Kuczma pokazał Unii figę

Kuczma pokazał Unii figę

Ukraińskie elity najlepiej czują się w postradzieckiej mętnej wodzie

Czy Ukraina zdradziła Zachód? Takie pytania – nie tylko w Polsce – wywołały ubiegłotygodniowe doniesienia z Krymu, gdzie prezydenci Ukrainy i Rosji, Leonid Kuczma i Władimir Putin, na rozmaite sposoby demonstrowali nie tylko przyjacielską zażyłość, lecz także… agresywne wypowiedzi pod adresem Unii Europejskiej i NATO. Rosyjski przywódca oświadczył m.in., że „zachodnia agentura próbuje przeszkodzić w integracji Ukrainy i Federacji Rosyjskiej”, a Kuczma ze swojej strony podkreślał, że „państwa zachodnie nie są zainteresowane, by Ukraina była państwem stabilnym i potężnym”.
Zaskoczeni dziennikarze mogli także usłyszeć, że Kijów dokonał zmian w strategicznej doktrynie obronnej (liczącej raptem pięć tygodni!) i wykreślił z hierarchii najważniejszych celów polityki zagranicznej Ukrainy dążenie do członkostwa w NATO i UE. Obaj prezydenci ogłosili wreszcie, że ich państwa zamierzają stworzyć Wspólną Przestrzeń Gospodarczą, jako – w domyśle – przeciwwagę dla integracji europejskiej.
Część komentatorów i polityków uderzyła

w wysokie tony,

lamentując, że Kijów ostatecznie zamknął sobie drogę do Europy, że w gruzach legła polska polityka bliskiego sąsiedztwa z Ukrainą i przeciągania tego kraju na stronę tzw. Zachodu. Na Krymie, według takich interpretacji, Leonid Kuczma dokonał politycznego zwrotu – zaskakującego i zdecydowanie niekorzystnego dla Polski. Odwołujący się m.in. do testamentu Jerzego Giedroycia polscy stratedzy podkreślali bowiem od lat: nasz kraj może być bezpieczny „od wschodu” wtedy jedynie , jeśli nie dojdzie na powrót do ścisłego zjednoczenia Ukrainy i Rosji.
Spokojniejsi analitycy sugerowali, że wypowiedzi obu prezydentów, a zwłaszcza Kuczmy, miały jedynie charakter taktyczny. Ukraińska partia władzy, forsująca w październikowych wyborach prezydenckich na następcę Kuczmy obecnego premiera Wiktora Janukowycza, potrzebuje do zwycięstwa poparcia politycznego i pieniędzy Rosji. Inaczej, poważne szanse na fotel prezydencki ma kandydat opozycji, Wiktor Juszczenko, któremu dziś ośrodki badania opinii dają dziesięć punktów procentowych przewagi nad Janukowyczem.
Jak zwykle w takich przypadkach prawda jest bardziej skomplikowana. Ukraina wcale

nie zdradziła Zachodu

w ostatnim tygodniu! Ona nigdy nie była mu wierna. I zmiana zapisów w doktrynie strategicznej, i złośliwe filipiki Kuczmy pod adresem Zachodu – choć w tym momencie niespodziewane – nie są w gruncie rzeczy ani czymś kompletnie zaskakującym, ani tym bardziej całkowitą zmianą jakościową w ukraińskiej polityce. Raczej potwierdzają prawdy znane wnikliwym obserwatorom Ukrainy. Po pierwsze, że Kuczma jest politykiem nie tylko bez (żadnej!) wizji strategicznej , ale po prostu cynicznym, kierującym się w swoich posunięciach już nawet nie taktyką, ale bardzo doraźnymi interesami, a nawet nastrojami chwili – czyli politykiem niewiarygodnym i czasami wręcz niepoważnym. I po drugie, że obecnym elitom ukraińskim od lat bliżej do Rosji aniżeli do Europy – nie tylko pod względem mentalności, ale także osobistego interesu.
Zajmijmy się najpierw elitą władzy. Od lat bogaci się ona dzięki nieprzejrzystości reguł gry na Ukrainie. Rządom Kuczmy daleko do standardów demokracji w stylu zachodnim. W postradzieckim systemie dobrze czują się ukraińscy oligarchowie, którzy finansują obecną władzę – w zamian za możliwości bezkarnego bogacenia się kosztem państwa (co dotyczy notabene także najbliższej rodziny Kuczmy). Dla tej grupy wejście Ukrainy do Europy czy NATO byłoby katastrofą – bo skończyłyby się

czasy mętnej wody.

Warto też pamiętać, że pierwsze wybory prezydenckie Leonid Kuczma wygrał jako polityk… prorosyjski. Dopiero później – licząc na pieniądze z Unii i wzmocnienie tą drogą swojej władzy – obecny prezydent zaczął werbalnie głosić zwrot Ukrainy ku Europie. Ponieważ pieniędzy prawie nie było, z dotacji trzeba się było wyliczać, a Zachód (i Polska) ciągle pytały o prawa człowieka, Kuczma stał się chłodniejszy w swoich prozachodnich sympatiach, i to już dawno. Od lat lawirował, łapał wiatr w polityczne żagle, skąd mu było w danym momencie wygodnie. Składał, np. Polsce, wiele razy obietnice demokratyzacji ukraińskiej sceny politycznej i… nigdy słowa nie dotrzymał. W sprawie ropociągu Odessa-Brody zdanie zmieniał co kilka tygodni.
Teraz także chwilowo Kuczmie potrzebna jest Moskwa – by pomogła jego kandydatowi wygrać wybory, a także by pokazać figę Europie, która nie chce dalszej quasi-duktatury w Kijowie. Ale za tydzień lub dwa, jeśli ktoś inny da ekipie Kuczmy gwarancję zachowania władzy i wpływów, mogą wrócić zapisy o NATO i UE. Dla przywódców w Kijowie w końcu to świstki papieru.


W podpisanej 17 czerwca tego roku przez Leonida Kuczmę doktrynie strategicznej Ukrainy napisano: „Zakładając, że NATO i UE są gwarantami bezpieczeństwa i stabilności w Europie, Ukraina przygotowuje się do pełnoprawnego członkostwa w tych strukturach. Aktywizacja polityki skierowanej na integrację euroatlantycką, zorientowanej na członkostwo w NATO (…) stanowi najważniejszy priorytet zarówno wewnętrznej, jak i zagranicznej polityki Ukrainy”.
W nowej, poprawionej przez prezydenta Kuczmę wersji punkt ten wykreślono, a mowa jedynie o prowadzeniu przez Ukrainę polityki integracji ze strukturami euroatlantyckimi. Nieoficjalnie wiadomo, że Kuczma wniósł poprawki do doktryny już na początku lipca, czyli wkrótce po czerwcowym szczycie NATO w Stambule, gdzie, jak wynika z nieoficjalnych informacji, liczył na aprobatę dla swego udziału w tegorocznych wyborach prezydenckich, jako kandydat na trzecią kadencję – i gdzie takiej zgody nie uzyskał. Ostatecznie poprawiony wariant doktryny obronnej prezydent podpisał 15 lipca, a ogłoszono go oficjalnie 26 lipca, na kilka godzin przed spotkaniem prezydentów Ukrainy i Rosji – Leonida Kuczmy i Władimira Putina, tym razem w Jałcie na Krymie.

Wydanie: 32/2004

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy