć, że złoży wniosek o odwołanie Jana Majchrowskiego ze stanowiska wojewody, min. Marek Biernacki, za pośrednictwem Majchrowskiego właśnie, przedstawił załodze swoje stanowisko w sprawie procedury konkursowej: wojewoda nie złamał prawa. Zdaniem ministra, Częstochowski nie może w imieniu skarbu państwa pełnić roli zarządcy, gdyż “jest żywotnie zainteresowany udziałem w prywatyzacji przedsiębiorstwa”.
– Nie ma stołka dla Popiołka! – skandowali pracownicy przeciwni nowemu zarządcy. Ten jednak nie zniechęcał się.
– Nie myślę o rezygnacji – stwierdził – bo zobowiązałem się wobec wojewody, że poprowadzę tę firmę. Przyznaję, że psychicznie jest mi trudno wytrzymać tę sytuację. Wielokrotnie zmieniałem w życiu pracę, ale nigdy nie spotkałem się z tym, żeby na dzień dobry wystawiać kogoś za drzwi. Zdaję sobie jednak sprawę, że każdego na moim miejscu spotkałoby to samo. Jestem tu zbyt krótko, aby wypowiadać się na temat firmy. Natomiast o formie jej prywatyzacji zadecyduje jej właściciel, czyli wojewoda.

Częstochowski sięga do kieszeni

Firma potrzebuje zastrzyku kapitałowego. Pracownicy wyrazili gotowość wyłożenia od kilkuset do kilku tysięcy złotych na wykup akcji. Założona została spółka pracownicza, która na specjalnym koncie zgromadziła już 1.770.000 zł kapitału. Każdy mógł kupić tyle akcji, ile chciał, z jednym wyjątkiem – dyrektor Częstochowski jako inwestor zewnętrzny miał wyłożyć znacznie więcej. – Dałem 370.000 zł – mówi Częstochowski. – Mimo że z natury jestem oszczędny i że jako dyrektor nie zarabiałem źle, to jednak był to dla mnie ogromny wysiłek finansowy i bez kredytów się nie obeszło. Ludzie uznali, że jeśli ja zaryzykuję takimi pieniędzmi, to zrobię wszystko, żeby firma dobrze prosperowała. I mają rację. Dla mnie największą nagrodą za wszystkie lata pracy jest to, że załoga tak mnie popiera.
A załoga co jakiś czas wznosi okrzyki: “Częstochowski!” albo “Chcemy swojego, nie obcego!”. Nikt nie musiał im mówić, że w czasie strajku nie może być ani kropli alkoholu, że nie mogą z powodu swego niezadowolenia być agresywni, że muszą zachować spokój i rozwagę. Negocjacje, niestety, przez długi czas nie przynosiły żadnego rezultatu. Wszyscy w napięciu, lecz bezskutecznie czekali na komunikaty podczas przerw w obradach zespołu negocjacyjnego, w którym uczestniczyli: wojewoda, Krzysztof Częstochowski, przedstawiciele załogi oraz posłowie Czesław Fiedorowicz i Roman Rutkowski. 6 stycznia po blisko ośmiu godzinach rozmów posłowie oświadczyli, że nie ma porozumienia. Niestety, spieszą się na nocny pociąg do Warszawy, więc rozmowy zostają przerwane. Wojewoda stwierdził, że osiągnięte zostało porozumienie cząstkowe, tzn. przedstawiciele załogi ustąpili w punkcie dotyczącym Częstochowskiego, uznając że niekoniecznie on musi być zarządcą, ale nie zgodzili się na Popiołka. Ustalony został termin prywatyzacji na 5 maja, forma leasingu pracowniczego, natomiast nie doszło do porozumienia w kwestii trybu wyceny przedsiębiorstwa. Stanisław Żytkowski w imieniu reprezentantów załogi poinformował z kolei, że nie doszło do żadnego porozumienia.
– Załoga gotowa jest iść na pewne ustępstwa – podkreślał – ale stanowisko wojewody jest nieprzejednane. Strajk spowodowany został opieszałością działania służb wojewody, więc załoga obawia się, że pod zarządem proponowanym przez tego włodarza prywatyzacja nie zostanie przeprowadzona. Dlatego zaproponowano powrót do formuły samorządowej. Natomiast do czasu wyboru Rady Pracowniczej – wojewoda ma wyznaczyć tymczasowego kierownika, ale spośród załogi, a nie z zewnątrz. Druga zasadnicza rozbieżność dotyczyła udostępnienia przedstawicielom spółki pracowniczej analizy i wyceny firmy. Wojewoda uznał to za niedopuszczalne. Załoga obawia się, że cena będzie zawyżona.
– Tu chodzi o uwłaszczanie nowej nomenklatury – kwitowali ten etap negocjacji pracownicy – bo dlaczego tak się upierają przy Popiołku, który rozłożył już jedną firmę? Krążą też plotki, że ktoś z otoczenia wojewody ma wolne pieniądze i chciałby zostać inwestorem zewnętrznym zamiast naszego Częstochowskiego.
– Łasym kąskiem musimy być, skoro tak nie chcą nas odpuścić – zadrwił ktoś inny.
Zmęczona, ale i zdeterminowana załoga zapowiedziała, że będzie strajkować do skutku, a nie pozwoli odebrać sobie swoich miejsc pracy.

 

Wydanie: 2/2000

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy