Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Czy Michał Radlicki jest w Warszawie? Kilka tygodni temu pisaliśmy o sprawie budynku naszej ambasady w Berlinie. O tym, że MSZ utopił w tej inwestycji miliony złotych. A konkretnie 16,6 mln zł. I za to ma straszącą w centrum Berlina częściowo rozebraną ruderę, no i projekt nowej ambasady – na papierze. I NIK, i wewnętrzne ustalenia w MSZ jednoznacznie wskazały winnych tego stanu rzeczy. A wśród nich na poczesnym miejscu znalazł się ówczesny dyrektor generalny MSZ, Michał Radlicki, który zatwierdzał kolejne aneksy i poprawki zmieniające założenia projektu i zwiększające koszty prac przygotowawczych.
Wina winą, w międzyczasie Radlicki wyjechał na stanowisko ambasadora RP w Rzymie. Więc wydawało się, że sprawa przyschnie. Ale nie przyschła, Radlicki miał przyjechać do Warszawy na przełomie stycznia i lutego i składać wyjaśnienia. Bardzo to miłe.
A propos tych wyjaśnień rozeszła się szybko po MSZ plotka, że może Radlicki do Rzymu już nie wróci. Ale dość szybko ją zdementowano…
Tym sposobem Radlicki nie dołączył do nieformalnej listy ambasadorów, których powrotu spodziewa się MSZ-etowska brać.
Jest na tej liście na przykład Jerzy Surdykowski, ambasador w Tajlandii. To ciekawa postać, „NIE” z niego szydzi, on sam skarży się w prawicowych mediach, że jest świetny i sekowany, natomiast urzędnicy w centrali wolą nawet o nim nie wspominać. Ostatnio Surdykowski zgłosił gotowość dalszego służenia III RP na dalekiej placówce. I napisał pismo, w którym prosi, by przedłużono mu czas ambasadorowania o kolejny rok.
MSZ-towski korytarz szepce również, że do kraju powinien powrócić Krzysztof Śliwiński, ambasador w RPA. To jest w ogóle śmieszny ambasador, konia z rzędem temu w MSZ, kto wie, gdzie aktualnie Śliwiński przebywa. Ma bowiem w zwyczaju wybierać się w podróże po RPA i po krajach sąsiadujących, nie informując o tym nikogo w Warszawie. A jak jest już w Pretorii, to ciężko zostać go w biurach ambasady przy Amos Street. Skarży się więc na Śliwińskiego południowoafrykańska Polonia i pisze listy do MSZ, że ambasador przebywa w rezydencji z kierowcą, a ambasada pracuje bez jego udziału.
W grupie kandydatów typowanych do powrotu byli też Stanisław Komorowski (Londyn, wcześniej dyrektor sekretariatu ministra Geremka) i Janusz Stańczyk (stałe przedstawicielstwo przy ONZ w Nowym Jorku, wcześniej wiceminister). Ale tu się chyba zmieniło. Prawdopodobnie obecny premier i obecny szef MSZ nigdy wcześniej nie usłyszeli tylu komplementów co od tych dwóch ambasadorów. Którzy wręcz zadeklarowali, że latami czekali na takich liderów. Więc jak takich wiernych i pełnych zapału urzędników odwoływać?
Jeżeli już jesteśmy przy tego typu deklaracjach, to przy al. Szucha komentuje się też wypowiedzi Adama Halamskiego, ambasadora w Portugalii. Człowiek rozpoczął pracę w czasach PRL, nie dostał się tam przypadkowo, z ulicy. No i teraz opowiada swoim podwładnym w ambasadzie, że on reprezentuje Polskę, a nie rząd, że on z tą ekipą się nie identyfikuje. Co jest? Czeka lewak na Leppera czy co?

 

Wydanie: 6/2003

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy